43

Dlaczego bloatware powinno być wylistowane na etykiecie telefonu?

Wraz z telefonem nie dostaniemy dziś ładowarki czy słuchawek. Dostaniemy za to kilka aplikacji, których nie będziemy mogli odinstalować i które mają żywotny interes w tym, żeby zawsze działać w tle.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że kupując nowy smartfon z Androidem, producent dorzuca do niego parę rzeczy „od siebie” w ramach nakładki systemowej. Dobrze, jeżeli są to nowe funkcje, których nie ma w stockowym Androidzie – tak było w przypadku chociażby trybu ciemnego, konfigurowalnego Always-on Display czy możliwości edycji tego, jak wygląda nasz ekran główny. Nieco gorzej, ale wciąż neutralnie, jeżeli dorzuca od siebie aplikacje, których większość z nas nigdy nie użyje – phone clone, kompas, własna aplikacja do notatek – w większości sytuacji te programy albo od razu wylatują z urządzenia, albo tez są trzymane w zbiorczym „śmieciowym” folderze. Jednak nieprzyjemności zaczynają się, kiedy dowiadujemy się, że kupując telefon mamy na nim kilka programów firm trzecich, zupełnie z producentem nie związanych. Oznacza to, że dana firma kupiła sobie od niego możliwość instalacji tych apek, a my jesteśmy przedmiotem tej transakcji. To jednak samo w sobie nie jest jeszcze takie złe. Zabawa zaczyna się, kiedy producent decyduje za nas, co możemy odinstalować, a czego nie.

„Nowy telefon XXX w promocji! Śledzenie od Facebooka w gratisie!”

Jak pewnie wiecie, jestem jedną z tych osób, która bardzo ceni sobie własność prywatną. Jeżeli klient kupuje smartfon, to jest to jego telefon, a nie narzędzie przez które w interfejsie użytkownika serwowane są kupującemu reklamy. Drugą rzeczą, która mnie irytuje, jest bloatware. Jeżeli da się go usunąć – można jeszcze jakoś z tym żyć. Jednak bardzo irytuje mnie moment, w którym pewnych aplikacji odinstalować się… nie da. I już. Prawie każdy sprzedawany dziś smartfon, bez względu na klasę, ma taką „zaspawaną” w nim aplikację. Dla Samsunga jest to Facebook, a np. dla LG – Amazon.  Aplikacje te można tylko wyłączyć, ale bez głębszego grzebania w systemie przy pomocy debuggera (na co większość konsumentów zwyczajnie się nie zdecyduje) – nie da się ich usunąć. Co więcej – jeżeli wejdziemy w ustawienia baterii, zobaczymy, że te same aplikacje są wyłączone z opcji optymalizacji, co oznacza, że mogą działać w tle przez cały czas i użytkownik nie za bardzo ma co z tym fantem zrobić. Oczywiście, Facebook zarzeka się, że jeżeli aplikacja jest wyłączona, to program danych nie zbiera. Long story short – nie wierzę w to.

Dlatego właśnie o takich rzeczach klient powinien być informowany na pudełku

Nasze dane to pieniądze. Google, Facebook i Amazon zbudowały na nich swoje imperia, a i kilka mniejszych podmiotów prężnie działa na rynku, handlując informacjami o nas. Jeżeli więc sprzedajemy nasze dane w zamian za tańszy smartfon (bo tak de facto trzeba te transakcję traktować) to powinniśmy chyba wiedzieć, komu je sprzedajemy i do jakiego podmiotu jesteśmy uwiązani przez cały okres używania smartfona. Jak najbardziej wiem, że tak się nie stanie. Bardzo szybko bowiem niektóre marki zaczęłyby otrzymywać kłopotliwe pytanie w postaci „dlaczego telefon za 5 tys. zł ma wbudowany bloatware?” Jednak takie naświetlenie sprawy byłoby jedyną szansą dla klientów na świadome decydowanie o tym, jaki smartfon chcą kupić.

W idealnym scenariuszu negatywne nacechowanie bloatware mogłoby nawet sprawić, że marki zmuszone do przyznania się do takich praktyk szybko by z nich zrezygnowały. Czy spowodowałoby to wzrost ceny telefonów? Nie sądzę. Dziś smartfony i tak kosztują wielokrotnie więcej niż suma ceny części z których są zrobione, więc myślę, że producenci jakoś przeżyją bez umów z Facebookiem czy Amazonem. Problem polega jednak na tym, że nikt w smartfonowym światku nie ma interesu być prowodyrem takiej zmiany, a w kwestii prawodawstwa nie ma organu, który mógłby producentów zmusić do uczciwości.

Wszystko więc zostanie po staremu.