189

Apple wydało książkę dla idiotów? Nie, akurat tego produktu będę bronił

Korporacja z Cupertino znowu dała ludziom powód do śmiechu - najwidoczniej po ostatniej prezentacji, na której pokazali mocno okrojony komputer (ale za to z touch barem do szybkiego wstawiania emotów), było im mało i postanowili dokonać samobiczowania. Bo jak inaczej podsumować sytuację, gdy firma proponuje klientom książkę z obrazkami za 300 dolarów?! Co tam książkę z obrazkami - przecież to zwyczajny katalog reklamowy. Podobny rozdaje IKEA, ale za darmo... Jest powód do kpin? Nie tym razem.

Apple dostało wczoraj w skórę, oj dostało. Przynajmniej w polskich mediach technologicznych, przyznam, że tym razem nie zaglądałem do zagranicznych (wyjątek stanowi wpis podesłany dzisiaj rano It’s official: Apple thinks you’re an idiot). Wystarczyły mi teksty z rodzimego podwórka, by pokręcić głową z niedowierzaniem. I nie, nie chodzi o to, że Apple wypuszcza książkę na rynek – moje zdziwienie wywołała reakcja kolegów z branży. Najlepszym przykładem jest tu… Grzegorz. Pozycja ewidentnie go rozbawiła, lecz stwierdził przy tym, że to esencja marki. Marki, która jest mu dobrze znana, której sprzętu na co dzień używa. Szydera Grzegorza nie była osamotniona, inni poszli nawet krok dalej, dzięki czemu przeczytałem wczoraj m.in., że:

Apple publikuje książkę z obrazkami

Apple wydało książkę z obrazkami

Pojawiło się także stwierdzenie, że to gadżet dla zagorzałych miłośników firmy. Ale najlepsze było określenie gazetka (reklamowa) bez treści.

Czytałem to i coraz wyżej unosiłem brwi. Serio. Sam uwielbiam kpić z tej firmy, daje sporo powodów, by z niej żartować, lecz za taki powód trudno uznać wydanie albumu. I gdy czytam, że nie ma tam informacji (tekstu), że są tylko zdjęcia/grafiki/rendery/obrazki, że zabrakło treści, to nasuwa się jedna odpowiedź: tak często wydawane są albumy. Kto nie wierzy, niech sprawdzi. Mam w domu kilka takich pozycji i jakoś wracam do nich mimo braku tekstu. A treści w nich pełno. Często żartuję z wypowiedzi Ive’a, ale tym razem go zacytuję na serio:

While this is a design book, it is not about the design team, the creative process or product development. It is an objective representation of our work that, ironically, describes who we are. It describes how we work, our values, our preoccupations and our goals. We have always hoped to be defined by what we do rather than by what we say.[źródło]

Zastanawiam się, czy ludzie (nie tylko autorzy wpisów, mowa też o drwiacych czytelnikach) podobnie reagują na albumy poświęcone motoryzacji, architekturze, sztuce, astronomii czy fotografii? Można wydać album poświęcony twórczości znanego fotografa i to nie jest śmieszne, ale gdy weźmie się za to Apple, zrobi się zabawnie? Gdy czytam, że to przypomina gazetkę reklamową IKEA, ale ta ostatnia jest za darmo, to spytam wprost: dlaczego nie porównać tego od razu do gazetki Lidla? Też jest za darmo, a do tego można tam znaleźć wystylizowanego Okrasę…

Być może album nie wzbudzałby takich emocji, gdyby kosztował 30 dolarów. Kosztuje jednak 300 (większa wersja), a to uznano za grubą przesadę. Czy rzeczywiście cena jest z kosmosu? Nie, albumy tyle kosztują. Jasne, są tańsze, ale są też znacznie droższe. Znacznie. Bywam na targach książki, oglądam czasami wspaniałe wydawnictwa, które chętnie postawiłbym na swojej półce, ale ich nie kupuję – nie stać mnie. Nie uznaję przy tym, że ich cena jest zawyżona. Moim zdaniem, tyle powinien kosztować dobrze wydany album. Czy te 1200 złotych to kwota zarezerwowana tylko dla elektroniki, nierzadko tej z niższej czy średniej półki cenowej? Zapłacimy tyle za kawałek plastiku i metalu z systemem operacyjnym, ale nie zapłacimy za książkę? W tym kontekście naprawdę znacznie bardziej bawią mnie ceny telefonów czy komputerów Apple.

Wiele osób drwi z tych albumów, ale nikt nie miał ich w ręce. Nie zwraca się uwagi na jakość papieru czy wydruku, na fakt, że, wedle Apple, są to zdjęcia, konkretnie 450 zdjęć, a sesja i gaża fotografa swoje kosztowały. Nie zwraca się uwagi na mnóstwo czynników, które mogą decydować o cenie albumu. Ot, książka, a ta powinna kosztować 50 złotych. Swoją drogą, wspomina się o 1200 złotych i napiszę to, co często czytam, gdy przeliczam ceny smartfonów tej firmy na złotówki i łapię się za głowę: to jest produkt skierowany do zachodniego klienta, więc nie ma sensu przeliczać. Zostańmy przy tych 200-300 dolarach. Czy to taki piorunujący wydatek?

Apple nie kieruje tego wydawnictwa do wszystkich klientów. On ma trafić do pasjonatów – jak to z albumami bywa. Będą mogli poznać nie tylko same produkty, ale też materiały i techniki wykorzystywane podczas produkcji. 20 lat historii firmy na 450 zdjęciach. Sam chętnie bym to przejrzał, chociaż nie jestem zakręcony na tym punkcie. Zakładam przy tym, że jest rzesza ludzi, która zaciera ręce na myśl o takiej książce. I nie, nie muszą to być „wyznawcy” firmy z Cupertino. To raczej fani designu, studenci określonych kierunków, ludzie powiązani z technologiami, sztuką, wzornictwem. Dla nich to historia designu największej obecnie firmy świata.

Zdaję sobie sprawę z tego, że owo dogryzanie w poważnym stopniu wynika z „ogólnego” funkcjonowania Apple, z ostatnich premier firmy, zadufania jej pracowników, niechęci do pompowania mitu. I rozumiem to, jak już wspominałem, sam od tego nie stronię, czasem pewnie przesadzam. Ale tym razem drwiny nie są uzasadnione: korporacja wydaje duży, kolorowy album poświęcony swoim produktom. Pewnie dobrze wykonany i skierowany do konkretnej grupy klientów.

Mam nadzieję, że do drwin zachęca marka Apple, a nie to, że pojawiła się „książka z obrazkami” za 1200 złotych. W tym drugim przypadku pozostanie po prostu głęboko westchnąć.