209

Apple jest bezczelne, ale nowe Macbooki sprzeda

Ha, napisałem w tytule coś, co jest pewne tak samo, jak śmierć i podatki. Tak, komputery od Apple, mimo, że nieco zwolniły, dalej będą się sprzedawać. Gdyby nawet Apple nie żyło w takim przeświadczeniu, nie zobaczylibyśmy festiwalu bezczelności tego giganta wczoraj. Nie mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu aktywnie - obecnie z okazji innego eventu jestem w Londynie i dopiero teraz mam więcej czasu na nadrobienie wczorajszej premiery. Zdziwiony nie jestem. Przerażony też nie. Bardziej... uspokojony.

Uspokojony? Czym?

Nie pomyliłem się w tym, że Apple jest bezczelne w tym, co robi. I również w tym, że głupieje. Zabawa z USB typu C dobitnie pokazuje nam, że cały czas myśli o sobie, jak o dyktatorze. Przejście na USB typu C spowoduje oczywiście, że cały rynek przeniesie się na to rozwiązanie wraz z producentami peryferiów komputerowych, którzy już teraz po prostu muszą przyzwyczaić się do zmian i oferować coraz więcej akcesoriów oferujących ten standard. Do USB typu C nie mam największego zastrzeżenia – według mnie to oczywiście nie jest moment na zabijanie poprzedniego rozwiązania, które działało każdemu i było po prostu dobre. Na razie, ci, którzy zakupią nowe komputery Apple będą musieli latać z zestawem brzydko wyglądających przejściówek. Mogą się pocieszać tym, że kiedyś będzie lepiej (bo to, że będzie – jest już wiadome).

apple

I właśnie przy okazji prawidłowego stwierdzenia bezczelności Apple jestem bardzo spokojny. Kompletnie nie rozumiem MagSafe’a, który wyleciał z MacBooka Pro. Dlaczego? Bo producent ubija kolejne standardy. Rozmawiałem w osobami, które trzymają się tego ekosystemu, aktywnie korzystają z tych urządzeń i okazuje się, że przynajmniej raz, MagSafe uratował im ich komputer przed efektownym wyrżnięciem o podłogę. Dla absencji tego rozwiązania nie ma obecnie żadnego wytłumaczenia, poza tym, że Apple robi co chce i zwyczajnie przy tej okazji nie myśli o niczym innym, jak tylko o kasie. Która i tak się będzie zgadzać. Choćby Apple miało nie zarabiać przez kolejne X lat, to upadek z drabiny, po której wspięło się niezwykle wysoko trwałby dekadę, gdyby chociażby myśleć o scenariuszu podobnym do Nokii, czy BlackBerry.

Panel OLED jednak i mnie wydaje się być dużo ciekawszym rozwiązaniem, niż w przypadku ekranów dotykowych w laptopach w ogóle. O ile sam bardzo lubię Surface’y, przez pewien czas korzystałem z hybrydowego, świetnego komputera Lenovo, ostatecznie kupiłem Ultrabooka pozbawionego tej funkcji ekranu. Dlaczego? Bo do pisania jest mi ona tak potrzebna, jak karabin do wychowywania dzieci. Ale, panel OLED w swoim laptopie chciałbym zobaczyć – na przykład w roli dodatkowego narzędzia nawigacyjnego po programach graficznych, czy po kartach przeglądarki. Mało tego, mam wrażenie, że tym rozwiązaniem Microsoft dostał w twarz od Apple pokazując, że nie w rozległych rozwiązaniach jest metoda, ale w prostocie.

No i cena. Wyjęta z kosmosu, napisana jakby na chybił trafił. Te urządzenia na pewno ktoś kupi, ale trudno mi jest powiedzieć, że to, ile życzą za nowe Macbooki jest do przełknięcia. Nie, nie jest. A poza tym – mimo panelu OLED, który jest (to smutne) największą nowością – premierowe urządzenia nie wnoszą niczego nowego, ciekawego do świata Apple. Nie skłaniają do zakupu nowego urządzenia wśród tych, którzy już Apple zawierzyli. Nijak nie przekonuje również tych, którzy nad ekosystemem Apple myślą. Tak to powinno wyglądać? Nie jestem pewien, ale chyba nie.

Niemniej, nowe Macbooki Apple sprzeda tak, że będzie mieć z tego zysk. Plus jeszcze zarobi na akcesoriach. Wszyscy będą zadowoleni – klienci, Apple, producenci akcesoriów. Karawana pojedzie dalej, ludzie przestaną w końcu szczekać. Apple się nie kończy – robi to, co zwykle.

Jest bezczelne.