42

3 miesiące nauki zdalnej okiem prowadzącego. Powiem wam co mnie najbardziej w tym systemie boli

Tym razem coś bardziej osobistego. Pandemia koronawirusa odbiła się głośnym echem jeśli chodzi o nauczanie w szkołach. Dużo mniej mówi się o uczelniach, które również nie miały lekko. Oto moje przemyślenia z ostatnich 3 miesięcy pracy ze studentami.

Dziś jest ostatni dzień roku szkolnego. Pamiętam jak sam czekałem na ten moment kiedy w końcu mogłem oddać się wakacyjnej labie. Tym razem jednak ten dzień wydaje się stłumiony i pozbawionych tych wszystkich emocji. Studenci z kolei muszą jeszcze trochę poczekać, sporo uczelni wydłużyło czas trwania aktualnego semestru, aby na spokojnie odrobić czas w których były zamknięte i to właśnie na tym elemencie polskiej edukacji chciałbym się skupić. Możesz nie wiedzieć, ale od lat jestem pracownikiem jednej z warszawskich uczelni i mam przyjemność pomagać studentom w rozwoju i zdobywania praktycznej wiedzy, która pomoże im odnaleźć się na rynku pracy (tak wiem, że dużo osób nie wierzy, że w Polsce na uczelniach można nauczyć się czegoś praktycznego, ale dziś nie o tym).

Okres pandemii był ogromnym wyzwaniem dla każdej placówki czy to państwowej czy prywatnej, technicznej czy humanistycznej. Obnażyło to wiele słabości naszego systemu szczególnie w zakresie nauki zdalnej. Wiele złego mówiono o tym jak szkoły podstawowe czy licea radzą się sobie z zaistniałą sytuację, jednak w to nie zamierzam się mieszać. Inny sposób kształcenia, inne wyzwania, inna grupa wiekowe, nie mam tam doświadczenia, a moje dzieci są za małe żebym znał problem z pierwszej ręki. Nie znam się, więc się nie będę wypowiadał. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć o miejscu, które zostało dotknięte w podobny sposób, a o którym w mediach mówi się dużo mniej.

Ustalmy tylko pewną granicę. Fakt, że nie zobaczysz tu nazwisk, nazw uczelni z którymi się kontaktowałem czy odniesień do tej na której ja mam przyjemność pracować jest w 100% celowe. To nie jest materiał, który ma kogokolwiek ganić czy chwalić, będę nawet unikał oceniania działań (lub ich braku) ze strony rządu. Potraktuj to jako taki big picture, rzut oka z wysoka na sytuację z którą musimy sobie poradzić systemowo, bo stoi przed nami wiele wyzwań.

Nie jesteśmy na to gotowi

Media puchną (poza TVP oczywiście) od materiałów, które pokazują brak elementarnego przygotowania nauczycieli i placówek do prowadzenia codziennych zajęć z dziećmi w trybie online. Wystarczy rzucić wirtualnym kamieniem przed siebie, a można być pewnym, że trafimy na jakiś przykład patologicznego zachowania jednego z uczniów. W moim przypadku, czy kolegów i koleżanek z którymi rozmawiałem, nie jest tak źle, ale daleko nam do gotowości.

Na pewno dużym komfortem jest fakt, że mamy do czynienia z zupełnie inną grupą wiekową. Moi studenci to z reguły osoby w wieku między 20 a 40 lat co powoduje, że pierdzenie w mikrofon już ich tak nie bawi – przynajmniej oficjalnie ;) Jednak daleko nam do jakiejkolwiek gotowości w zakresie ciągłego nauczania zdalnego.

Nauczanie zdalne, a infrastruktura

Każda placówka ma dużo swobody jeśli chodzi o inwestycje w zakresie infrastruktury udostępnianej studentom. Jak zawsze decyduje pieniądz. Sytuacja w której znaleźliśmy się kilka miesięcy temu była wyjątkowa. Wszystkie placówki zostały zamknięte, a ich władze miały kilka dni na opracowanie planu awaryjnego. Szczególnie w trudnej sytuacji znalazły się szkoły prywatne. W końcu ich studenci płacą za konkretną usługę. Studentów nie interesuje w tym wypadku pandemia, nikt się nie będzie rozczulał nad rektorem. Skoro nie ma usługi, nie ma czesnego. Dlatego jestem pod szczerym wrażeniem jak szybko niektóre uczelnie potrafiły dostosować swoje regulaminy, zasady, narzędzia, aby w ciągu kilku dni udostępnić swoim uczniom możliwość dalszego kształcenia w trybie zdalnym. Oczywiście mówimy tu o szeregu działań tymczasowych, jednak daje to promyk nadziei na przyszłość.

Niestety wiele uczelni nie dysponuje stosownymi zasobami. Kwestie związane z platformami wspierającymi standardową edukację nie są ustandaryzowane. Mówiąc krótko, każda uczelnia sobie. Jedne wykorzystują bardzo popularne Moodle, inne posiadają autorskie rozwiązania. Poziom integracji tych narzędzi z uczelnianymi systemami bywa różny, a przecież dziekanat miejsce święte i sprawy trzeba załatwiać. Dla większości osób działy takie jak kadry, księgowość, administracja w kontekście szkół wyższych nie istnieją, a są to osoby, które wykonują codziennie iście tytaniczną pracę. One też musiały jakoś funkcjonować, one też musiały mieć kontakt ze studentami dlatego solidne zaplecze informatyczne to absolutna podstawa.

To czego mi brakuje to wypracowany MINIMALNY standard. Nie zrozumcie mnie źle, w przypadku tego typu placówek jestem daleki od pomysłów na zrównanie wszystkiego i standaryzowanie co popadnie. Wiele szkół wyższych to prawdziwe miejsca nauki i innowacji i nie wolno nam wkładać ich do pudełka. Uważam jednak, że w Polsce władze najważniejszych uczelni powinny wypracować minimalny standard którego studenci mogliby, a wręcz powinni oczekiwać jeśli chodzi o możliwości edukacji zdalnej. Jeśli władze uczelni chcą zainwestować i dać więcej to fantastycznie! Jednak jakieś minimum powinno być zagwarantowane, a tego na naszych uczelniach zdecydowanie brakuje.

Procesy

Powiedzmy sobie szczerze. Szkoła to proces. Każdy student przechodzi przez konkretny proces nauczania. Semestr wymaga od kadry wykonania konkretnej sekwencji działań. Podejście do obrony pracy dyplomowej to bardzo złożony i mozolny szereg czynności, które należy wykonać w odpowiedniej kolejności. Szkoła to proces.

Problem w tym, że w 2020 roku na wielu uczelniach króluje papier. Chcesz wpisać oceny studentów online? Proszę bardzo, ale wpadnij potem do dziekanatu podpisać się na protokole. Student chce złożyć wniosek? Śmiało, wyślij go przez specjalny formularz, ale potrzebny jest podpis opiekuna naukowego. Przykładów można mnożyć, zapewne każda uczelnia może się pochwalić swoim gniotkiem.

Szczerze podziwiam te szkoły, które były w stanie się szybko dostosować, zmodyfikować swoje procesy, a wszystko to dla dobra i wygody studentów. Naprawdę, pracując w takim miejscu wierzy się w to, że Ci ludzie są przyszłością i serce rośnie kiedy można obserwować jak władze placówki wychodzą im naprzeciw, aby w tak trudnym czasie ułatwić im chociaż niektóre elementy codzienności.

Problemy jakie trawią naszą edukację to realnie zbiór naczyń połączonych. Jeśli nie zajmiemy się wyzwaniami z infrastrukturą, ciężko mówić o solidnej informatyzacji procesów wewnętrznych, która jest absolutnie niezbędna.

Egzaminy

Te realnie są dopiero przed nami, ale na polskich uczelniach od kilku tygodni trwa dyskusja na temat tego jak w sposób zdalny przeprowadzić egzaminy. Wielu prowadzących swoje przedmioty od lat ma wypracowany konkretny sposób egzaminowania, który nie zawsze da się zaadaptować do warunków zdalnych. Czy go zmieniać diametralnie na jeden semestr? Czy może myśleć przyszłościowo i dostosować go na stałe do formy zdalnej?

Ponownie w oczy bije brak chociażby minimalnej standaryzacji, która pozwoliłaby wyjąć odpowiedź na te elementarne pytania z rękawa. Przecież nie możemy przerzucić studentów na egzamin ustny. W tym semestrze mam pod opieką ponad 120 osób, a czas przeznaczony na egzamin to 90 minut. Daje to mniej niż minutę na głowę. Ciężko w tym czasie zdzwonić się, zadać sensowne pytanie i jescze dać czas na udzielenie poprawnej odpowiedzi. Pozostaje więc forma pisemna/testowa.

Tak dochodzimy do największego wyzwania każdego egzaminatora…ściąganie. Powiem Wam, że nie mam ani grama żalu o to, że studenci ściągają. Sam przecież to robiłem. Czasami z sukcesami, a czasami tak nieudolnie, że aż się tego wstydzę. Obecnie zawsze mnie bawi kiedy kontaktuję się ze studentem za pomocą MS Teams, a w odpowiedzi dostaję „przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać bo piszę kolokwium”. Rozczula mnie fakt, że w trakcie pisania sprawdzianu student ma czas i sposobność grzecznie mnie poinformować o tym fakcie. Zawsze wywołuje to u mnie szczery uśmiech :)

Teoretycznie sprawa jest prosta, jest wiele technik i systemów pozwalających na poprowadzenie sprawiedliwego i uczciwego egzaminu online podczas którego ryzyko posiłkowania się cudzą wiedzą jest zminimalizowane niemal do zera. Znowu rozbijemy się jednak o infrastrukturę, brak stosownego oprogramowania, a czasami (niestety) wiedzy jak to zrobić.

Mentalność

Wszystkie problemy, które do tej pory wymieniłem to tak naprawdę ograniczenia, które da się stosunkowo łatwo zniwelować. Teoretycznie wystarczy tylko podjąć decyzję: tak, poprawimy nasz program nauki online i dokonać stosownych zmian i inwestycji. Zapewne w ciągu 2-3 lat uczelnia może być w 100% przygotowana na przyjmowanie studentów na kierunki prowadzone wyłącznie zdalnie. Problemem w wielu przypadkach niestety jest mentalność niektórych prowadzących.

Myślę, że mogę z ręką na sercu powiedzieć, że dotyczy to stosunkowo niewielkiego procenta całej kadry wszystkich uczelni, ale walczą dzielnie. Chodzi o silny opór wobec nauki zdalnej. Potrafię zrozumieć wiele z postulatów tych osób: praca ze studentem na uczelni to bardzo wartościowa rzecz dla obu stron, dużo łatwiej omówić trudny materiał kiedy można ze studentami pracować w jednej sali, dobre wykłady czy ćwiczenia opierają się o dynamikę publiczności której wideokonferencje są niemal pozbawione. To wszystko prawda i nie można odmówić słuszności tych argumentów. Jednak czy nam się to podoba czy nie czasy się zmieniają.

Studentów jest mniej, mają większe oczekiwania, nie zawsze chcą się przeprowadzać tylko po to, aby studiować na danej uczelni, a teraz jeszcze kwestia koronawirusa, która pozostawi po sobie ślad na bardzo długi czas. To jak będzie wyglądał rok akademicki 2020/21 stoi pod znakiem zapytania. Nikt nie wie czy w październiku rozpoczniemy zajęcia od inauguracyjnego wykładu na auli czy MS Teams. Kadra musi się dostosować i nie możemy doprowadzić do sytuacji w której studenci zdalni czy nauka zdalna będzie miała etykieta złej, gorszej, niepełnej. Naszym zadaniem jako wykładowców, ćwiczeniowców jest zrobienie absolutnie wszystkiego, aby jakość kształcenia niezależnie od formy stała na równie wysokim poziomie.

To już koniec

Na zakończenie tego przydługawego tekstu chciałbym powiedzieć, że to był trudny semestr. Uczelnie poradziły sobie lepiej lub gorzej, jednym było łatwiej innym trudniej. To nie ma teraz znaczenia. Chciałbym jednak podziękować wszystkim kolegom i koleżankom po fachu, których znam i tym których nie znam za ogromny wysiłek jaki włożyli/włożyły, aby ten okres miał przynajmniej znamiona normalności. Równocześnie chciałbym podziękować swoim studentom (może jakimś cudem, któryś to czyta) za wyrozumiałość i chęć współpracy.

Nie ma to jak ckliwe zakończenie ;)