100

Za dużo treści, za mało czasu. Nie da się za tym wszystkim nadążyć

Seriale, filmy, książki, gry, podcasty, muzyka... Do tego praca na pełny etat, szkoła. Spotkania ze znajomymi, obowiązki w domu, wyjście do teatru i na koncert po drugiej stronie miasta. Albo kraju. Jak być ze wszystkim na bieżąco? Nie da się. Po prostu.

…albo przynajmniej ja jeszcze nie odkryłem jak to zrobić. I nie chcę popaść w ton, że kiedyś było lepiej. Bo zawsze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a wspomnienia lubią zapominać o rzeczach nieprzyjemnych. Dlatego może nie tyle było lepiej, co inaczej. Żyło się trochę spokojniej. I nawet tak przyjemne rzeczy jak konsumpcja (pop)kultury wyglądały kiedyś inaczej. Wszystkiego mieliśmy po prostu mniej — tym samym mogliśmy w spokoju pomyśleć nad tym co przeczytaliśmy, tudzież zobaczyliśmy.

Co wybrać?

Zakupiony album muzyczny za kilkadziesiąt złotych musiał wystarczyć nam na wiele dni, jak nie tygodni. Nie mogliśmy przecież przeklikać się do kolejnej playlisty Spotify. Zostawało nam radio i telewizja, albo budowana od długiego czasu kolekcja. Płyty wyczekane, wymuskane i przesłuchane na wiele sposobów. To samo zresztą z książkami. Owszem — publiczne biblioteki były pełne klasyków, jednak załapanie się na rynkowe nowości i ostatnie bestsellery graniczyło z cudem. Wyczekiwanie aż ktoś odda, polowanie, zapisy — bo przecież w księgarniach wciąż cena potrafiła zwalać z nóg. A promocje nie nadchodziły. Dzisiaj? Nie dość, że kolejna głośna premiera goni kolejną, to po chwili możemy załapać się na solidne promocje, w ramach których książka dostępna jest kilkadziesiąt procent taniej. Czy to w formie cyfrowej, czy fizyczne wydanie.

Seriale oglądaliśmy kiedyś w telewizorze, wyczekując na nie każdego tygodnia. Od święta udało się zdobyć kasetę VHS od kolegi, który miał to szczęście że nagrał kilka odcinków pod rząd — i wtedy mogliśmy zawalić popołudnie. Teraz zasiadamy przy którymś z serwisów VOD i nawet nie zauważymy, kiedy przy dobrej serii zleci nam pół nocy. A przecież takich powstaje z roku na rok coraz więcej.

Premiera goni premierę

Ci którzy twierdzą, że „dobre gry wideo” się skończyły, delikatnie mówiąc, lekko mijają się z prawdą. Idealnym dowodem jest najświeższa odsłona The Legend of Zelda, która zbiera najwyższe oceny w historii. Nie bez powodu zresztą. To wielowarstwowa produkcja, od której trudno się oderwać. Tytuł rewolucyjny. A w okolicy jego premiery wyszło jeszcze świetne Horizon Dawn Zero, dziś premiera NieR: Automata, a już za chwilę na rynku pojawią się Mass Effect: Andromeda oraz Persona 5. Każda z tych gier to co najmniej kilkadziesiąt (!) godzin. A jeżeli chcielibyśmy zobaczyć wszystko — nawet kilkaset. Kiedy dodamy do tego cały zastęp fantastycznych mobilek które co tydzień pojawiają się w sklepach, a także mniejsze premiery konsolowe/komputerowe — nagle okazuje się, że nie jest to nawet praca na cały etat. Bo i tego nie wystarcza. Odkładanie ich „na później” też na niewiele się zda, bo nawet drobny przestój w rynku wydawniczym nie da nam możliwości nadrobienia wszystkich zaległości, nim pojawią się kolejne gry.

Kilka lat temu patrząc na moje rosnące w siłę biblioteki (pop)kulturowe najpierw zacząłem się zastanawiać czy dopadł mnie syndrom kolekcjonera. Po bliższemu przyjrzeniu się tamtejszym treściom wyszło na to, że nie — bo to naprawdę tytuły, z którymi chciałem się zapoznać. Jednak gdy mijały kolejne miesiące a ja wciąż nie odpakowałem DVD z kultowym serialem HBO. Wielki, świetnie oceniany, tytuł AAA został zakopany przez kolejne, nowsze. Sterta książek zrobiła się tak duża że mogłaby zrobić dużą krzywdę gdyby na kogoś runęła. Wtedy zrozumiałem, że jest tego… po prostu za dużo.

Trzeba wybierać

Co gorsza — mam wrażenie, że nawet skupiając się na jednej platformie do grania, jednej usłudze VOD, czy zawężając listę zainteresowań — niemożliwym jest nadążyć. Dlatego pogodziłem się już z tym, że trzeba iść na kompromis i ograniczyć nasz wybór. W niektórych przypadkach możemy też skorzystać z dobrodziejstw XXI wieku — np. spacerując, ćwicząc czy jadąc samochodem zamienić książkę na audiobooka. Do tego odtworzyć go nieco szybszym tempem. Ale, niestety, tu wybór wciąż jest mocno ograniczony. Poza tym takiego zastępstwa nie znajdziemy przy okazji całej reszty. Chyba że podciągniemy pod to umiejętności szybszego czytania. Ale w większości przypadków pozostaje nam zatem czekać na replikę gadżetu rodem z Harry’ego Pottera — tego, który pozwoli nam się cofnąć w czasie. I mieć nadzieję, że mając przed sobą kilka produktów, skoro nie możemy poznać ich wszystkich, to wybraliśmy ten najlepszy.