40

Zabiorę innym, bo mi też zabrali – nowa interpretacja praw autorskich

Trenerka całej Polski Ewa Chodakowska publikuje na Facebooku cudze ćwiczenia, nieporadnie wymazuje oryginalny napis i wkleja w to miejsce własny adres www. To tak w ogóle można? Cóż, Chodakowska w odpowiedzi twierdzi, iż… to ona padła ofiarą piractwa. Jak rzekł był Szekspir, źle się dzieje w państwie duńskim. Z pewnością narażę się wielu osobom, ale przyznam […]

Trenerka całej Polski Ewa Chodakowska publikuje na Facebooku cudze ćwiczenia, nieporadnie wymazuje oryginalny napis i wkleja w to miejsce własny adres www. To tak w ogóle można? Cóż, Chodakowska w odpowiedzi twierdzi, iż… to ona padła ofiarą piractwa. Jak rzekł był Szekspir, źle się dzieje w państwie duńskim.

531970_344922635645300_1967362255_nZ pewnością narażę się wielu osobom, ale przyznam szczerze – jak zawsze zresztą – że Ewa Chodakowska to dla mnie osobiście internetowy fenomen z tej samej półki, co Gracjan Roztocki, Aldona Orłowska czy cytaty Paolo Coelho. Próbowałem przeglądać profil Pani Ewy, ale nie dałem rady – mam wrażenie, że prowadzony jest on przez My Little Pony. Tłumaczyłoby to zarówno liczbę serduszek, lejący się gęsto cukier, jak i notoryczny brak polskich znaków.

Na facebookowym fanpage’u zwraca na siebie uwagę wyjątkowo nieestetyczna ilustracja. Internauci dość szybko namierzyli, że jest ona efektem kolażu wykonanego przez Chodakowską. Nie będę jednak sportsmenki rozliczał ze zdolności graficznych, bo nie w tym rzecz. Okazało się bowiem, że autorem sklejonych do kupy przez Chodakowską rysuneczków ćwiczeń jest Amerykanka Kim Favorito, która przygotowała je dla trenerki Cassey Ho.

Twórczyni obrazków nie kryje zresztą oburzenia. O sprawie uprzejmie doniósł jej polski tabloid.

 – Ta pani nie pytała o zgodę ani mnie, ani Cassey. Na pewno podejmiemy jakieś kroki i będziemy chcieli, by Chodakowska przeprosiła za kradzież – oświadczyła Favorito. (źródło)

Choć tropię od lat internetowe smaczki, z pewnością machnąłbym na cały ten temat ręką i nie męczył Was klimatem z doliny różowych kucyków, gdyby nie odpowiedź Chodakowskiej, która jest nad wyraz nowatorską interpretacją przepisów o prawach autorskich. Fakt otrzymał bowiem oświadczenie trenerki, która błysnęła dość oryginalnym tokiem rozumowania:

Przykro mi z powodu zaistniałej sytuacji, ponieważ sama czuję się pierwszą ofiarą piractwa, ale nikt o tym nie pisze. Moje programy treningowe są udostępnione na wszelkich kanałach komunikacyjnych, forach, blogach, YouTube etc. Znajdują się tam nielegalnie. Osoby udostępniające moje materiały podpinają do nich reklamy, zarabiając na wyświetleniach. Nie robię z tego afery. Im więcej osób się zmotywuje, tym lepiej! Moje zdjęcia są wykorzystywane na wielu portalach. Podpisane rożnym logo. Nie robię z tego problemu. (źródło)

5e4be43cb9fda3144e0f0b147ade28ca

Ostatni raz takie odwracanie kota ogonem widziałem na scenie politycznej. Jak się jednak okazuje, show-biznes i kultura są na podobnym poziomie. Całkiem niedawno czytaliście na łamach Antyweb o sprawie Katarzyny Pakosińskiej. Krótko potem wybuchła afera zespołu Percival Schuttenbach, który o kradzież oskarża Donatana – tego od słowiańskich cycków. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne tłuką się z kolei z rządem o elementarz. Nawet ja czuję się okradziony, bo pewne znane miasto dolnośląskie, uważające się za stolicę kultury, skopiowało mój pomysł i przedstawiło jako swój (ale to temat na osobny artykuł). Jeśli dołożyć do tego sprawę Chodakowskiej, wychodzi na to, że jesteśmy krajem grafomanów-hipokrytów. Smutne.

Popuśćmy jednak nieco wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że słowa Chodakowskiej stają się precedensem. Jak wyglądałoby nasze życie? Teoretycznie raz okradzeni z pieniędzy, dajmy na to, w tramwaju, moglibyśmy spokojnie kroić innych pasażerów. Raz uderzeni – tłuc innych. I tak dalej. Może dla kraju Chodakowska jest ulubionym trenerem. Dla mnie – nowym Hammurabim. Myślę, że stołek ministra sprawiedliwości już czeka – tym bardziej, że cała Polska z pewnością zagłosowałaby na Ewę w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Sprawa, choć sama w sobie drobna, jest jednym z wielu przykładów na to, jak traktuje się w Polsce świętość praw autorskich – szczególnie w Internecie. Wciąż żyjemy wspomnieniami o latach osiemdziesiątych, kiedy to piractwo było (i nie ma w tym grama przesady) ostoją kultury. Te czasy, drodzy Państwo, już minęły. Koniec, kropka.