Apple

6 momentów, w których Apple zawiodło zaufanie swoich konsumentów

KR
Krzysztof Rojek
43

Apple to firma, która wielokrotnie pokazywała, że jeżeli tylko na stole pojawiają się pieniądze, jest w stanie jedno mówić a drugie robić. Oto 6 takich przypadków.

Każda działająca na rynku firma ma prawo do pomyłem i podejmowania własnych decyzji. Te decyzje nie zawsze muszą być "fair" w odczuciu konsumenta końcowego i często w takich przypadkach bardzo wyraźnie widać, że dla firmy najważniejszy jest zysk, bądź wymuszenie konkretnych zachowań na klientach. Jednak Apple jest firmą specyficzną. Nie tylko w wielu miejscach na świecie stanowi przedmiot swego rodzaju kultu, ale też - jest firmą wyjątkowo głośno akcentującą swoją "filozofię". Zewsząd (szczególnie od fanów) można usłyszeć, jak to iPhone'y są produkowane w taki a taki sposób, ponieważ dla Apple ważne są takie a takie wartości.

Czy tak jest w rzeczywistości? Niekoniecznie. Sam fanem firmy nie jestem, co wielokrotnie podkreślałem, i dla mnie Apple to przedsiębiorstwo jak każde inne. Być może właśnie dlatego niesamowicie mocno kłują mnie w oczy sytuacje w których Apple robi coś, co absolutnie przeczy wszystkiemu, co firma mówi i temu, jaki wizerunek stara się kreować. Co więcej, najczęściej nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji i dalej cieszy się niesłabnącym poparciem ze strony kupujących. Postanowiłem zebrać dziś 6 takich momentów w których mój mózg po prostu nie mógł przetworzyć, w jaki sposób Apple było w stanie zrobić coś takiego swoim klientom.

Spowalnianie starszych (i nie tylko) iPhone'ów

Nawet kilka lat po odkryciu całego procederu jest mi smutno, kiedy o tym piszę. Apple celowo spowalniało starsze iPhone'y, ponieważ, jak samo wyjaśniło, "baterie litowo-jonowe wraz z upływem czasu nie są w stanie w pełni obsłużyć procesora, który momentami wymaga od nich zbyt dużego poboru mocy. Dzieje się tak przy aplikacjach mocno obciążających urządzenie i przy starszych smartfonach może to skutkować samoistnym wyłączeniem smartfona". Jakoś dziwne, że w całym szerokim świecie smartfonów, tylko Apple ma takie problemy i musi uciekać się do takich metod. Tym bardziej, że po wybuchu afery firma dała możliwość zarządzania wydajnością i jakoś nie słychać o masowo wyłączających się iPhone'ach. Oprócz tego firma dalej spowalnia także nowsze urządzenia. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie Apple szuka kreatywnych rozwiązań by w białych rękawiczkach skłonić użytkowników do zakupu kolejnego urządzenia, poprzez sprawienie, że ich obecny smartfon będzie z czasem coraz słabszy.

#bentgate i #antennagate

iPhone'y uchodzą za telefony, które w wielu kwestiach są "naj". Przez lata - najdroższe, ale też - najlepiej zbudowane, posiadające najlepsze funkcje etc. Jednak na przestrzeni lat Apple wypuszczało modele, które z pewnością nie powinny kosztować nawet ułamka kwoty, którą żądała za nie firma. Dwie sytuacje przychodzą na myśl od razu. Pierwszą z nich jest iPhone 4 w 2010, który posiadał innowacyjny system anten wbudowanych w metalową obudowę. Niestety, ktoś w Apple chyba nie przetestował tego rozwiązania w ogóle, ponieważ telefon, kiedy był trzymany w specyficzny sposób, gubił sygnał GSM i Wi-Fi. Nazwanie tego wpadką byłoby dużym niedomówieniem, bo chodzi tu o najdroższy w tamtym momencie smartfon, w którym źle działał najbardziej podstawowy system - wykonywania połączeń. Jeżeli mówilibyśmy o rynku motoryzacji, to samochody z tak poważną wadą od razu zostałyby zawrócone w akcji serwisowej do producenta. Tymczasem Steve Jobs otwarcie stwierdził w mailu, że powodem takiego zachowania telefonu jest fakt, że użytkownicy źle go trzymają. Kilka dni później Apple przyznało, że problem istnieje, jednak zamiast naprawić wadlwy fabrycznie smartfon zaoferowało klientom... darmowe etui, mające rozwiązać problem.

Drugą podobnie żenującą wpadką jest #bentgate, które również o ile nie przeszło bez echa, to nie sprawiło, by Apple poczuło się do odpowiedzialności za wypuszczony na rynek produkt. Chodzi o iPhone'a 6, kolejny duży redesign telefonu, który tym razem miał być większy i smuklejszy niż kiedykolwiek. Niestety - konstrukcja obudowy była wykonana w taki sposób, że w okolicach slotu karty SIM i przycisków głośności była mocno osłabiona, co spowodowało, że już od pierwszych dni masa ludzi zgłaszała problemy z wyginającym się iPhonem 6 Plus. Apple najpierw stwierdziło, że problemu nie ma (podobnie jak w przypadku anteny), a następnie zaoferowało wymianę uszkodzonych modeli, jednak warunki wymiany nigdy nie zostały podane. Niestety, wyginający się iPhone 6 Plus potrafił sprawić dużo kłopotów w późniejszym czasie (m.in. uszkodzenie czujnika panelu dotykowego), którego naprawa była problematyczna dla użytkowników, ponieważ Apple nigdy oficjalnie nie uznało wadliwej konstrukcji za przyczynę usterki.

Sprzeciw względem right to repair i bajki o ekologii

O tym temacie pisałem nie tak dawno w osobnym poście dotyczącym wprowadzenia right to repair. Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej prokonsumenckich przepisów, a przy okazji - proekologicznych. I tutaj mamy bardzo poważny zgrzyt, ponieważ Apple kreuje się na niesamowicie proekologiczną firmę, szczególnie jeżeli chodzi o takie kwestie jak usuwanie ładowarki z pudełek. Jeżeli jednak mówimy o konstruowaniu smartfonów w taki sposób by dało się je naprawić i przedłużyć ich życie (a więc - nie wyrzucać ich, przyczyniając się do zaśmiecanie planety), Apple robi zwrot o 180 stopni. iPhone'y z roku na rok mają wewnątrz siebie coraz więcej sparowanych ze sobą części, co oznacza, że serwis inny niż Apple nie może wymienić np. zbitego wyświetlacza czy baterii, ponieważ wewnętrzne mechanizmy firmy zablokują ich poprawne działanie. Przez to użytkownicy starszych modeli mają wybór - wydać więcej na bardzo drogą naprawę w autoryzowanym serwisie (prawdopodobnie droższą niż wynosi wartość urządzenia) bądź mniej na nowy telefon.

Dlatego też sprzeciw wzgledem right to repair jest dla mnie potwierdzeniem tego, że praktyki Apple mają się nijak do ekologii, a jedyne, na czym zależy firmie, to maksymalizacja zysków z ich autoryzowanych serwisów.

Brak nowych funkcji dla rocznych komputerów

Apple to firma słynąca z długiego wsparcia dla swoich urządzeń. Chyba nikt, kto kiedyś kupował smartfon, nie uniknął słuchania o tym, że 5-6 letni iPhone wciąż dostaje nowy system operacyjny. Jest to praktyka godna pochwały, ale też trzeba pamiętać, że Apple stosuje ją wtedy, kiedy się to firmie opłaca. Najlepszym tego przykładem jest chociażby premiera najnowszych Macbooków z procesorem M1. Branża bardzo ciepło przyjęła ten pomysł i trzeba Apple oddać, że tymi modelami wyznaczyli przyszłość komputerów osobistych, pokazując, że ARM ma niesamowity potencjał. Co jednak z osobami, które kupiły Macbooki rok wcześniej, zachęcone tym, żę będą miały komputer o który producent będzie dbał latami? Cóż, peszek, ponieważ już pierwsza aktualizacja macOS Monterey pokazała, że Apple niespecjalnie dba już o komputery z Intelami. Wspomniane pecety już w pierwszej aktualizacji nie dostały wszystkich nowości, które trafiły do wersji z M1. Co więcej - nie jest tak, że one nie działają, ponieważ jeżeli pogrzebie się w ustawieniach - działają bez problemu. Apple chce po prostu sztucznie zmusić użytkowników do zmiany na Macbooki z M1, obcinając wsparcie dla starszego sprzętu.

Wkładanie wadliwych podzespołów do nowych modeli

Jeżeli jesteśmy przy komputerach, nie mogło obyć się bez tematu sławnej motylkowej klawiatury w Macbookach z 2017, 2018 i 2019. Podążając za jak najsmuklejszymi obudowami firma zamieniła mechanizm nożycowy na motylkowy, co drastycznie odbiło się na trwałości konstrukcji. Klawiatury te po prostu się psuły, a wymiana w serwisie na nowe nic nie dawała, bo i te po jakimś czasie odmawiały posłuszeństwa. Apple długo nie chciało uznać problemu, aż w końcu ogłosiło akcję serwisową. Przy akcjach serwisowych trzeba jednak ustalić, jakie modele mogą wziąć w niej udział. Kuriozum było to, że przez pewien czas każdy nowy komputer Apple, który był kierowany do sprzedaży, z miejsca trafiał na listę akcji serwisowej. Oznacza to, że Apple wiedziało, że sprzedaje trefny towar, który zaraz się popsuje, a mimo to dalej reklamowało cudowne zalety nowej klawiatury. Oczywiście, finalnie klawiaturę motylkową porzucono, jednak reakcja Apple na feedback konsumentów była spóźniona o jakieś trzy lata.

Śledzenie tego, co użytkownicy wrzucają na iCloud

Apple prywatnością stoi. A przynajmniej - firma chce, żebyśmy tak sądzili. Ostatnie, co chciałem wspomnieć, to informacja o tym, że Apple zamierza skanować hashe zdjęć wrzucanych z iPhone'ów na prywatnego iClouda. Powód - przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu dziecięcej pornografii. Już samo to wywołało gorącą debatę na temat prywatności. Cóż, Apple nie miało problemów z porzuceniem retoryki o prywatności użytkowników gdy uczestniczyło w programie PRISM i sądzę, że o ile z pedofilią trzeba walczyć bezwzględnie, to implementowanie podobnych do tego funkcji zawsze jest balansem pomiędzy społeczną słusznością i bezpieczeństwem a prywatnością użytkowników. Apple zawsze opowiadało się po stronie prywatności więc nie ma się co dziwić, że klienci odnieśli się do zmian z niepokojem odnośnie kierunku, w którym zmierza firma. Zmiany finalnie wstrzymano, ale to nie znaczy, że plany zostaną porzucone. Teraz jednak rozgrzewa kolejna afera z prywatnością w tle - użytkownicy twierdzą, że Siri nie tylko ich nagrywa, ale Apple przekazuje te dane firmom trzecim.

I oto jest  - sześć momentów, w których Apple pokazało, że nie ma absolutnie problemu z tym, by jedno mówić, a drugie robić oraz że ich podejście do klienta radykalnie się zmienia, jeżeli tylko w grę wchodzą możliwe do zarobienia pieniądze. Nie portretuje tu Apple jako jakiegoś demona rynku, bo są na nim firmy zachowujące się znacznie gorzej. Jednak patrząc na to nieco z politowaniem patrzę na osoby, które stawiają Apple za nieskazitelny wzór dla innych, bo tak po prostu nie jest.

A jakie momenty wam przychodzą do głowy, jeżeli chodzi o burzenie mitu cudownego Apple?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: