17

Admini, RSS i dyskusja na blogach, czyli wspomnień czar [felieton]

Ale się ten Internet zmienia, no ja kumkam! Pamiętam, jak za dawnych czasów istniało coś takiego, jak Netykieta. Było to zbiór pewnych reguł postępowania, dzięki którym w sieci panowała kultura. Może i nieco geekowska, ale jednak kultura. A potem przyszedł prosty lud i wszystko diabli wzięli… Obserwuję to każdego dnia na serwisach społecznościowych, gdzie ludzie […]

Ale się ten Internet zmienia, no ja kumkam! Pamiętam, jak za dawnych czasów istniało coś takiego, jak Netykieta. Było to zbiór pewnych reguł postępowania, dzięki którym w sieci panowała kultura. Może i nieco geekowska, ale jednak kultura. A potem przyszedł prosty lud i wszystko diabli wzięli… Obserwuję to każdego dnia na serwisach społecznościowych, gdzie ludzie zachowują się… co najmniej mało kulturalnie, a przynajmniej tak, że dawnemu fanowi Netykiety włos się jeży. I tak mnie wzięło na garstkę przemyśleń, co by stare czasy powspominać, a i kilka rad dla młodszych interbiznesmenów przekazać :).

Uświadomiłem sobie tęsknotę za starymi, dobrymi czasami w momencie, gdy zostałem nazwany Panem Ezokultusem. W wielkim skrócie – mam stronę na Facebooku, która nosi wdzięczny tytuł “Ezokultus”. A określenie “per pan” zaskoczyło mnie niezmiernie, bo dorastałem w czasach, kiedy takich jak ja, nazywano po prostu adminami. I z takim adminem często dyskutowano. A raczej kierowano do niego różne pretensje. I wcale nie trzeba było się znać na sieciach, kabelkach, serwerach i tego typu rzeczach, by tym adminem zostać – wystarczyło sobie forum założyć – takie miejsce, gdzie się dyskutowało, zanim pojawiły się wielkie serwisy społecznościowe, które wszystko pożarły. Aż strach pomyśleć, jak się muszą czuć starsi ode mnie, bo te moje “dawne czasy” to przecież 2005 rok.

Dzisiejszy Internet to dżungla! A żeby ludzie ludźmi pozostali, zamiast się w dzicz nieludzką zamieniać, to wprowadza się politykę prywatności (której się nie przestrzega), zasady korzystania z usług (które i tak świadczy się jak się komu podoba) i całą masę regulaminów, które zmienia się tak szybko, jak tylko pojawi się indywidualista, lubujący się w doszukiwaniu regulaminowych dziur. Kiedyś było nieco inaczej, przynajmniej tak to odbierałem. Jeszcze parę lat temu Internet nie był miejscem dla szarego Kowalskiego, więc jeśli już ktoś chciał się w tym środowisku zadomowić, to musiał poznać zasady gry. Kulturę osobistą i zachowanie regulowały nie paragrafy i artykuliki, ale sama społeczność, która twardą, dyktatorską ręką dbała o trzymanie się reguł. Ale z czasem, gdy Internet stał się ogólnie dostępny, to prosty lud wpadł do sieci i już nie dało się niczego regulować w sposób społecznościowy – bo jak “młodego” mogli edukować “starzy”, skoro “starzy” sami nie znali dawnych zasad, bo przyszli z “Internetowej ulicy”? I tak oto Internet stał się medium dla mas, w którym to “Early Adopters” zeszli do podziemia, zmęczeni i pokonani, bo komu by się chciało wśród mas przebywać? A kto do podziemia nie zszedł, ten ruszył dalej, odkrywać to co nieznane. A za nimi szły tłumy. I tak powstał Cho… ee, Internet masowy.

Lekcja 1: Early Adopters to tacy przodownicy pracy – przekonają prosty lud, że z czegoś warto korzystać. A potem ruszają do przodu, zostawiając stare narzędzie dla tłumów, dzięki którym narzędzie na siebie zarobi. Albo i nie. Dbaj więc od swych pierwszych, geekowych użytkowników, bo to dzięki nim możesz osiągnąć sukces. Aczkolwiek nie musisz :).

Z nieco innej beczki, ostatnio trafiłem na stronę WroCamp – na pierwszy rzut oka wygląda mi to na bloga, więc automatycznie, jak za starych dobrych czasów, szukam ikonki RSS. Wiecie, rozumiecie, to wielkie pomarańczowe cholerstwo. O dziwo – nie ma. I nawet nie chodzi o to, czy WroCamp jest blogiem, czy nie, ale o to stare przyzwyczajenie do pomarańczowej ikonki, której dziś już się nie uświadcza tak często, jak w dawnych czasach. Dziś mamy Facebooka, Twittera, Google+ i inne narzędzia, dzięki którym można śledzić strony. RSS został dla prawdziwych wyjadaczy, którzy wiedzą, że do adresu strony dodaje się “feed/” i dostaje się link do pliku XML. Pod warunkiem, że jest to WordPress. Kiedyś RSS był wszędzie, a dziś powolutku odchodzi do lamusa. Nie jest to szybkie, gwałtowne odejście, ale masy nie używają tego sposobu śledzenia treści tak, jak robili to internauci kilka lat temu. A może to tylko kolejny dowód na to, że RSS nie przebił się do kultury masowej?

Dla mnie to znak, że się starzeję :). A dla dzisiejszych młodych niech będzie to lekcja, że ludzie jak to ludzie, przyzwyczajają się do pewnych rzeczy, więc lepiej uważać z nagłymi niespodziankami, nowościami i rewolucjami. To po pierwsze, po drugie zaś warto pamiętać, że cokolwiek się nie wymyśli, to nawet jeśli to coś stanie się hitem, to za parę lat zapewne nikt już o Twojej rewolucji nie będzie pamiętać. Bo po prostu wejdzie coś nowego, lepszego. To się nazywa postęp. A Twoje rewolucyjne narzędzie może okazać się być całkiem przydatnym, ale tylko dla geeków.

Lekcja 2: Wymyśl coś rewolucyjnego. A potem to spopularyzuj. Ale pamiętaj, że rewolucja musi być rozwijana, bo jak się zatrzyma w miejscu, to ktoś z nudów zrobi kolejną rewolucję. A Ty odejdziesz w niepamięć. I będziemy na Ciebie mówić “papcio Kodak”. Ale i tak nie ciesz się rewolucją, bo przyjdzie ktoś, to zrewolucjonizuje Twoją branżę bardziej.

I gdy tak narzekałem na masówkę i brak RSS’a, to wyczytałem sobie na GoldenLine w grupie o blogach, jak to jednym z największych błędów popełnianych przez blogerów jest zapominanie o animacji dyskusji w komentarzach. Animacja dyskusji? Trochę mi czasu zajęło dojście do tego, o czym w ogóle autor tego terminu pisze. Dawno, dawno temu to się po prostu zakładało bloga, pisało się o tym, o czym się pisać chciało, a jak pojawiały się komentarze, to się z ludźmi rozmawiało. Albo i nie.

Dziś zaś nie wystarczy już stworzyć strony WWW i pisać i/lub robić społeczność. Bo dziś to się tworzy startup, opracowuje produkt, robi research, animuje społeczność, pisze business plan i dorzuca kilkaset dziwnych terminów, bez których sieć 5 lat temu jakoś działała, a dziś nie potrafi się obejść bez pomocy ekspertów – businessmanów, marketerów, social media managerów, CEO, CCO, CCC, CO2 i innych takich.

Zresztą, to zakładanie stron to też ciekawa kwestia. Kiedyś było tak, że wystarczyło się HTML’a nauczyć i już wszystko chodziło tak, jak chodzić powinno. Potem człowiek nauczył się CSS’a i PHP, a także dowiedział się, jak wklejać JavaScript (a potem jQuery) w pliki, by wszystko działało. I też było fajnie. No ale w pewnym momencie człowiek przestał nadążać za zmianami w specyfikacjach i nad rewolucjami – CSS3, HTML5, Ruby, Python i inne dziwne rzeczy, hmm. Kiedyś to pierwszy lepszy humanista (na przykład taki mua) sobie zakodował stronę i działała. Ba! Nawet pod IE6 chodziła! A dziś to już trzeba być niesamowicie ścisłym geekiem, by się w tym wszystkim połapać. Nie wspominając o tym, że teraz trzeba jeszcze dbać o wersję na tablety, smartphone’y i osobne produkty od Apple.

I niby to wszystko normalne, a jednak z przymrużeniem oka na pewne rzeczy się patrzy. Bo jak powiedzałem, kilka lat temu nie trzeba było tego całego eksperckiego słownika pojęć, czy w ogóle rad “ekspertów”, by sobie w sieci radzić. A też biznesy powstawały i sobie świetnie radziły.

Lekcja 3: Technologia technologią, a postęp postępem, ale pamiętaj, że biznes to się opiera na dwóch rzeczach – ludziach i towarze, który można im sprzedać. Nie skupiaj się na kombinowaniu z dziwacznymi terminami, setką stanowisk i rad ekspertów z dużą ilością literki C przed imieniem.

Lekcja 3 i ¼: Ale stronę internetową i tak możesz prowadzić bez kombinowania z biznesem.

Lekcja 3 i pół: A jak jesteś humanistą, to jednak zainwestuj w programistów, bo za tym cholernym Internetem to już nadążyć nie można.

Tamta Sieć już nie wróci. Pomijając jednak sentyment i smutek po uświadomieniu sobie swojej własnej starości w wieku 24 lat, patrzę na pozytywną stronę całej tej sytuacji. Gdyby nie te olbrzymie zmiany w ciągu ostatnich 5 lat, to nie moglibyśmy powiedzieć, że teraz rozumiemy, jak czują się nasi rodzice, a co dopiero dziadkowie. Ktoś tu chyba zasługuje na Nobla, bo udało się w końcu przyśpieszyć upływ czasu…

PS: Gdzieś tam, głęboko ukryte są grupy dyskysyjne, fora i Internet, który się nie zmienił od lat. Więc jakby co, to mamy dokąd wracać :).

Update: No i zepsuto mi tekst, bo na WroCamp ktoś w międzyczasie wprowadził linka do RSS’a :P.

Źródła obrazków: 1, 2