30

Co mi się nie podoba w Apple Watch? Jego marketing strachu i śmierci

apple watch
Apple wiele rzeczy robi świetnie, jeżeli chodzi o promocję swojego zegarka. Nigdy jednak nie będzie mojego pozwolenia na to, żeby używać ludzkiego strachu o życie swoje i swoich bliskich do sprzedawania drogich gadżetów.

Nie jestem jakimś zagorzałym widzem konferencji Apple. Teraz (oczywiście) jestem na wszystkich, ale w przeszłości oglądałem je dosyć wybiórczo. Jednak obejrzałem ich na tyle dużo, by zauważyć, iż w każdej z nich pojawiają się powtarzające się dla każdego produktu schematy. Jako, że jesteśmy świeżo po pokazaniu Apple Watch 6, chciałbym dziś skupić się na tym, co wkurzyło mnie podczas oglądania tego pokazu. I jest to właśnie jeden z tych schematów, który widzimy w przypadku każdej prezentacji. Chodzi mi oczywiście o segment na samym początku, podczas którego Tim Cook, bądź ktokolwiek aktualnie znajduje się na scenie, opowiada o tym, jaki to feedback Apple otrzymało od swoich konsumentów. Wtedy też zaczyna się fragment pod tytułem

„Apple uratowało moje życie”

Jeżeli przejrzycie poprzednie konferencje i przewiniecie do tego fragmentu, zobaczycie, że wszystkie (bądź też olbrzymia większość) tych historii kręci się wokół jednego scenariusza: „źle się poczułem/am bądź byłem/am w niebezpieczeństwie i to Apple Watch mnie uratował. Zadzwonił po pogotowie/policje bądź dzięki jego wskazaniom udałem/am się do szpitala”. Jako, że zawsze wybierane są drastyczne, oddziałujące na psychikę widza przypadki, konkluzja jest jedna. „Gdyby nie Apple Watch, mogłabym/mógłbym już nie żyć”. I ten właśnie schemat powtarza się co rok. Na każdej konferencji. Rok w rok w świat wysyłany jest przekaz – „Ci ludzie umarliby, gdyby nie mieli naszego produktu”. Tak, jest to opakowane w film w którym jest wiele uśmiechów, wdzięczności i ładnych obrazków, ale podstawowa wiadomość idąca w eter jest ta sama: „Widzu, zastanów się, czy i Ty nie znajdziesz się kiedyś w takiej sytuacji”.

apple watch

To nic innego jak marketing strachu i śmierci

Ustalmy sobie klika rzeczy. Apple Watch nigdy nie był i nie będzie urządzeniem medycznym. Jego celem nigdy nie było ratowanie życia. Apple Watch to gadżet. Drogi gadżet. Gadżet, który Apple sprzedaje z ogromną marżą i na którym zarabia niesamowitą ilość pieniędzy. I tak, zgodzę się z tym, że jeżeli jego funkcje pozwoliły uratować komuś życie, to jest to świetna sprawa. Jednak trzeba pamiętać, że jak każdy gadżet, jego możliwości są dosyć ograniczone względem prawdziwych urządzeń medycznych, szczególnie jeżeli chodzi o skuteczność. Ba, Apple Watch nie jest nawet najlepszy, jeżeli chodzi o rynek zegarków. Tak jak wspomniał w swoim wpisie Jakub – Apple po prostu potrafi to najlepiej sprzedać. Kluczem jest tu marketing, którego w branży nie uprawia nikt inny. Apple z jednej strony mówi: „Zobaczcie, Apple Watch was uratuje, bo możecie mieć chorobę serca o której nie wiecie”, a z drugiej – nie dostarcza żadnych danych odnośnie tego, jak Apple Watch sprawdza się w wykrywaniu chorób serca. Nie opowiada o tych wszystkich przypadkach, w których Apple Watch nie zadziałał i nie wykrył choroby na czas. I, oczywiście, nie bierze żadnej odpowiedzialności za sytuacje, w których zegarek nie wykryje nawet oczywistych symptomów.

apple watch

Najlepszym tego przykładem jest COVID-owa funkcja Apple Watch

Nowy Apple Watch ma kilka funkcji związanych ze zdrowiem, takich jak mierzenie tętna, poziomu oksydacji krwi czy temperatury. Skuteczność? No cóż, w najlepszym razie pozostaje być dobrej myśli, że zegarek się nie myli. Coś, co jest na twojej ręce nigdy nie zastąpi chociażby badania holterem czy laboratoryjnego testu próbek krwi. Moim zdaniem dane dostarczone przez zegarek oczywiście mogą być trafne, ale w większości będą raczej miały niewiele wspólnego z precyzją. I jest to ok, jeżeli chodzi o gadżet do ćwiczeń. W przypadku takich elementów jak przebiegnięty dystans, spalone kalorie czy czas fazy REM snu odchyły w jedną czy drugą stronę nie zrobią nam krzywdy. Ot – ciekawostki. Jednak Apple w swoim przekazie marketingowym usilnie próbuje przekonać nas, że na ich zegarku możemy polegać jak na Zawiszy. I uderza w czułe struny, w to czego ludzie najbardziej się boją. A czego boją się teraz? No oczywiście, że COVID-u. Dlatego też funkcja, która zasugeruje nam, że jesteśmy zarażeni musiała trafić do najnowszego zegarka, pomimo tego, że w mojej opinii nie za bardzo ma on możliwości by postawić w tym elemencie jakkolwiek trafną diagnozę. Innymi słowy – wyczuwam całkiem sporo przypadków false positives.

apple watch

Apple potrafi w marketing jak nikt inny

Nie jest tak, że marketing Apple Watch jest jednowymiarowy. Ba, na tej samej konferencji Apple pokazało jeden z najlepszych klipów, jeżeli chodzi o promocję smartwatchy. Widać w nim bardzo ciekawy pomysł i jeszcze lepszą realizację.

Jednak dla mnie oznacza to tyle, że Apple niczego nie robi przypadkowo. To mistrzowie marketingu, którzy bardzo dobrze wiedzą, za które struny pociągnąć, by konsumenci zatańczyli do granej przez nich melodii. To tylko potwierdza fakt, że umieszczanie na samym początku konferencji fragmentu o tym, jak Apple Watch ratuje życie nie jest przypadkowe, ma w konsumentach wzbudzić konkretne emocje i oczywiście nakłonić ich do zakupu. Bo pamiętajmy – Apple to nie działalność charytatywna i ich celem było i jest sprzedawanie urządzeń i usług. A że przy okazji ktoś zaufa ich produktowi w sferze zdrowia i życia, czyli obszarze w którym absolutnie nie powinno ufać się gadżetom, nawet tym najdroższym?

No cóż…