11

Absurdy legalnej i nielegalnej muzyki w internecie

Czasami zachodzę w głowę, kto właściwie ma rację w kwestii piracenia muzyki w internecie. Bo sytuacja nie jest oczywista, a mnożące się przykłady pokazują, że podział dobrzy (organizacje antypirackie) i źli (piraci) często jest zupełnie mylna. Co więcej, co rusz dowiadujemy się o mniejszych lub większych absurdach dotyczących ścigania piratów, bądź też wpływu nielegalnego rozpowszechniania […]

Czasami zachodzę w głowę, kto właściwie ma rację w kwestii piracenia muzyki w internecie. Bo sytuacja nie jest oczywista, a mnożące się przykłady pokazują, że podział dobrzy (organizacje antypirackie) i źli (piraci) często jest zupełnie mylna. Co więcej, co rusz dowiadujemy się o mniejszych lub większych absurdach dotyczących ścigania piratów, bądź też wpływu nielegalnego rozpowszechniania muzyki w internecie. Dzisiaj dwa takie przykłady.

Historia pierwsza

Benn Jordan (pseudonim artystyczny Flashbulb) jakiś czas temu z dużym zaskoczeniem odkrył, że jego muzyka została spiracona. Co w tym zaskakującego? Ano, została nielegalnie zamieszczona w… oficjalnych e-sklepach. Jordan dowiedział się bowiem, że ktoś inny sprzedaje jego muzykę w iTunes. Ten ktoś ściągnął dyskografię muzyka, dodał w niektórych momentach w tle – uwaga – świergot ptaków – i wypuścił jako własną wersję.

Benn Jordan

Benn Jordan

Jordan zwrócił się oczywiście do wytwórni, która wydała piracką wersję jego muzyki z prośbą o jej wycofanie. Bezskutecznie. Wcześniej, bo w 2008 roku, Jordan miał już problemy z Apple’em, który sprzedawał jego muzykę bez jakiegokolwiek wynagrodzenia dla artysty. To nie koniec, Flashbulb w międzyczasie otrzymał ostrzeżenie od Google’a z żądaniem wycofania zamieszczonych przez siebie kawałków z YouTube’a, które uznane zostały za… piractwo.

Żeby było jeszcze ciekawiej, te same pirackie przeróbki muzyki Jordana zaczęły pojawiać się w e-sklepach Microsoftu, Google’a i jeszcze kilku innych. Mimo usilnych próśb twórcy muzyki, jak dotąd nie zostały usunięte. Jak informuje Jordan:

Google Play – „pracujemy nad tym”
Microsoft nie odpowiedział
iTunes nie odpowiedział
Rhapsody – „pracujemy nad tym”
Emusic nie odpowiedział
Junodownload nie odpowiedział
Spotify nie odpowiedział

To tyle, jeśli chodzi o walkę niezależnego artysty z piractwem w internecie.

Historia druga, czyli dlaczego piraci są dobrzy

Co jakiś czas pojawiają się badania, które mniej lub bardziej obalają nasze standardowe wyobrażenia na temat piractwa. Proszę zanotować sobie, że nie jestem zwolennikiem piracenia muzyki i nie zapisałem się do Pirate Party. Uważam po prostu, że schematyczny podział czarne-białe w tej kwestii niespecjalnie dzisiaj się sprawdza. Ale przejdźmy do rzeczy.

Stowarzyszenie American Assembly przy Uniwersytecie Kolumbia opublikowało ciekawy raport na temat wpływu piractwa na sprzedaż muzyki. Według badań sytuacja nie jest wcale tak oczywista, jak mogło to by się wydawać organizacjom antypirackim. Otóż, osoby, które najwięcej piracą, znajdują się też często w odsetku najlepszych klientów sklepów muzycznych. W USA piraci kupują średnio o 30% muzyki więcej od tzw. legalnych nabywców, w Niemczech zaś liczba ta ma być zdaniem analityków z American Assembly jeszcze większa.

Badania pokazują moim zdaniem tyle, że miłośnicy muzyki znajdą zawsze sposób na dotarcie do swoich ulubionych utworów. Jeśli nie uda się oficjalną drogą – to próbują w nielegalny sposób. Sam rynek jednak zdaje się na tym specjalnie nie cierpieć, a co więcej, badania pokazują, że potrzeba po prostu lepszych kanałów sprzedaży i docierania do klienta, nie zaś samych zakazów i gróźb dla piratów.

Paradoksalnie więc uznawani często za piratów użytkownicy są najlepszymi klientami wytwórni muzycznych – a mogli by wydawać jeszcze więcej pieniędzy, gdyby zapewnić im łatwy dostęp do materiałów muzycznych. Absurd zaś polega na tym, że organizacje antypirackie wolą skupiać się na łapaniu i karaniu, zamiast realnie zastanawiać, jak można zmniejszyć piractwo.

Grafika: Wendell, Wikipedia, American Assembly