98

Wydawnictwo kontra bloger, czyli kogoś tu srogo poniosło

Co ja czytam??? W sieci pojawia się recenzja pozytywnie opiniująca książkę, lecz zarazem krytykująca wydawnictwo za błędy ortograficzne. Efekt? Ofensywa przeciw blogerce, która odważyła się wytknąć palcem wszystkie byki. Zapisałem sobie nazwę wydawnictwa, by nigdy nie kupić zeń żadnej książki. Popularny system „o nas tylko dobrze” nie zadziałał. Wydawnictwo tradycyjnie rozesłało książkę blogerom, a jeden z nich nie docenił gestu i spuścił […]

Co ja czytam??? W sieci pojawia się recenzja pozytywnie opiniująca książkę, lecz zarazem krytykująca wydawnictwo za błędy ortograficzne. Efekt? Ofensywa przeciw blogerce, która odważyła się wytknąć palcem wszystkie byki. Zapisałem sobie nazwę wydawnictwa, by nigdy nie kupić zeń żadnej książki.

Popularny system „o nas tylko dobrze” nie zadziałał. Wydawnictwo tradycyjnie rozesłało książkę blogerom, a jeden z nich nie docenił gestu i spuścił łomot za błędy ortograficzne. Na reakcję nie trzeba było czekać. Autorce niepomyślnej recenzji kazano usunąć tekst z sieci. Alternatywą miała być… sprawa sądowa (sic!).

– Wydawnictwo jasno dało mi do zrozumienia, że według nich narażam ich dobre imię i jeśli nie usunę recenzji, wyciągną z tego konsekwencje prawne – mówi Martyna, która prowadzi bloga recenzenckiego Post Meridiem. Blogerka nie spodziewała się tak emocjonalnej reakcji swoich czytelników, którzy wciąż debatują na jej blogu pod postem o usunięciu recenzji. (źródło)

Pani sekretarz redakcji wydawnictwa potwierdza na łamach serwisu booknews.pl kwestię ostrzeżenia o podjęciu kroków prawnych:

Tak, na samym końcu obszernego maila, w którym wyjaśnialiśmy blogerce nasze stanowisko względem jej tekstu, wspomniałam o takiej ewentualności. (…) uważamy, że wolność ta powinna mieć swoje granice tam, gdzie zaczyna się wolność i poczucie godności drugiej strony. (źródło)

Spróbujmy przeanalizować zdanie: wolność ta powinna mieć swoje granice tam, gdzie zaczyna się wolność i poczucie godności drugiej strony. Jeśli dobrze rozumiem, wolność blogerki skończyła się tam, gdzie zaczęła się ortograficzna wolność (czy raczej dowolność) wydawnictwa. Nic więc dziwnego, że w całym wywiadzie odium spada na autorkę bloga, natomiast nie pada ze strony przedstawiciela wydawnictwa słowo „przepraszam” pod adresem czytelników.

Tak, wiem, że zaraz będziecie pić w komentarzach do Antywebu, więc mała dygresja. Błędy robi każdy. Zapytajcie Grzegorza Marczaka, którego tak często piętnujecie. Internet to jednak nieco inna działka niż książka. Tu pisze się szybko, na już, na wczoraj, a każdą opublikowaną treść można w dowolnym momencie poprawić. I tak też staramy się czynić. Co innego natomiast ze słowem drukowanym i oprawionym – tu potrzebna jest solidna praca korektora, bo po wydaniu nie ma zmiłuj się. Czy jednak kiedykolwiek Antyweb żądał od Was usunięcia wpisów, obiecując Wam zarazem skrzyżowanie szpad w sądzie? Nie przypominam sobie. Ale ad rem.

Recenzja, czyli obelgi, których nie było

Recenzja jest krótka i treściwa. Mało tego, przychylna pisarzowi i jego powieści. Autorka bloga pisze (czy raczej pisała, bo tekst już usunęła) wyraźnie:

Pamiętnik diabła zdecydowanie wyróżnia się tematyką i dobrym stylem. Autor lekko i jakby bez wysiłku przeprowadza nas przez całą historię, komplikując wydarzenia w jednych fragmentach, przyspieszając akcję w innych. Nie ma tam miejsca na nudę. Historia pióra Adriana Bednarka to świetna lektura, która potrafiłaby pochłonąć bez reszty.

Dalej jednak autorka do beczki miodu dodaje łyżkę dziegciu. Uderza ostrzem krytyki w tandetną (nie tylko jej zdaniem) okładkę, a także w zastosowany font. I tu, faktycznie, można by polemizować. Blogerka twierdzi, że font bezszeryfowy jest nieczytelny. Lektura jej wpisu uświadomiła mi, że nie potrafię powiedzieć, jakie czcionki i fonty mają książki na moich półkach. Sięgnąłem na chybił trafił i znalazłem trzy nowe publikacje (nie beletrystyczne jednak), w których użyto kroju bezszeryfowego. Nie widzę problemu, choć owszem, opcja „serif” jest w zwartym tekście przystępniejsza dla oka. Stwierdzenie „nie da się tego czytać” faktycznie więc można uznać za lekko przesadzone.

To jednak w omawianej recenzji jeden mały akapit, który – nie czarujmy się – przeszedłby bez echa. Największy ciężar mają tu bowiem zarzuty dotyczące ortografii i to one zadecydowały, że o sprawie zrobiło się głośno. W tej materii nie mamy do czynienia z widzimisię blogerki. Zasady dotyczące pisowni są jednakowe dla wszystkich, a uczymy się ich od początku szkoły podstawowej. Jeśli w wydrukowanej książce znaleźć więc można byki wielkości mamutów, oznacza to, że ktoś, kolokwialnie mówiąc, zawalił sprawę. Oczywiście, błędy najpewniej popełnił autor, ale nie ma to w tym przypadku żadnego znaczenia – profesjonalne wydawnictwo nie opublikuje książki bez drobiazgowej korekty.

Jakim więc cudem w książce pojawiły się następujące (du)perełki???

Zdjęcia zamieszczone w recenzji

Tym bardziej więc dziwi butne podejście wydawnictwa, brak przeprosin wobec czytelników i próba zrzucenia odium na blogerkę. Aż chce się powiedzieć, że nie byłoby problemu, gdyby nie wredna dziewucha, bo przecież nikt by się nie połapał. Ale czy na pewno? Szczerze wątpię. Czytelnik to nie debil.

To nie Sokołów, bejbi!

Pani sekretarz redakcji w wywiadzie przywołuje przykład afery sokołowskiej:

Przekonał się o tym w nie tak dawnej głośnej aferze bloger Piotr Ogiński, który po wniesieniu przeciwko niemu pozwu ostatecznie zdecydował się przeprosić firmę Sokołów za swoje słowa krytyki pod adresem ich produktu. Gdyby firmy w takich sytuacjach zawsze godziły się na niczym nieograniczone hejtowanie, to byłoby biegunowo przeciwne do wolności słowa. (…) W imię wolności słowa nie można np. kogoś obrażać lub komuś ubliżać, tak samo jak w imię wolności ekspresji nie wolno np. uderzyć drugiego człowieka, pomimo że można mieć na to ochotę. Należy o tym pamiętać.

Sęk w tym, że przeczytałem recenzję kilkukrotnie i nie widzę, by autorka komukolwiek ubliżała lub kogokolwiek obrażała. Pani sekretarz łatwo jest konfabulować, gdy wie, że recenzję usunięto z sieci. Ale przecież Internet nie zapomina, więc bez problemu można znaleźć wpis blogerki w sieciowych archiwach.

Doskonale skomentował rzecz Paweł Opydo w zgrabnym, mocnym tekście pt. „Straszą blogerkę sądem, bo zwróciła uwagę na błędy w książce”:

Zwróćcie też uwagę na bardzo istotny fakt: w przeciwieństwie do słynnej sprawy z Sokołowem sporny tekst nie nosi żadnych znamion oczerniania kogokolwiek. W tamtym wypadku twórca mówił o firmie rzeczy, które były nieprawdą („jak zjesz ten produkt to będziesz świecić w nocy”), w tym mamy tylko opinie i pytania. Autorka nie przedstawia żadnych wziętych z głowy informacji o wydawnictwie ani nie wyciąga żadnych zbyt daleko idących wniosków. Nie wyraża się w żaden sposób o wydawnictwie ani nikogo nie obraża. Pokazuje wyłącznie zdjęcia na których widzimy liczne błędy i przekazuje swoją opinię na ich temat. (źródło)

Nauka nie idzie w las

Książek z błędami na rynku nie brakuje. Nie powiem, że zdołałem się już do nich przyzwyczaić, bo to byłoby kłamstwo. Raczej wykreowałem mentalny filtr, który z automatu poprawia wszystkie potknięcia lektury. Informacja, że wydawnictwo narobiło byków, nie odciągnęłaby więc mnie ostatecznie od lektury dobrej książki (nota bene mam swoją przeszłość jako korektor prasowy). Natomiast doniesienie o tym, jak zareagowało wydawnictwo, to dla mnie czytelny sygnał, by nie wydawać na jego książki ani grosza. Nie tak się robi marketing.

Wbrew okolicznościom, wielkim wygranym całej sprawy jest blogerka. Owszem, usunęła wpis, ale dzięki temu dowiedziałem się o jej blogu i będę tam zaglądał. Wielkim przegranym z kolei jest wydawnictwo, które zapomniało, że „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”. Dziwne to tym bardziej, że pani sekretarz sama w wywiadzie powiedziała, iż „jeżeli Wydawca boi się opinii na temat książki, to po prostu nie powinien oddawać jej do recenzji”. Amen.

  • iks

    Ja rzadko czytuję szmatławe wydawnictwa promujące rodzimych tfurców, ale na podstawie tych kilku razów sądzę, że owe Novae Res wpisuje się w standard.

    • iks

      Przyczyna takiego stanu rzeczy wydaje mi się niezbyt skomplikowana. Tfurca nierzadko sam płaci, a korektor kosztuje.

  • Marek Smoliński

    Pogadaj o tym ze swoim kolegą z Antywebu, Maciejem Sikorskim, który popełnił taki artykuł:

    http://antyweb.pl/cenzura-nie-to-walka-o-wolnosc-ta-prawdziwa/

    • Marcin M. Drews

      Ale po co? Każdy z nas wyraża tu swoja opinię. Nie rozwadniajmy konkretnego tematu konkretnego wydawnictwa. :)

    • Najlepiej wszystko wrzucać do jednego wora ;) Obie sprawy naprawdę są dla Ciebie tożsame? Zresztą, nie będę tego znowu zaczynał, bo Marcin ma rację – lepiej skupić się na tym konkretnym przypadku. A ja na kolejny karnawał przygotuję sobie strój inkwizytora…;)

    • Marcin M. Drews

      Amen. :)

    • Marek Smoliński

      Ja nie wrzucam do jednego wora, ale jak się nie wejdzie do wody to i się nie utopi. Jak ktoś nalega na wprowadzanie cenzury, to prędzej czy później będzie nadużywana. Precedensy w karaniu ludzi za opinie mogą skłaniać sądy do orzekania winy w coraz to bardziej błahych przypadkach.

  • Maciej Czechowski

    Żartowniś z Ciebie :)
    Chyba,że planujecie zatrudnić redaktorka-korektorka ;)

    • Marcin M. Drews

      Literówka, którą poprawiłem, nim wkleiłeś ten screen. :P

    • Rosiu

      Ale Paweł Opydło ;) został

    • Peter

      Freudowska pomyłka. Opydo czy bydło… wsio rawno.

    • czepiasz się, a mogli pozew wysłać, doceń łaskawość.

    • Marek Smoliński

      Mogli zabić.

    • Zgryźliwiec

      Albo spalić na stosie…

    • tiger

      Jedna różnica – za książkę płacisz, za artykuły nie ;)

    • Maciej Czechowski

      Eee,na pewno chciałeś mi odpowiedzieć,bo nie do końca widzę związek mojego komentarza z Twoją wypowiedzią?

    • tiger

      Do twojego argumentu jakości dodałem argument ceny ;)

    • Maciej Czechowski

      Moją intencją było nawiązać do tego,że Marcin Drews pisał o pracy korektora,a zrobił w tym fragmencie literówkę w tekście :)

  • Michał

    Tłumaczenie na poziomie piaskownicy ….

    „Tak, wiem, że zaraz będziecie pić w komentarzach do Antywebu, więc mała dygresja. […] Internet to jednak nieco inna działka niż książka. Tu pisze się szybko, na już, na wczoraj”

    Chciałbym zauważyć, że mamy 2014 rok i narzędzia takie jak „spell checker” nie należą do trudno osiągalnych. Osobiście używajac języka polskiego od święta jakoś zawsze przed kliknięciem sprawdzę tekst i używam polskich znaków, staram się przestrzegać interpunkcji, chociaż mój przekaz to głównie komentarze do postu a nie blog.

    Także takie wymówki to po prostu słabe podejście do czytelnika. Wy autorzy tekstów „sprzedajecie” przekaz i jego jakość ma znaczenie. Przynajmniej dla tych, którym zależy. Zastanówcie się czy słuchalibyście radia jakby spiker się jąkał, lub mówił niezrozumiale.

    • Marcin M. Drews

      Grunt to dobry komentarz nie na temat.

    • kabakos

      Wydaje się, że jak najbardziej na temat. Odnosi się do tekstu (jego małego fragmentu), czy też nie?

    • Marcin M. Drews

      A wybrany przez Ciebie fragment jest dygresją, Einsteinie. :)

    • kabakos

      Co nie zmienia faktu, że jest, geniuszu słowa!

    • Marcin M. Drews

      PWN: dygresja «krótka uwaga lub wypowiedź odbiegająca od głównego tematu rozmowy, utworu literackiego itp.» Dobrze, że nie było dygresji o tym, że piłem kawę, pisząc ten tekst, bo by się tu konwent baristów z miejsca zawiązał…

    • kabakos

      Cytując fragment z PWN dobrze byłoby go przeczytać i… zrozumieć.
      Zastosowałeś „dygresję” usprawiedliwiającą niechlujstwo blogerów w używaniu języka polskiego, poniżej piętnując wydawnictwo dokładnie o to samo. To raczej nie jest „picie kawy”.
      Rozumiem, że łatwiej jest „olać” temat, niż sprawdzić tekst.

    • Michał

      Myślałem, że temat dotyczy popełniania błedów w publikacjach i reakcji na ich wytykanie.
      Czyż nie? :)

      Komentowałem Twoją dygresję, więc ona musiała by być nie na temat skoro mój komentarz uważasz za takowy.

    • iks

      W tym komentarzu jest zainstalowałeś standardowy błąd antywebków.

    • Piotrek

      Dobrze, że w radiu nie można pisać komentarzy, bo pewnie temu spikerowi też by się od ciebie dostało. :/

    • __

      Przedmówcy pewnie chodziło o to czy akurat blogerzy mogą piętnować błędy, skoro uważają, że sami mają prawo je popełniać. Każdy powinien się zastanowić, czy akurat jemu wypada w danej kwestii poprawiać innych.

      I ja się z iks zgadzam. Nikt nie każe blogerom pisać szybko, nikt nie zabrania zatrudnić kogoś do korekty lub zwyczajnie wymienić się tekstami (żeby inny bloger sprawdził).

      Czy internet to inna sytuacja? Może.
      Mimo wszystko jeśli publikujecie z błędami i ludzie to czytają, to się im te błędy utrwalają.

      PS: W on-lajnie gazet pisze się tak samo, a jakoś błędy nie są usprawiedliwiane (właściwie są nawet , szczególnie w przypadku Gazety, piętnowane)

      PS2: A tekstów Rafał Kurczyńskiego zdarzyło mi się nie dokończyć z powodu nagromadzenia błędów (szczególnie bezsensownych zdań wielokrotnie złożonych). Ale w tekst kliknąłem, czy go doczytałem pewnie nikogo nie interesuje.

    • MT

      „Spell checker” nie zwalnia z myślenia. Weźmy to nieszczęsne „masarz”. Jest to „osoba zajmująca się wyrobem wędlin”, dlatego głupia maszyna niekoniecznie wychwyci błąd. Bo tutaj pisownia zależy od znaczenia, a do tego trzeba ogarniać kontekst. Spokojnie mogę sobie wyobrazić pomylenie „morze” z „może”, „charta” z „hartem” i tak dalej, czyli programik jest w stanie wyłożyć się na słownictwie z zakresu szkoły podstawowej.
      Weźmy daty, weźmy nazwy własne, weźmy nazwiska z całego świata, które naprawdę pisze się tak rozmaicie, że można się zdziwić – korektor nie może być debilem, redaktor tym bardziej. Jeśli wypuszcza się byle gniotka, czytadełko, nie jest to może tak istotne, ale im ambitniejszy materiał, tym większej wiedzy z wielu dziedzin wymaga praca redaktora.
      A dzisiaj nastały takie czasy, że mamy stada wtórnych analfabetów, którzy, o zgrozo, pchają się do mediów, obniżając poziom całej reszty. Błędy językowe w radiu, byki w tekstach, zalew głupoty w postach – po paru latach obcowania z tym szitem człowiek zaczyna mieć wątpliwości „jak się pisze to, jak się wymawia tamto, jak się odmienia owo”, choćby nawet kiedyś takich wątpliwości nie miewał, bo WIEDZIAŁ. A wiedział nie dlatego, że wykuł regułki, tylko dlatego, że CZYTAŁ.
      Przerażające, że dzisiaj aroganccy imbecyle zabierają się za wydawanie książek, w końcu to chyba nie to samo, co handel cebulą?…
      Zgroza.
      I jeszcze ten przerost ego i pęd do sądzenia się u byle kretyna – to chyba też znak czasów.

  • 168468

    boicie sie tego wydawnictwa? bo cos nie ma zadnych szczegolow

    • Marcin M. Drews

      A linki księciunio widzi? W cytatach? Kliknąć – tam są szczegóły. A o wydawnictwie dużo nie piszę, by nie reklamować.

  • fitz

    Omujborze. A co mają zrobić – puścić cały nakład na przemiał bo jakaś baba się ortografii czepia? W końcu mamy postmodernę, internet a nawet Twittera – a ta się oburza o jakieś duperele.

    • Marcin M. Drews

      Co mają robić? Przeprosić czytelników, bo trzeba umieć przyznać się do błędu. A nie przybijać do krzyża tego, kto to ujawnił.

    • Peter

      Wybacz, ale pierdolisz jak potłuczony.
      Po pierwsze – jest coś takiego jak errata.
      Po drugie mówi Ci coś określenie – wydanie drugie (trzecie, czwarte etc) poprawione.
      Po trzecie – tylko ten kto nic nie robi, nie popełnia błędów.

    • Czyli jak ktoś wytknie błąd to trzeba go straszyć sądem ?
      Kosmos jakiś – na szczęście są też ludzie rozumni na świecie.

    • Peter

      Grzegorzu.

      Może jednak powinieneś zmilczeć, bo przypominam, groziłeś BANEM tym komentatorom, których wcześniej nazwałeś grammar nazi.

    • i to jest to samo? hahahaha
      oraz
      przestań mieszać temat AW do tego bo nie o AW piszemy – jak chcesz być złośliwy to ja tez mogę ale nawet wtedy cię sądem nie będę straszył

    • Peter

      Tak, Groźba bana za zwrócenie uwagi na notoryczne błędy ortograficzne popełniane przez autorów AW, to jest ten sam schemat działania. PRÓBA ZAMKNIĘCIA ust ludziom wskazującym błędy,

      Sąd jest o tyle lepszy, że tam wydawnictwo nie ma pewności wygranej. Ty decydujesz autorytarnie o banie i nie dajesz pola do obrony.

    • dobra wymiękam bo zaraz porównasz złośliwości w internecie z wojną :) A jak nie widzisz różnicy pomiędzy banem a sądem i karaniem za opinie to już twój problem

      Ps. A banuję złośliwych a nie tych którzy są normalni i zwrócą uwagę na błąd. Tego pewnie jednak nie pamiętasz bo zwróciłeś uwagę na to co ci wygodne

    • Marek Smoliński

      Ja cały czas jestem złośliwy i nikt mnie nie zbanował – ot zagwozdka.

    • Sajrinka

      Różnica jest taka, że za kupioną książkę płacisz. Więc masz prawo wymagać więcej – OD WYDAWCY.

    • Ania, która stała się Peterem coś mam wrażenie, że jesteś związany(a) – ciężko stwierdzić – z wydawnictwem :)

    • Michał Zemełka

      Tylko jak to po pierwsze, po drugie i po trzecie ma się do straszenia sądem autora recenzji, hę?

    • PAR

      Bynajmniej… wystarczy napisać że poskąpili na korektę językową i opublikować na swojej stronie erratę. Błędy się zdarzają wszystkim, ale według mnie takie kwiatki świadczą o tym że książka nie trafiła do korekty językowej. A to nie najlepiej świadczy o wydawnictwie. Natomiast straszenie blogerki sądem za pokazywanie faktów, jest godne potępienia.

    • fitz

      Wiem, żartuję trochę (choć ze strachem w oczach – bo za takie coś to w podstawówce byłaby pała z wykrzyknikiem – a teraz w książkach takie babole!)

    • Lejzab

      Może i na przemiał. Błędy są ogromne, errata tu nie pomoże.

  • NSA Polska, sp. z.o.o.

    Chyba w każdej książce, którą czytałem znalazł się jakiś błąd (niekoniecznie ortograficzny). Najczęściej są to małe, niezauważalne literówki, czy brak spacji między wyrazami. Pf, co więcej, w książce „Symfonia C++” Grębosza znajdują się nawet duplikaty stron. Są również 2-3 zdania, które w ogóle nie mają sensu (nie jestem w stanie podać teraz cytatu).
    Takie pierdoły mi nie przeszkadzają, byle nie pojawiały się notorycznie.

    Nie rozumiem reakcji wydawnictwa, człowiek też ludź i może nie zauważyć tak małych błędów. W następnym wydaniu się poprawi, a to pierwsze będzie unikalne. Zawsze jakiś C++.

    Pozdrawiam, Główny Czytelnik Książek NSA Polska, sp. z.o.o.

    • iks

      Mylić się, a nie znać ortografii, to dwie różne rzeczy.

    • NSA

      Błędy ortograficzne można przeoczyć, chyba, że ktoś składa literki i przeczytanie jednego wyrazu zajmuje mu kilka sekund. Rozumiem, że są osoby, których praca polega na wyszukiwaniu takich właśnie rzeczy, ale jak napisałem wyżej – „człowiek też ludź”.

      Zwyczajnie wydawnictwo to zachowało się jak dziki na autostradzie.

      Pozdrawiam, Główny Odpowiadacz Na Komentarze NSA Polska, sp. z.o.o.

  • Peter

    W recenzji można zawrzeć ogólną informację o błędach wydawniczych, ale ich szczególowe wytykanie nie jest przedmiotem pracy recenzenta.

    • Dalej to nie powód by ciągać się po sądach.

    • Peter

      Za linkowanym wywiadem.

      „Jednak wolność słowa to nie dowolność słowa, tak samo jak wolność ekspresji to nie dowolność ekspresji.”
      cbdu

    • To uważasz za dobrą podstawę? No proszę Cię.

    • Guest

      Dopiero było Ania, teraz Peter. Coś tu nie halo.

    • Peter

      Wybacz OT.
      Jako Peter komentuję AW od jakichś 2 lat. Twoje insynuacje są nie na miejscu.
      Co więcej, podpisując się Adrian Kwiatkowski, jesteś dla mnie tak samo niewiarygodny, jak ja Peter, dla Ciebie.

    • hahah – dobre – jest gdzieś regulamin co wolno recenzować a co nie ?

    • Peter

      Ha ha.
      Przypomnieć Ci, jak miałeś obiekcje czy opublikować płatną, nieprzychylną płącantowi recenzję jego produktu.

      Recenzent nie może zapominać, że jest częścią ekosystemu.

    • jaki to ma związek – sorry ale zaraz wytkniesz żydom Jerozolimę idąc głębiej w porównania

    • Peter

      Ty wykazałeś się myśleniem biznesowym, brałeś pod uwagę to co sobie pomyśli płacant.
      Blogerka nie pomyślała wcale, być może nawet liczyła na skandal.
      W końcu kto o niej do tej pory słyszał?

    • A kto słyszał o tym wydawnictwie? :)

    • Cyr4x

      A kto to jest „płacant”? o_0

    • Zgryźliwiec

      Nie zgodzę się z Tobą. Recenzent ma prawo, a nawet OBOWIĄZEK wytknąć WSZYSTKIE błędy. Podkreślam – WSZYSTKIE.
      Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że odkąd wprowadzono obowiązek dysortografii w szkołach, wydawcy też zeszli na psy. I nie tylko Novae Res (czy jak ich tam zwą).

  • Szkoda, że nie recenzowałam tej książki – chętnie spotkałabym się w sądzie z wydawnictwem, które twierdzi, że wskazywanie partactwa (bo inaczej książek z błędami się nazwać nie da) jest równoznaczne ze szkalowaniem czyjegoś dobrego imienia. To jakby fotograf oddał sesję ślubną z poobcinanymi głowami i nieostrym kadrem i oburzał się, że klient śmie być niezadowolony. Serio wydawnictwa nie stać na zatrudnienie korektora? To może czas się przebranżowić?

    • Michał

      Oj marudzisz :)

      A poważniej,… gdyby za każdy błąd w książce kupujacy dostawał 1% rabat to niewątpliwie podniosłoby to poziom języka. A jest o co walczyć bo ludzie tak piszą i mówią, jak czytają w ksiażkach , mediach , czy na blogach.

    • Sajrinka

      Starałam się o pracę w tym wydawnictwie jako korektor. Żenująca stawka, a i tak mnie nie przyjęli. Kiedy poprosiłam o wykaz błędów, jakie popełniłam w próbnym tekście (albo jakich nie znalazłam), to okazało się, że to niemożliwe – pani nie wiedziała, kto sprawdzał… Ale wiedziała, że nie nadaję się do pracy. Redakcja / korekta to niestety pierwsza rzecz, na jakiej chcą oszczędzać wydawnictwa.

  • __

    Czy to się czymś różni od afery dotyczącej bodajże KacWawy? Wtedy wydawca chciał chyba pozywać Raczka. Twierdził jeśli dobrze pamiętam, że recenzent może podać zalety i wady „dzieła” ale nie może napisać: „to syf, nie idźcie na to”.

    Co tylko obrazuje skretynienie i warcholstwo wydawcy.

    • |

      …no ale i poziom „recenzenta”

  • steveminion

    Powtórzę co napisałem w powyższej sprawie gdzie indziej, książka z taką ilością rażących błędów powinna podlegać reklamacji jak każdy inny produkt nie nadający się do użytku :)

  • Michał

    Zgodzę się z autorem, że wydawnictwo nie potrafiło wyjść z twarzą z zaistniałej sytuacji, nie zgodzę się jednak z tym, że chodzi o wytknięcie błędów ortograficznych w recenzji. Ale kto by tam zagłębił temat. W wywiadzie z p. Dorotą Konkel, sekretarz redakcji wydawnictwa Novae Res. (http://booknews.pl/?p=1127) jest podana dokładnie przyczyna, co ma namyśli pisząc o wyjściu poza ramy recenzji:

    „Można krytykować fabułę, wytykać potknięcia i błędy, swobodnie oceniać tekst oraz szatę graficzną i eksponować swoje subiektywne zdanie dotyczące książki. (…). Przede wszystkim zaś w mojej ocenie recenzujący powinien ograniczać się do tego, czym jest recenzja, a nie na podstawie swoich spostrzeżeń snuć daleko idące wnioski dotyczące współpracy autora z wydawnictwem czy intencji wydawnictwa względem autora”

    Czyli główni chodzi o ostatni akapit przedmiotowego spornego tekstu: (http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:TzVn6QkL2yEJ:postmeridiem1.blogspot.com/2014/05/pamietnik-diaba-adrian-bednarek.html+&cd=1&hl=pl&ct=clnk&gl=pl)

    I to potwierdza autorka recenzji, że aspekt jest szerszy (http://postmeridiem1.blogspot.com/2014/05/informacja.html#bc_0_87B)

    Zresztą w tych komentarzach znajdujemy potwierdzenie o tym że autor mija się z prawdą, bo wydawnictwo dopuszczało już wcześniej recenzje niepochlebne i blogerzy ze współpracy byli zadowoleni.

    Mi to przypomina jak zwykle rozdmuchany problem, w którym „winowajczyni” zachowuje się ok i nie robi afery, a nawet jest zdziwiona jakie poruszenie wywołała…

    Czyli pełna tabloizacja informacji, zbitka sąd+bloger+”bezduszne wydawnictwo” powtarzana przez wszystkie zainteresowane media, które papugują siebie nawzajem nie zagłębiając się w istotę problemu.
    Ważne, że ktoś kliknie, komentarze będą rosły, pomachamy szabelką w imię wolności słowa i wypowiedzi, a nikt nie zada sobie trudu przeczytania informacji dostępnych na stronie „pozwanej blogerki”.

    Zastanawiam się tylko co gorsze: nieumiejętne wyjście z sytuacji wydawnictwa, czy papka serwowana przez portale odnośnie tej sprawy.

    • Marek Smoliński

      Rzetelne podejście do tematu postrzegane jest jako nudne, stąd furorę robią tacy ludzie jak Cejrowski, JKM czy Kolonko, którzy często upraszczają przekazywane informacje, gubiąc niektóre detale, nieraz całkiem istotne.

    • Michał

      Marku ja wiem, że jesteśmy społeczeństwem obrazkowym i Ci obrońcy zapamiętali z recenzji tylko obrazki ze skanami błędów…

    • Słowo rzetelność jest przez wielu dziennikarzy widziane od wielkiego dzwonu.
      Natomiast codziennie widzą słowa popularność, odsłony, kliki i tym podobne.

    • Michał Zemełka

      To pokaż może konkretnie te „daleko idące wnioski”. Czytałem recenzję, czytałem wspomniany przez Ciebie akapit, czytałem wywiad i komentarze na booknews.pl i postmeridiem i zaprawdę nie wiem o jakie wnioski chodzi. O zawyżoną zdaniem autorki recenzji cenę książki? Akurat omówienia stosunku ceny do jakości spotyka się nierzadko w recenzjach i nie budzą zdziwienia. O zarzut nieuwagi i niedbalstwa? Czyli co, zrobili to specjalnie a nie przez zaniedbanie? O to, że poprzez słabą jakość wydania utrudniono popularyzację książki? No fakt, akurat dzięki aferze wyszło pewnie na odwrót. Ale nadal nie nazwałbym tego daleko idącym wnioskiem.

    • Michał

      Uściślijmy, ja swoją interpretacje opieram na założeniu, że wywiad z sekretarzem powiela to co przekazali blogerce mailem. Z komentarzy można założyć że w jakimś stopniu tak jest. Wiec skoro w wywiadzie czytam, że recenzja nie powinna zawierać interpretacji relacji autor wydawca, to szukam tego w recenzji, a tam jest napisane o podcięciu skrzydeł autorowi, a praca redakcji nazwana jest kpiną. I to jest moim zdaniem to o co ma pretensje wydawnictwo. To czy tak jest faktycznie pozostawiam osobie autora recenzenowanej książki… I nie dyskutuje z faktami. W swoim poscie zwracam uwagę na papkę którą zaserwował antyweb i inne portale/blogi.
      w skrócie recenzja sklada się z części a,b,c. Wydawca mówi proszę usunąć recenzje bo nie zgadzamy się z c. Blogerka postanawia usunąć. Wszyscy podają że to z powodu b i jeszcze postraszyli sądem…

  • FanAW

    Blogerka miała rację, a to, że wydawnictwo bierze taką opinię za obraźliwą to już ich problem. Błędy ortograficzne trzeba wytykać. Na AntyWebie możemy sobie narzekać w komentarzach na literówki i inne takie, ale to jak już napisał autor – to jest internet, a nie książka.

    Przecież do każdej książki zgłasza się poprawki, więc o to ta cała awantura ze strony wydawnictwa? Wiadomo – wstydzą się, że wypuścili takie coś i teraz winny jest ten, kto zauważył. Prawda jest taka, że książki często zawierają jakieś literówki, wiedzą o tym na pewno czytający ebooki.

    Brawa za odwagę i za zwrócenie uwagi. Jak się okazuje w tym rzekomo błahym przypadku nie powinno być mowy o akcie odwagi, a jednak..

  • Agnieszka

    Świetną reklamę zrobiło to wydawnictwo blogerce, a sobie… cóż. W mojej pamięci na zawsze pozostanie jako wydawnictwo od błędów ortograficznych.

    • safona

      Czy naprawdę nikt z Was nie pomyśli, że to wychwalany i „utalentowany” autor tej „świetnej” książki byków narobił? I że może właśnie dlatego żadne inne, szanujące się wydawnictwo mu tej „genialnej” książki wydać nie chciało? Ortografia to jeszcze nic, może ma dysfunkcję taką albo co:), ale błędy frazeologiczne?! Toż one nie świadczą o niczym innym, jak o kompletnej nieznajomości języka i o nieumiejętności posługiwania się nim. Spotkaliście kiedyś człowieka, który prezentuje tak żenujący poziom językowy i jest przy tym inteligentny? Retorycznie pytam. Oczywiście. Zatem nie wychwalajcie książki, bo nad tym genialnym wytworem siedział ktoś i go słowo po słowie poprawiał. Tego typu błędów nie robią nawet inteligentni uczniowie w szkole. Można je natomiast znaleźć w wypracowaniach miernych geniuszy, co się ledwo łapią na dopuszczający, a potem w odwecie biorą za „pisanie” książek, za wydanie których wydawnictwom po prostu płacą. Bo nikt nie chce w te arcydzieła inwestować. Tyle.

  • em

    Szkoda ze blogerka wymiękła i usunęła recenzję. Wydawnictwo mogło jej naskoczyć z tym swoim pozeem. Ewentualną sprawę koleżanka wygrywa w cuglach.

  • Alex

    Pozostaje przypomnieć Antywebową akcję Grammar Nazi Fuck Off. Sami robicie zyliardy błędów, ale jak ktoś wytknie brak korekty wydawnictwu, to urasta do rangi bohatera. I to na stronie, na której takim zwracającym uwagę nakazano opuścić pomieszczenie.

  • Dobrze, że sprawa została nagłośniona przez większych blogerów, ponieważ część wydawców od dawna wierzy, że mogą robić z blogerami książkowymi, co im się żywnie podoba. Pamiętam sytuację, w której nawet autorzy książek potrafili zwymyślać młodą blogerkę słowami, których nie odważę się przytoczyć.

    • Relacje blogera z wydawnictwem powinna regulować umowa.
      Jeśli takiej nie ma, to znaczy, że bloger jest… co najmniej lekkomyślny.

      Odnośnie epitetów, niestety, ale w tym przodują blogerzy, którym błędnie się wydaje, że mogą wszystko.

    • Zgadzam się odnośnie umowy. Niestety większość blogerów książkowych dostaje jedynie barter.

      Nie trafiłam na wielu blogerów, którzy rzucają wulgarnymi epitetami, ale wśród blogerów książkowych ciężko znaleźć choć jednego. To trochę inne środowisko.

    • Ale barter to tylko forma zapłaty.
      Umowa nie tylko definiuje sposób płatności, ale też może i powinna regulować sposób wykonania zlecenia oraz mechanizm weryfikacji prawidłowości jego wykonania.
      Jak widać, w przypadku recenzji, może to być konieczne.

  • Nie chcę być złośliwy, ale nie dalej jak w styczniu, pewna, chyba nawet nieco znana, blogerka groziła mi prawnikiem i sądem, bowiem nie podobało się jej to, że została zacytowana (jedno zdanie tekstu, pseudonim oraz klikalny link do jej strony).

    Wychodzi na to, że sądzenie się jest w modzie.

  • Pingback: Cenzorowanie blogosfery? | Książkowo()

  • pazoo
  • Pozwoliłem sobie dodać link do Waszego artykułu na fanpage prowadzonej przez nas kampanii społecznej „Książka jest Kobietą”. Bo teraz strach się bać? Może w ogóle powinniśmy zrezygnować z recenzji albo pisać, jak to dawniej mówiono, „jedynie słuszne” recenzje ;)

  • Magda

    Myślalam, że tylko ja mam przysłowiowego fioła na punkcie czystości języka. Widzę jednak, że jest nas więcej. Dzięki Bogu :) W ostatnich latach pojawiło się na rynku wiele nowych wydawnictw. Niektóre z nich promują bardzo dobre nazwiska. Niestety, podobnie jak autorka bloga, mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że niekiedy bardzo dobra treść zostaje nam przedstawiona w niedopuszczalnej formie. Osobiście napisałam list do jednego z wydawnctw, które wydaje wspaniałe książki o wikingach, brytach, anglosasach ( z historią w tle i masą cudownych, fikcyjnych postaci na pierwszym planie). Posiliłam się o zrobienie listy błędów, z uwzględnieniem ich podziału na stylistyczne, ortograficzne, interpunkcyjne i edytorskie. Zrobiłam to dla siebie, ponieważ miałam madzieję, że kolejny tom powieści, na który czekam z utęsknieniem, będzie już lepiej przygotowany. Oczywiście mój list nikogo nie zainteresował, a powieść, ktorej nie mogłam się doczekać przez blisko rok, roiła się od blędów w sposób wręcz spektakularny. Ku mojemu przerażeniu, ostatnia książka, którą czytam (wydana przez stare, znane wydawnictwo), jest zlepkiem zdań podrzędnie złożonych, zajmujacych pół strony, ale nieposiadających w swojej strukturze połowy wymaganych przecinków. A może ja coś przeoczyłam. Mam już 35 lat, więc może czegoś nie wiem. Czyżby przecinek przestał być obowiązującym znaikiem przestankowym? Kończąc, mam taką refleksję. Kto jesli nie wydawnictwa literackie ma promować czystość języka? No kto?

  • Cyr4x

    To jest śmieszne. Posyłają blogerom książki do zrecenzowania, a potem się czepiają, że któraś recenzja była krytyczna. Zwłaszcza, że wytkniete zostały ewidentne byki, których w książkach za kasę nie powinno być.

  • Madisa

    Czcionka bezszeryfowa jest czymś może do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, albo co może nudzi, ale nieczytelna? Jak może, skoro dla osób z obniżoną sprawnością wzrokową jest zalecana, bo to szeryfy obniżają czytelność, utrudniają rozpoznanie liter.

  • the survivor

    No ten screen z masarzem to faktycznie policzek w twarz wydawnictwa. W tym fragmencie chodzi zapewne o mięsno-wędliniarskie klimaty, których recenzent nie zrozumiał ;)

    > W imię wolności słowa nie można np. kogoś obrażać lub komuś ubliżać, tak
    > samo jak w imię wolności ekspresji nie wolno np. uderzyć drugiego
    > człowieka, pomimo że można mieć na to ochotę.

    Przykro mi stwierdzić, ale pani sekretarz nie rozumie pojęcia wolności. Nie można porównać wyrażania opinii z aktem fizycznej agresji. Może warto zastanowić się za zmianą pracy?

  • kasia

    Dobrym wydawnictwom po prostu się takie byki nie zdarzają, bo zależy im na jakości. Czytam dużo Czarnego i nie pamiętam, żebym wyłapała tam jakieś byki.

  • foo

    Czy autor wie, co to są czcionka i font? Tych pojęć nie można używać zamiennie.

    Czcionki (nie fonty) bezseryfowe sprawdzają się w książkach, gdzie jest niewiele treści – jakieś albumy, zbiory przepisów. W powieściach muszą być seryfy – ich brak męczy wzrok przy dłuższym czytaniu, co jest naukowo udowodnione.

  • Pragmatus

    Co za koszmarny wstyd dla osób odpowiedzialnych za tą sytuację w Novae Res. Nie chciałbym być w ich skórze. Koszmar! :D —- o ile w ogóle świadomi są tego co zrobili…LMAO.

  • „ortograficzna (do)wolność” – tak niedługo gimnazjaliści i licealiści zaczną się tłumaczyć, kiedy im się pałę za byki postawi ;)

  • Pingback: Wydawnictwo, które chce cenzurować internet | Chica Mala()

  • safona

    Wszystko pięknie, ale twierdzenie, że to „wydawnictwo narobiło błędów”, jest przesadzone. Wydawnictwa winą jest przyjęcie do publikacji książki, której autor nie zna języka polskiego (ortografii i frazeologii). Jakim zatem prawem mieni się pisarzem?
    Co nie zmienia faktu, że wydawnictwo błędów tych nie zauważyło i je przepuściło.