39

Antyweb i science fiction?

Opowiadanie science fiction na łamach Antyweb? Pomysł kontrowersyjny! A jednak poprosiliście w komentarzach i listach o pełną wersję tekstu, do którego się odniosłem, pisząc o chińskim programie badań kosmosu. Grzegorz Marczak zapytał więc, czy go opublikuję, co niniejszym czynię. Niech będzie to hołd dla praszczura Antywebu – naukowo-technicznego czasopisma Młody Technik, które w XX wieku […]

Opowiadanie science fiction na łamach Antyweb? Pomysł kontrowersyjny! A jednak poprosiliście w komentarzach i listach o pełną wersję tekstu, do którego się odniosłem, pisząc o chińskim programie badań kosmosu. Grzegorz Marczak zapytał więc, czy go opublikuję, co niniejszym czynię. Niech będzie to hołd dla praszczura Antywebu – naukowo-technicznego czasopisma Młody Technik, które w XX wieku regularnie publikowało… opowiadania fantastyczne właśnie. To właśnie tam debiutował chociażby Janusz A. Zajdel! Zapraszam zatem do lektury – oczywiście całkowicie nieobowiązkowej.

Tekst napisany został w 2003 roku, a w 2010 otrzymał nagrodę w konkursie literackim. Magazyn, w którym miał zostać opublikowany, nigdy jednak nie ujrzał światła dziennego. Opowiadanie możecie też pobrać w pliku .mobi na czytnik Kindle. Wystarczy kliknąć na ikonę po prawej.

Pionierzy

 

“America! We love you! How many people are proud
to be citizens  of this beautiful country of ours?”
“White America” Eminem

 

Przychodzą codziennie. Odziani w biel pielęgniarze rozsznurowują mój kaftan, wykręcają ręce, a wtedy gruba Jude, siostra oddziałowa, robi mi zastrzyk. Już po chwili obraz rozciąga się do wymiarów panoramicznego ekranu. W niewiarygodnie odległym teraz końcu mojej celi otwierają się drzwi bez klamki i wkracza lekarz. No właśnie, jak on się nazywał? Zawsze, nim zapadnę w niebyt, obiecuję sobie, że zapamiętam jego nazwisko. Póki co jednak skupiam się na swoim, bo to jedyne ogniwo, które łączy mnie z rzeczywistością… Colle, Adrian Colle. Pilot oblatywacz, dowódca pierwszej misji na Marsa.

Doktor przynosi ze sobą taboret, siada i zagłębia się w notatki. Nie ufam mu. Po chwili podnosi wzrok i uśmiecha się. To dziwne, ale choć pokój wiruje coraz szybciej, uśmiech lekarza zdaje się być niewzruszony niczym grymas kota z Cheshire.

Opowiedz mi jeszcze raz o żółtych ludzikach – prosi tonem tak łagodnym, że moja podejrzliwość rozpływa się bez śladu. Przecież to lekarz, który chce mi pomóc. Opowiadam więc wszystko, a on kiwa głową ze zrozumieniem. Mówię o podróży, misji, spisku i tym, że nie byliśmy pierwsi… A potem mówię o rasizmie, nietolerancji, niesprawiedliwości, World Trade Center i myszce Miki… Czuję, że mam gdzieś w głowie rozwiązanie wszystkich problemów Ameryki, ale wciąż mi ono umyka. Szlocham z bezsilności. Gruba Jude gładzi mnie po głowie, a lekarz wciąż się uśmiecha.

Wyznaję rachunek sumienia. Wyliczam swe grzechy, przepraszam tych, których skrzywdziłem, modlę się za Jamesa Browna, Eminema i moich zmarłych towarzyszy podróży. Czuję, jak ze słowa w słowo oczyszczam się, sięgając nirwany. Powoli zapada mrok. Nareszcie odpływam w stronę słodkiej krainy czarów, a ostatnim towarzyszem jest mi gasnący uśmiech kota z Cheshire…

 * * *

Kilka lat wcześniej

Witajcie w White America’s Show! Tylko dzisiaj, tu i teraz, gość, na którego długo czekaliście. Panie i panowie, powitajcie Adriana Colle’a!

Nawet jasne światła studia The One Right Channel nie mogły przyćmić mojej dumy, gdy w galowym mundurze wkroczyłem na scenę, by po chwili spocząć na legendarnej już, białej sofie. Jej wygody mogli posmakować tylko najlepsi. Teraz byłem jednym z nich, bohaterem narodowym, a król show biznesu, Andrew Lloyd Walsh, mógł przeprowadzić najlepszy wywiad swego życia.

Adrianie! Masz 32 lata, jesteś majorem USAF, najlepszego lotnictwa na świecie. Mówi się, iż urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą, a to tym bardziej, iż przyszedłeś na świat dokładnie czwartego lipca. Jak czuje się człowiek, który poprowadzi Amerykę na Marsa? Czy powołanie było dla ciebie dużym zaskoczeniem?

Znakomicie! Lecę tam, a Bóg i Ameryka są ze mną. Nikt nie mógłby czuć się lepiej  – uśmiechnąłem się promiennie, pokazując garnitur białych zębów tak, by ich blask mógł olśnić miliony telewidzów. Bycie idolem zobowiązuje. Rozparłem się wygodnie. – Tak naprawdę wierzyłem w możliwość powołania od pamiętnego lata, kiedy to na dobre rozpoczęła się Misja Wzorcowa NASA 7.0. To był dobry rok, Andrew, z wielu względów, jak sam wiesz.

I faktycznie, ów rok należał do najbardziej udanych w ostatniej dekadzie. Ukończono budowę drugiego World Trade Center. Polska wyrzucona została z NATO, ponieważ nie zgodziła się na umieszczenie na jej terenie linii Patriot – obronnego systemu rakiet wycelowanych na wschód. Marshall Bruce Mathers III, znany lepiej jako Eminem, raper, który oczerniał mój wspaniały kraj, został śmiertelnie postrzelony przez własną córkę Hailie. Racje miał Chrystus, mówiąc, iż królestwo niebios należy do dzieci.

Najbardziej jednak ucieszył mnie zmasowany atak FBI na pewną farmę w Maine, gdzie od dłuższego czasu spotykali się wywrotowcy ze stowarzyszenia Cydonia. Banda cholernych komuchów, w ciągu kilku lat nazbyt liberalnego traktowania ze strony naszego rządu, urosła w siłę na tyle, że dla swych szaleńczych teorii pozyskała kilku wpływowych senatorów. Uparcie zadawali oni kłam fotografiom wykonanym przez sondę Mars Global Surveyor, udowadniającym ponad wszelką wątpliwość, iż przeklęta twarz w rejonie Cydonia jest jedynie przypadkową grą świateł wśród naturalnych nierówności terenu. Zaowocowało to silnymi naciskami, by celem Misji Wzorcowej stała się eksploracja tegoż terenu i ogłoszenie światu, że nie byliśmy pierwsi.

Na szczęście po wprowadzeniu 32. poprawki do Konstytucji, możliwym stała się prawna eksterminacja wszelkich wywrotowych grup. Ameryka jest teraz silna i biała – nie ma tu miejsca na czarnych, żółtych, czerwonych czy zielone ludziki. To my podbiliśmy Księżyc, a teraz zdobędziemy czerwoną planetę. Gdyby ktoś mógł się tam dostać przed nami, nie bylibyśmy najpotężniejszym narodem na świecie…

A zatem przypomnijmy – rzucił A. L. Walsh i w tym samym momencie światła w studio przygasły. Kurtyna za moimi plecami podniosła się, odsłaniając gigantyczny ekran, na którym pojawiły się tak dobrze mi znane zdjęcia z kamer umieszczonych w przestrzeni kosmicznej. – W sierpniu z orbity okołoziemskiej ruszyły w stronę Marsa dwa statki. „George”, tak zwany startowy, z instalacją do produkcji paliwa, oraz „Bush” – moduł powrotny. Po 183 dniach oba statki weszły na orbitę globu przy użyciu hamowania atmosferycznego. „George” wylądował na powierzchni i przystąpił do produkcji paliwa. „Bush” pozostał na orbicie, czekając na załogę. Załogę, którą już za miesiąc poprowadzi Adrian Colle!

Oklaski. Burza oklasków! Pod moje nogi upadło z wdziękiem kilka róż. Walsh prawie niedostrzegalnie skinął głową i już po chwili  u mych stóp znalazła się hostessa, która pozbierała kwiaty i delikatnie położyła mi je na kolanach. Miała krótką spódniczkę w biało-czerwone pasy i skąpą niebieską bluzkę w gwiaździsty deseń. Boże, błogosław Ameryce!

A jednak, Adrianie, jeszcze rok przed startem pierwszych statków, większość wyrażała niejakie wątpliwości co do celu i sensu samej misji. – A. L. spojrzał na mnie badawczo. Lubił takie werbalne zagrywki, wiedząc, że balansuje na granicy wolności słowa – Mówiono, że koszta przedsięwzięcia…

Gdyby większość miała rację, Andrew – radykalnie uciąłem dywagacje Walsha – rację mieliby Chińczycy…

* * *

Lot odbywał się w przysłowiowej już glorii i chwale. Raz dziennie koło godziny 19.00 otrzymywaliśmy pakiet danych z pozdrowieniami, wyrazami uznania ze strony głów państw zrzeszonych w NATO i dane dotyczące naszych niesłabnących notowań na prowadzonej przez Washington Post liście najpopularniejszych postaci Ameryki.

Na statku panował stan euforii. Nie tylko ja czułem się zdobywcą. Podobnie bowiem myślała załoga – Jon Ritman, drugi pilot, Alicia Silvershot, lekarz, bracia Jacob i Peter Norton, fizycy, oraz stary profesor Albert Wooden, antropolog i zarazem szef naszej kadry naukowej. Czas dzielony pomiędzy ćwiczenia fizyczne, zajęcia politologiczne prowadzone przez komputer, studium Konstytucji USA oraz 5-godzinne okresy sennej bezczynności upłynął nam nad podziw szybko. 182. dnia weszliśmy na orbitę Marsa. Widok był imponujący. W zasięgu wzroku orbitował „Bush” – nasz statek powrotny. Za około 500 dni, kiedy Ziemia i Mars ustawią się w konfiguracji pozwalającej na powrót, mieliśmy wyruszyć do domu. Właśnie wtedy nadeszły nowe rozkazy.

Jak zawsze, w momencie połączenia z Houston, zamykałem się na mostku, odpowiednio zarządzając nadchodzącymi komunikatami. Najpierw bowiem przychodziły dyrektywy, których znajomość pozostawała tylko i wyłącznie w mojej gestii. Część artystyczną, czyli pozdrowienia i dane na temat naszej popularności, przełączałem na monitory w kantynie.

Majorze! – na monitorze pojawił się generał Drumond – wprowadzam kod CDA-12. Za chwilę komputer pokładowy zostanie wyposażony w instrukcje, a także odblokuje sejf. Proszę natychmiast zapoznać się z wytycznymi i poinformować załogę.

Obraz znikł w momencie, gdy szczęknął zamek magnetyczny sejfu. Po chwili ożył komputer. Wprowadziłem swoje hasło, potwierdziłem, iż przed monitorem nie ma nikogo prócz mnie, i zagłębiłem się w treść nowych rozkazów.

Dowództwo zmieniało miejsce lądowania. Koordynaty nie brzmiały jednak tak złowieszczo, jak nazwa miejsca, które precyzowały. Mieliśmy wylądować tam, gdzie większość oszołomów chciała znaleźć to, czego nie ma – na Cydonii. Mieliśmy osiąść w małej dolince, którą dla ułatwienia nazwano prawym oczodołem rzekomej twarzy. Problem leżał jednak nie w miejscu lądowania, lecz w przyczynach. Przyrządy pokładowe orbitującego wokół Marsa „Busha” zarejestrowały nadnaturalną aktywność w lewym oczodole. Mieliśmy więc wylądować w okolicy i udać się na rekonesans. Czym miała być owa „nadnaturalna aktywność”, nie sprecyzowano. W zamyśleniu sięgnąłem do odbezpieczonego sejfu i wyciągnąłem rewolwer. Wsadziłem go za pasek, przykryłem bluzą i ruszyłem poinformować resztę załogi. Od teraz miałem pilnować ich zachowań ze zdwojoną ostrożnością, a gdyby zaszła potrzeba… Ale o tym nie chciałem myśleć.

* * *

Powiada pan, że coś tam jest? Od kiedy o tym wiadomo? – Wooden nerwowo skubał swą zmierzwioną szpakowatą brodę. – Dlaczego dowiadujemy się o tym dopiero teraz? Nie starczy nam czasu na odpowiednie przygotowanie.

Profesorze, nie czas na wątpliwości – po godzinnej rozmowie z ekipą zapas dobrej woli uważałem za wyczerpany. – Czy zdaje sobie pan sprawę, jaką burzę wywołałoby upowszechnienie informacji o celu naszej podróży? Doszłoby do eskalacji aktywności wszystkich tych cholernych ugrupowań i sekt, jak niesławna „Cydonia”. Tym razem i FBI by nie pomogło.

Ale, Adrianie, czego w zasadzie mamy tam szukać? – Alicia także rozczarowywała mnie swą niepewnością. – I co, jeśli znajdziemy… nie wiem… coś, czego się nie spodziewamy?

Uważaj, Silvershot – całkiem poważnie pogroziłem jej palcem. – Mamy zrobić rekonesans, zebrać ewentualne dowody owej niezwyczajnej aktywności, zaszyfrować dane, posłać je prosto do Houston i zapomnieć o sprawie. To kwestia bezpieczeństwa narodowego.

Miałem nadzieję, że nie będę musiał pomagać reszcie w zapominaniu, choć byłem przygotowany na najgorsze. Odkrycia niosą za sobą różne problemy. Kolumb odkrył wspaniały ląd, ale i poniósł tego konsekwencje. Chłodna stal rewolweru wyraźnie mi o tym przypominała.

* * *

Lądowanie odbyło się bez większych przeszkód, ale jego precyzja jakoś mnie nie ucieszyła. Ritman miał zostać na statku. Kiedy jest się tak daleko od domu, piloci są na wagę złota. Reszta czekała już tylko na mój znak. Wyruszyliśmy piechotą – nie było czasu na składanie pojazdu. Chciałem jak najszybciej zrobić rekonesans. Nie musiałem zarządzać ciszy w eterze. Minorowe nastroje członków ekipy nie sprzyjały rozmowom.

Nieco przytłaczające piękno czerwonych w świetle zachodzącego słońca potężnych skał było niczym objawienie. Dopiero teraz, maszerując w pyle i kamiennych odłamkach, zdaliśmy sobie sprawę, iż oto jesteśmy pierwszymi ludźmi na Marsie! Ta świadomość pokrzepiała i po 15 minutach marszu byłem niemal pewien, że tajemnica lewego oczodołu znajdzie swe banalne wyjaśnienie. Wiadomo było, iż Rosjanie ostatnimi czasy wysyłali różnej maści sondy. Jak zawsze, coś musiało w sowieckim sprzęcie ulec awarii i kilkutonowy złom runął na powierzchnię. Podzieliłem się tymi spostrzeżeniami z resztą załogi. Zaraz jednak skonstatowałem, iż dowodziłoby to jednocześnie, że czerwoni niezdrowo interesowali się Cydonią, a dokładnie, domniemaną twarzą. A to nie poprawiało mi humoru.

Wokół piętrzyły się fantastyczne formy skalne. Erozja stworzyła tu niesamowite kształty. Czerwień gruntu, żółć słońca na zachodzie i czerń gwiaździstego nieba  na wschodzie tworzyły drapieżną dla oczu kompozycję. Maszerowałem żwawo. Tym żwawiej, iż trafiłem na potężny głaz, który zadziwiająco przypominał profil Mao Tze Tunga. Nie pochwaliłem się jednak swym spostrzeżeniem, przeklinając w myśli ironię przypadku. Przyspieszyłem kroku i poleciłem wszystkim patrzeć pod nogi.

Po dwóch godzinach wspinaczki dotarliśmy na grzbiet. Słońce zaszło, pogrążając lewy oczodół w cieniu marsjańskiej nocy. Wszyscy padli na kolana, ciężko dysząc. Ciążenie tu było mniejsze, jednak wspinaczka w kombinezonie stanowiła nie lada wyzwanie.

Pierwsza do krawędzi grani podeszła Alicia. Długo wpatrywała się w dół, a my po prostu czekaliśmy, ciekawi bardziej jej wrażeń, niż samego widoku doliny, która przed chwilą utonęła w mroku. Silvershot odwróciła się powoli i podeszła do mnie na wyciągnięcie ręki.

Adrianie, mamy mały problem – powiedziała z udawanym zakłopotaniem, które miało zamaskować buzujące w niej podniecenie. – Nie wiem, jak się na to zapatrujesz, ale właśnie zaszło słońce, więc… w dolinie ktoś zapalił światła.

Nie wiem, kto z nas przełknął ślinę głośniej. Powoli zbliżyliśmy się do krawędzi. Mrok przepastnej doliny rozświetlały lampy umieszczone wokół kompleksu budynków. Widzieliśmy bazę. Czym była? Forpocztą sił inwazyjnych czy ośrodkiem badań nad ludzkością? Wiedziałem jedno – nasz rząd musiał być tego świadom już od dłuższego czasu. Skoro jednak nie poinformowano mnie, nie powinien o tym wiedzieć nikt postronny. A to z kolei precyzowało moje plany pobytu na Marsie.

Z niemałym trudem ściągnąłem plecak i uruchomiłem elektrolornetkę. Obiektyw skierowałem na bazę i już po chwili monitor rozbłysnął zielonkawym światłem. Budynki obcych miały przedziwną, choć nieco znajomą stylistykę. Daleki jednak byłem od porównań, gdyż moją uwagę przykuł ruch w pobliżu śluzy głównego obiektu. Na placu stały dwie humanoidalne istoty. Można by ich było uznać za ludzi, gdyby nie niski wzrost i fantazyjne srebrne kombinezony.

Schodzimy – powiedziałem po chwili zastanowienia. Nie było czasu do stracenia. Plan misji CDA-12 zawierał stosowny przypis. Znaleźć i zniszczyć. W plecaku miałem potrzebny sprzęt.

Czy pan oszalał? – Wooden zwrócił ku mnie swój hełm. – Jestem jak najbardziej za kontaktem, ale czy nie powinniśmy się przygotować? Może powinniśmy wrócić i spróbować kontaktu radiowego? Nasze nagłe wtargnięcie po zmroku może zostać odczytane jako atak!

Profesorze, puszczam mimo uszu pańską niesubordynację. Wydałem rozkaz i od tej chwili wszelkie obiekcje proszę zatrzymać dla siebie – odparłem, wyciągając z plecaka metalową skrzynkę. – Wszyscy macie podobny sprzęt. Proszę go wyciągnąć i  poprzez klawiaturę zamka wprowadzić swój osobisty kod.

Skrzynki zawierały broń – podręczne pistolety przystosowane do działania w ekstremalnych warunkach. Wooden westchnął i usiadł na ziemi, wpatrując się we mnie. Alicia odwróciła się w stronę doliny, ale komunikator wyraźne transmitował jej łkanie. Tylko Jacob i Peter zdawali się rozumieć istotę problemu. Czekali więc na moje rozkazy z bronią gotową do natychmiastowego użycia. Wiedziałem, że na nich będę mógł liczyć najdłużej.

– Przyjaciele, to jest wojna. Ameryka od dawna planowała ten lot. W momencie, gdy postawiliśmy stopę na powierzchni, automatycznie glob ten stał się 51. stanem. Obcy znajdują się tu bezprawnie. To jest wojna…

* * *

Mrok marsjańskiej nocy pomógł nam pojawić się niezauważenie w sąsiedztwie bazy. Dwaj obcy instalowali jakiś sprzęt. Twarze groteskowych postaci skryte były lustrzanymi przyłbicami hełmów. Ciekawe, jak wygląda wyraz zdziwienia na twarzy takiego stwora?

Wydałem polecenie. Bracia Norton i ja ruszyliśmy z bronią wycelowaną w obcych. Silvershot i Wooden mieli nas ubezpieczać. Kiedy weszliśmy w obręb oświetlenia bazy, odbezpieczyłem broń i wypaliłem, a zaraz po mnie Jacob i Peter. Impet uderzenia pocisków odrzucił oba ciała kilka metrów w tył. Przez następne dziesięć sekund oczekiwaliśmy kontrataku ze strony bazy. Ten jednak nie nastąpił. Wciąż więc mogliśmy działać z zaskoczenia.

Chwilę potem byliśmy w śluzie. Wooden i Silvershot taszczyli ciało jednego z obcych. Musieliśmy jak najszybciej zrobić mu sekcję, by wiedzieć, z czym mamy do czynienia.

Przed otwarciem wewnętrznych wrót wydałem komendę. Nortonowie przyklęknęli i wycelowali. Całkiem zresztą słusznie, gdyż wewnątrz bazy czekało kolejnych trzech obcych w srebrnych kombinezonach. Nie mieli żadnych szans. Mieliśmy więc na swym koncie pięciu cholernych najeźdźców.

Uruchomiłem sensor ruchu. Nie wykazał żadnej aktywności w promieniu dziesięciu metrów od nas. To było dobre rokowanie. Czujniki wykazały, iż skład powietrza w bazie jest tożsamy z ziemskim. Urządzenie nie wykryło żadnych toksyn bądź nieznanych składników. Wolałem jednak pozostać w kombinezonie, choć nieco krępował ruchy. Nie czas jednak na wygody – trzeba było działać i to szybko.

Silvershot, w pomieszczeniu po lewej nie stwierdzam żadnej aktywności. Wejdź tam i dobierz się do truchła. Chcę wiedzieć, co to za ścierwo – wskazałem na jednego z obcych. – Jacob, ubezpieczasz ją.

Woodena wolałem zatrzymać przy sobie. W trójkę, razem z Peterem, ruszyliśmy prawym korytarzem do pomieszczenia, które wedle czujników zawierało aktywny sprzęt. Było to zapewne centrum dowodzenia. Komputer mógł się nam przydać, o ile  będziemy w stanie zrozumieć technologię obcych.

Schludne wnętrze bazy nie miało w sobie nic tajemniczego. Stylistyka pomieszczeń przywodziła na myśl wnętrza statków kosmicznych z amerykańskich filmów drugiej połowy XX wieku. Po chwili dotarliśmy do wrót, za którymi ukazało się centrum. Było tu pusto, choć na ścianie paliły się monitory, a sprzęt brzęczał i buczał, jak w archaicznej serwerowni. Odesłałem Petera, by pomógł Silvershot. Przed pulpitem sterowniczym stał fotel – dla mnie jednak bezużyteczny, gdyż wyjątkowo mały. Stanąłem przed konsolą, nie mogąc nadziwić się technologii obcych.

Mój dobry Boże!, pomyślałem, a zimny pot wystąpił mi na czoło. Wszystko to wyglądało jak kopia naszego ziemskiego sprzętu. Nieznane mi były tylko oznaczenia pulpitu kontrolnego. Jak długo ta rasa korzystała z ziemskich doświadczeń? Jak długo żyliśmy pod czujnym okiem obcych?

Ponure rozważania przerwał mi krzyk Woodena. Odwróciłem się, odbezpieczając broń. Profesor trzymał się lewą ręką za serce, prawą ściskając drzwiczki stalowej skrzyni ze sprzętem. Zaraz potem padł na kolana. Nie mógł go porazić prąd, gdyż kombinezon był izolowany. Złapałem go pod pachy i delikatnie położyłem na ziemi.

Albert! Co jest, do cholery?! – potrząsnąłem jego hełmem.

Wooden spojrzał na mnie przekrwionymi oczyma, mamrocząc coś niezrozumiale.

Wooden, nie rozumiem cię!

To po chińsku, ty krótkowzroczny idioto – rzucił i w tej samej chwili oczy zaszły mu mgłą. Stracił kontakt z rzeczywistością. Zanim zmarł, wycharczał – Houston, mamy problem…

Wooden miał zawał. Pytanie, jakim cudem puszczono w kosmos „sercowca”? Musiał być wielkim autorytetem. Ale to już przeszłość, a ja poczułem ulgę. Wooden z wozu, koniom lżej… Ulga trwała dokładnie pięć sekund, czyli tyle, ile potrzebowałem, by zajrzeć do skrzyni, przy której zmarł profesor. Za szklanymi drzwiami zainstalowany był serwer – serce komputerowego układu bazy. Na każdym jego elemencie widniał wyraźny nadruk „Made in China”…

Nie wiem, jak długo płakałem. Przerwał mi trzask komunikatora. To była Silvershot.

Colle, mam poważny problem – jej grobowy ton wskazywał, że zdążyła się już dobrać do ciała jednego z członków bazy.

No dalej, powiedz mi o czymś, o czym jeszcze nie wiem – uśmiechnąłem się przez łzy.

Swoimi durnymi rozkazami prawdopodobnie wywołałeś konflikt międzynarodowy – Silvershot dała upust swym nerwom. – Ty cholerny cymbale, nie ma żadnych obcych!

Nie ma obcych, nie ma świadków, nie ma konfliktu, pomyślałem. Na swej prywatnej konsoli dowodzenia wstukałem kod dezaktywujący naszą broń. Powoli ściągnąłem kombinezon, a zza paska wyjąłem rewolwer. To była wojna, a na wojnie są ofiary, bohaterowie i męczennicy. Uruchomiłem zegar małej głowicy, spoczywającej bezpiecznie w moim plecaku. Za Amerykę! To jej należy się pierwszeństwo i właśnie zapewniłem jej prymat. Nie miałem wątpliwości – Chiny nigdy nie przyznają się do porażki. Baza na Cydonii pozostanie tajemnicą. Ruszyłem wąskim korytarzem z odbezpieczonym rewolwerem w ręku. Żal będzie mi Alicii. Zawsze chciałem z nią pójść do łóżka…

* * *

Jestem bohaterem narodowym. Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. Moi przyjaciele zginęli w walce z niegościnną naturą Marsa. Na Ziemi postawią im pomnik. Wracałem do statku w doskonałym humorze. Wybuch zatarł wszelkie ślady. Drugi pilot ze smutkiem przyjmie wiadomość o aktywnym wulkanie, który pozbawił życia naszych przyjaciół. We dwóch ruszymy na południe, w miejsce lądowania statku do produkcji paliwa, zbudujemy bazę, a za półtora roku wyruszymy w drogę powrotną. My, Amerykanie, pionierzy, pierwsi zdobywcy Marsa…