46

Airlander 10 pokazuje, że era sterowców może dopiero nadejść

Airlander 10 może zmienić przestrzeń powietrzną, jej obraz i postrzeganie. Na niebie mogą się znowu pojawić wielkie jednostki, które swymi rozmiarami przytłaczają nawet potężne odrzutowce. Rozpocznie się nowa era sterowców. A właściwie sterowiec zostanie wymyślony od nowa. Bo ta maszyna nie kopiuje rozwiązań stosowanych np. w dwudziestoleciu międzywojennym. Ma być nowocześnie i wydajnie. A jeżeli ktoś sobie zażyczy, bardzo luksusowo.

Sterowiec jest dobry dla fanów historii

Zdjęcie płonącego LZ-129 Hindenburg na stałe zapisało się w historii fotografii, zrobił się z tego element popkultury. Do katastrofy niemieckiej maszyny doszło w roku 1937 na terytorium USA, zginęło w niej kilkadziesiąt osób, nie brakowało rannych, w tym bardzo ciężko oparzonych. Duma III Rzeszy skończyła tragicznie, a wraz z nią umarła idea wykorzystywania sterowców na większą skalę. Uznano, że są zbyt niebezpieczne, przy tym nieatrakcyjne z ekonomicznego punktu widzenia. Ot, ślepa uliczka w rozwoju technologicznym.

Ten stan utrzymywał się przez długie dekady, powtarzano, że szybki rozwój samolotów pogrzebał sterowce i nie ma sensu do nich wracać. Ale niektórzy pasjonaci czy konstruktorzy nie pozwalali o nich zapomnieć i przekonywali, że sterowce mogą być użyteczne. Przyznam, że z zaciekawieniem słuchałem tych zapewnień – z jednej strony robiono szum, ale niewiele z tego wynikało, z drugiej czytałem o dołączaniu żagli do tankowców i wykorzystywaniu starych rozwiązań w nowy sposób, więc… Więc czekałem.

Airlander 10, czyli mnóstwo helu w powietrzu

Czytając o tej maszynie, trafiłem na żarty, że przypomina ona pośladki. Co więcej pojawiły się już przeróbki graficzne z pewną celebrytką. Twórcy nie ukrywają, iż trudno uciec od takich skojarzeń, ale to nie jest problem – raczej śmieszna ciekawostka. Bo nie o wygląd chodzi w tym projekcie. Raczej o możliwości. Firma Hybrid Air Vehicles długo pracuje nad wspomnianą maszyną – zaczęło się od amerykańskiej armii, gdy tam doszło do cięć budżetowych, pojawiły się granty w Europie, dzięki którym możliwe było kontynuowanie prac. Efekty zaczynają nabierać realnych kształtów.

Nie mamy do czynienia po prostu ze sterowcem – to hybryda sterowca, samolotu i helikoptera. Może startować (i lądować) pionowo z przeróżnego podłoża: wody, lodu, piasku, betonu, a to czyni ją dość uniwersalną. W powietrzu jest w stanie utrzymywać się nawet przez kilka dni, ale czytałem, że wersja bezzałogowa (tak, jest opracowywana) mogłaby latać nawet przez kilka tygodni. Natychmiast przypomina się bezzałogowy statek ACTUV tworzony przez Amerykanów. W obu przypadkach człowiek staje się zbędny na pokładzie, lecz nadal może czerpać korzyści z funkcjonowania maszyny.

Sterowiec Airlander 10 liczy ponad 90 metrów długości, wznosi się na wysokość ponad 6 tysięcy metrów. Może unieść do 10 ton ładunku, ale już wspomina się o „większym bracie”, hybrydzie Airlander 50 zdolnej do niesienia 50 ton ładunku. To brzmi już naprawdę ciekawie. Mniejszą wersję ma wypełniać 38 tysięcy metrów sześciennych helu, poszycie ponoć odznacza się dużą szczelnością, więc straty gazu są niewielkie. Prędkość? do 150 km/h. Machinę napędzają cztery silniki diesla. Zastanawiam się, czy można je w przyszłości zastąpić silnikami elektrycznymi, które czerpałyby energię z poszycia pokrytego perowskitami rozwijanymi przez firmę Olgi Malinkiewicz?

Po co komu sterowiec?

Technicznie tworzenie takich olbrzymów jest możliwe, ale ktoś spyta: po co to robić? Przecież one nie zastąpią samolotów jako środka komunikacji. To prawda, sterowiec nie będzie latał tak szybko, jak odrzutowiec. Może jednak obsługiwać trudno dostepne miejsca, przebywać długo w powietrzu i ułatwiać transport. Wspomina się, że taki wehikuł mógłby pomagać w misjach ratunkowych, służyć w wojsku (owszem, jest dużym i łatwym celem, ale kule podobno nie są mu straszne – z podziurawionym poszyciem może lecieć nawet przez kilka godzin), to dobra platforma badawcza. I świetny sprzęt do turystyki.

Mniejszy Airlander mógłby służyć do kilkugodzinnych wypraw z dużą liczbą pasażerów – nad Wielkim Kanionem czy fiordami. W środku bar, wygodne fotele – kilkudziesięciu pasażerów mogłoby godzinami podziwiać widoki. Większy sterowiec doczekałby kabin i pojawiłaby się opcja kilkudniowych wycieczek w przestworzach. A bogacze zamawialiby dla siebie prywatne maszyny i spędzali urlop 5 kilometrów nad ziemią. Niemożliwe? Przecież dzisiaj kupują odrzutowce czy wielkie jachty – dlaczego nie mieliby licytować się, kto ma bardziej wypasiony sterowiec?

Przejdźmy do ceny. Airlander 10 ma kosztować około 35 mln dolarów, od 2018 roku firma chciałaby ruszyć z masową produkcją. Przy czym masowa produkcja oznacza kilka sztuk rocznie. Nim jednak do tego dojdzie, muszą być przeprowadzone ostateczne testy – bez tego chyba nikt nie otworzy portfela. Przewidziano je na lato bieżącego roku. Jeśli wypadną pozytywnie, to na niebie znów mogą się pojawić sterowce, które posłużą do czegoś więcej niż unoszenia reklamy. Im dłużej o tym myślę, tym bliżej jestem odkładania pieniędzy na bilet…;)