34

Oficjele zachwalali w Warszawie aplikację ArtSherlock – produkt pozbawiony sensu

Parę dni temu obchodziliśmy kolejną rocznicę zakończenia II wojny światowej. Data niby radosna, ale jednocześnie przypominająca i o ogromie zniszczeń, jakie dotknęły Polskę, i o sprawach, które do dzisiaj nie zostały uregulowane. Otwartą kwestią pozostaje np. poszukiwanie i odzyskiwanie dzieł sztuki zrabowanych w Polsce przez Niemców i Sowietów. Liczone są w dziesiątkach tysięcy sztuk, a najgorsze jest to, że jeśli już uda się je namierzyć, to nierzadko trudno owe skarby odzyskać. O sprawie przypomniano wczoraj przy okazji prezentacji aplikacji ArtSherlock. Niby ciekawa inicjatywa, ale chyba nie do końca przemyślana.

ArtSherlock zaprezentowano wczoraj podczas konferencji prasowej w Warszawie:

to autorski projekt Fundacji Communi Hereditate, zrealizowany we współpracy z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Fundacją Kronenberga przy Citi Handlowy.[źródło]

Podczas prezentacji mówiono o ponad 60 tysiącach dzieł sztuki, które Polska utraciła w trakcie II wojny światowej, a które udało się skatalogować Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Potężna i niestety bardzo smutna baza, w której znajdziemy perły nie tylko polskiej, ale i światowej kultury. Większości, zdecydowanej większości, pewnie nie uda się odzyskać, lecz nie oznacza to, że poszukiwania należy przerwać. Aby je zintensyfikować powstała wspomniana aplikacja.

ArtSherlock, czyli rób zdjęcia smartfonem

Na stronie projektu znajdziemy taki krótki opis produktu:

Aplikacja mobilna ArtSherlock umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Aplikacja korzysta z elektronicznej bazy danych polskich strat wojennych udostępnionej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Z mediów dowiedziałem się, że program przygotowano w polskiej i angielskiej wersji językowej i to aż na cztery platformy mobilne (dwie z nich są już praktycznie martwe). Uczestnicy prezentacji zachwalali produkt za nowoczesne podejście do tematu, przekonywano, że to rewolucja w zakresie poszukiwania dzieł sztuki, wyrażano nadzieję, że przyczyni się ona nie tylko do odnajdywania obrazów, ale i do propagowania kultury. A jak to właściwie działa? Bardzo prosto: wystarczy pobrać na telefon czy tablet bezpłatną aplikację i zrobić zdjęcie obrazu. System łączy się z bazą danych, szybko dowiadujemy się, czy dane dzieło znajduje się w katalogu strat wojennych. Jeśli tak, to wypada wpisać swoje dane kontaktowe i wysłać informację, która naprowadzi poszukiwaczy na ten trop. Proste? Proste – jedno zdjęcie i można znaleźć zaginiony obraz.

Kto właściwie będzie z tego korzystał?

Sama idea poszukiwania zagrabionych dzieł sztuki jest słuszna, ale przyznam, że nie do końca rozumiem, jak ma w tym pomóc ArtSherlock. Patrzę na swój przykład, człowieka, który specjalistą w dziedzinie malarstwa nie jest. Gdzie trafiam na dzieła sztuki? W muzeach i galeriach. Mam w nich robić zdjęcia? Czasem jest to zabronione, czasem niemile widziane. Aby mieć pewność, że na ścianie muzeum nie ma skradzionego dzieła sztuki, muszę sfotografować sporą część zbiorów, te najbardziej oczywiste odpuszczam. Liczę przy tym na to, że muzeum chwali się skradzionym obrazem i nie chowa go w swoich magazynach. Jeśli jednak je eksponuje, to trzeba zadać pytanie o dotychczasową skuteczność poszukiwań zrabowanych dzieł.

Naprawdę trudno sobie wyobrazić, że ludzie będą fotografować obrazy i sprawdzać je w muzeach na okoliczność grabieży (co innego, gdyby połączyć ArtScherlock z aplikacją, która po prostu rozpoznaje obrazy i udziela użytkownikowi informacji na ich temat – tu przez przypadek mogłoby dojść do trafienia). No to może w domach? Przecież kilka lat temu głośno było o „kolekcji hańby”, którą znaleziono u pewnego Niemca. Ale czy taki Niemiec lub obywatel innego kraju, pochwali się obrazami pochodzącymi z grabieży? I czy Wy robilibyście w czyimś domu zdjęcia obrazów, by przepuści je przez filtr ArtSherlock? Wyobraźnia znowu mi wysiada.

Dla przeciętnego zjadacza chleba to narzędzie jest bezwartościowe. Ani ja, ani miliony mi podobnych nie uczestniczymy w aukcjach, na których takie zrabowane dzieła raz na jakiś czas wypływają. Tam zjawiają się specjaliści, a oni zazwyczaj mają odpowiednią wiedzę. Zresztą, jeśli coś wzbudzi wątpliwości, to można je rozwiać i bez aplikacji.

Nie chciałbym być źle zrozumianym: jeśli ta aplikacja pomoże odnaleźć chociaż jeden obraz, to przyklasnę i stwierdzę, że warto było. Ale nawet do takiego wyniku podchodzę sceptycznie. Jestem jak najbardziej za tym, by wykorzystywać w życiu nowe technologie i posiłkować się zdobyczami techniki, ale nie oznacza to, że tworzenie aplikacji i wykorzystanie smartfonu za każdym razem ma sens. Czasem to strzał kulą w płot i projekt o nazwie ArtSherlock uznaję za nieporozumienie. Ale kto wie, może kiedyś uda mi się zrealizować wizję z prezentacji i z pomocą smartfona rozpoznam obraz Rafaela…