53

2 tygodnie z internetem 3G w smartfonie to był koszmar

Nie przypuszczałem nawet jak szybko i naturalnie przyzwyczaiłem się do sprawnie działającego LTE w smartfonie. Dużo mówi się teraz o szybkim internecie 5G, a tymczasem miałem wątpliwą okazję przypomnieć sobie jak to jest bez LTE.

Urlop to czas odpoczynku od internetu i co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Zablokowałem powiadomienia wszystkich aplikacji związanych z pracą, zabrałem ze sobą książki, trochę anime oraz seriali pobranych na Netflix i pojechałem w Bieszczady. A wszystko to po to żeby po aktywnym dniu mieć trochę wieczornego czasu na nadrobienie zaległości – poczytanie, pooglądanie i posłuchanie muzyki. Bieszczady niespecjalnie głębokie, raczej nie na uboczu, ale jednak z daleka od Warszawy, w której mieszkam. iPhone 11, abonament w sieci Play, który nie działa może idealnie, ale w dużym mieście raczej nie mam z nim problemów. Transfery są rozsądne, wszystkie serwisy i usługi, których używam działają sprawnie. I nie, nie będzie to przytyk do Play, bo drugi telefon z prepaidem w T-Mobile działał mi na urlopie tak samo źle, jeśli nie gorzej.

Dzisiejszy mobilny internet nie jest przystosowany do niskich prędkości

Pewnie znajdzie się duża grupa osób, która stwierdzi, że brak mi piątek klepki. No bo jak to, takie piękne okoliczności przyrody – a ja marudzę na słaby internet w smartfonie.

„ogarnij się człowieku, odłóż te zabawki, ciesz się życiem”

Proszę bardzo, cieszcie się życiem tak jak lubicie – ja lubię słuchać na przykład muzyki i poranna kawa z fajnym widokiem, czystym powietrzem – ale ze słuchawkami w uszach to dla mnie relaks. Każdemu według potrzeb. Ogromna biblioteka Spotify (używam od polskiej premiery) to super sprawa, szczególnie w połączeniu z dużym pakietem danych. Włączam co chcę, kiedy chcę , a ostatnio znajduję tam prawie wszystko czego szukam, również z bardzo niszowych gatunków muzycznych. Ale o Spotify za chwilę.

Pierwszym niemiłym zaskoczeniem był problem z LTE, który pojawił się w dwóch smartfonach (iPhone 11 i OnePlus 6) chwilę po dojechaniu na miejsce. Internet po prostu nie działał. Pomogło dopiero sztywne wyłączenie LTE i całkowita przesiadka na 3G. W obu przypadkach ten zabiegł pomógł i dostęp do internetu wrócił. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się jednak, że tę zmianę tak mocno odczuję. Jak możecie się domyślić, wszystko zależało od tego, jak dużo danych jest przesyłanych z konkretnego serwisu. Na początek jednak Speedtest w dwóch obszarach miejscówki, w której się zatrzymałem. Dodam, że nie było to „wygwizdowo” w środku lasu.

YouTube na 3G

Dramat. Serwis automatycznie uruchamiał filmy w najmniejszej możliwej rozdzielczości 144p. Ręczne przełączenie na 720p sprawiało natomiast, że w przypadku filmu trwającego około 10 minut przerw na doładowanie (wraz z zatrzymaniem odtwarzania) było średnio 10-15. Komfort oglądania czegokolwiek w takich warunkach jest niemal zerowy i wielokrotnie rezygnowałem z seansu, szczególnie że doładowanie potrafiło trwać nawet i minutę. Na próbę włączyłem kilka razy 1080p, ale ani razu nie udało mi się w tej rozdzielczości obejrzeć fragmentu dłuższego niż kilkanaście sekund.

Netflix na 3G

Choć zabrałem tablet z pobranymi serialami i anime offline, to z ciekawości sprawdziłem co mogę zrobić na smartfonie. Niewiele – poprzeglądałem listy czekając aż doładują się poszczególne pozycje (co nie zawsze miało miejsce), uruchomienie czegokolwiek trwało wieki, natomiast próby pobrania spełzły na niczym. Głównie dlatego, że w przypadku iOS Netflix lubi samodzielnie przerywać pobieranie nawet w domu na WiFi, więc zostawienie smartfona z downloadem na noc nie przyniosło efektu.

Audioteka na 3G

Tu trochę lepiej. Fakt – książki lubiły się zacinać między rozdziałami, ale ogólnie odsłuch był możliwy. Podobnie jak pozostawienie smarfona z pobieraniem na noc. Przeglądanie zawartości sklepu natomiast całkiem ok.

Spotify na 3G

Najlepiej na tym kiepskim internecie działało Spotify, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie odtwarzania. Udawało mi się przesłuchiwać całe płyty, zaliczyć bez problemu kilka nowości choć tu najbardziej odczuwałem brak zależności między kreskami zasięgu a zacinaniem się muzyki. To znaczy bywało, że łapałem maksymalny możliwy zasięg, a kawałek i tak się zacinał gdzie przy jednej kresce działał bez zarzutu. Mówię tu o „nowych” utworach, a nie już wcześniej odtworzonych. Męczące było natomiast przeglądanie biblioteki offline z pobranymi plikami. Spotify regularnie sygnalizowało, że coś doczytuje z sieci, choć pliki miało przecież na wyciągnięcie ręki w pamięci smartfona.

Z internetem 3G najlepiej działały komunikatory

Zdarzało się oczywiście, że zarówno Messenger jak i WhatsApp zwlekały z wysłaniem jednozdaniowej wiadomości bez multimediów, ale ogólnie nie miałem problemów z kontaktem. Schody zaczynały się podczas odbierania zdjęć i obrazków, które potrafiły nie doczytać się nawet przez kilka minut. Patrząc na prędkości uploadu w Speedtest mogę tylko domyślać się ile z wysłanych przeze mnie zdjęć nie dotarło do odbiorców.

Sprawnie działało też na przykład Allegro i Otomoto, zupełnie odwrotnie natomiast ładnie zrealizowane strony z animacjami. Tu zdarzało się, że część grafik nigdy nie trafiła na ekran smartfona, co uniemożliwiało nawigację.

Morał z tego jest prosty. Internet mobilny w 2020 jest super jeśli masz szybki transfer

Wiele serwisów i autorów stron chwali się, że tak optymalizuje swoje strony, by działały jak najlepiej. Najlepszym testem jest tu zawsze słabe łącze, które mocno weryfikuje te obietnice. Komfort korzystania z mobilnego internetu w Warszawie na dość sprawnie działającym LTE (lub domowym WiFi) nijak się ma do tych samych serwisów czy usług przy kiepskich prędkościach na 3G. Więcej tu irytacji, rozczarowania i rezygnacji niż frajdy z dostępu do treści. Jednocześnie ponownie doświadczyłem na własnej skórze, że szybki mobilny internet to taka trochę bańka i jeszcze bardziej wierzę we wszystkie komentarze o tym, że ten i tamten dostawca usługi ma spore problemy z zapewnieniem odpowiedniego zasięgu i prędkości transmisji danych na obszarach poza dużymi miastami.

Zabawne, bo dokładnie w tym samym czasie ruszył Project xCloud, czyli granie w chmurze od Microsoftu. Czytałem w polskiej sieci przynajmniej kilka zachwytów, jak to cudownie będzie bawić się na smartfonie i tablecie w produkcjach z Xbox One leżąc wygodnie w hamaku na działce za miastem czy w namiocie nad jeziorem. I bardzo żałuję, że nie miałem dostępu do tej usługi właśnie na urlopie, bo chętnie sprawdziłbym jak te oderwane od rzeczywistości marzenia (bo chyba inaczej nazwać ich nie można) zderzają się z realiami niczym rozpędzona ciężarówka z betonowym murem.