25

Wydawnictwo kontra bloger – ciąg dalszy!

Jest odpowiedź wydawnictwa! Tłumaczy, prostuje i… pozostawia głęboki niedosyt. Tym bardziej, że mleko zostało już rozlane, a sprawa, niczym szalona piłeczka pingpongowa, zdążyła już wczoraj obić się o wszystkie możliwe media. Krzysztof Szymański, dyrektor zarządzający wydawnictwa Novae Res, wystosował takie oto pismo: Szanowni Państwo, w odpowiedzi na krytykę, będącą wynikiem naszej prośby o usunięcie recenzji […]

Jest odpowiedź wydawnictwa! Tłumaczy, prostuje i… pozostawia głęboki niedosyt. Tym bardziej, że mleko zostało już rozlane, a sprawa, niczym szalona piłeczka pingpongowa, zdążyła już wczoraj obić się o wszystkie możliwe media.

Krzysztof Szymański, dyrektor zarządzający wydawnictwa Novae Res, wystosował takie oto pismo:

Szanowni Państwo, w odpowiedzi na krytykę, będącą wynikiem naszej prośby o usunięcie recenzji opublikowanej przez blogerkę Post Meridiem, chciałbym zaoferować krótkie wyjaśnienie. W pierwszej kolejności przepraszamy wszystkich, którzy to zdarzenie odebrali jako usiłowanie ograniczenia wolności słowa. Nie było to naszą intencją. Chciałbym wyjaśnić, że odnalezienie w książce błędów i wskazanie ich w recenzji nie było powodem skierowania do jej Autorki prośby o usunięcie recenzji. Zastrzeżenia Wydawnictwa wzbudziło sformułowanie Recenzentki dotyczące sugerowania celowego działania Wydawnictwa na szkodę Autora. Wydawnictwo nie zanegowało, że wskazane przez Recenzentkę błędy rzeczywiście umknęły uwadze obydwu redaktorów, którzy opracowywali tekst i że takie zdarzenie nie powinno mieć miejsca. Dzięki wychwyceniu ich przez Recenzentkę podjęliśmy szereg działań, między innymi skierowaliśmy tekst do dodatkowej korekty. Błędy w książkach zdarzają się pomimo starań redaktorów oraz wydawnictw. Jednakże wyciągnięcie przez Blogerkę na tym przykładzie wniosku, że wydawnictwo, które umożliwiło debiut, swoim działaniem „podcina skrzydła autorowi” sekretarz redakcji uznała za krzywdzące. Emocjonalne podejście do sprawy spowodowało sformułowanie niefortunnej wypowiedzi na temat podjęcia ewentualnych kroków prawnych, która nie powinna mieć miejsca i za którą pragniemy przeprosić. Naszym zamiarem nie było jednakże – co jest nam obecnie zarzucane – cenzurowanie blogerki za wytknięcie błędów językowych. Ubolewamy, że doszło do takiej sytuacji, z której wyciągniemy wnioski na przyszłość.

Spróbujmy na szybko przeanalizować stanowisko Pana Dyrektora.

Po pierwsze, w oczy rzuca się fakt, iż wydawnictwo idzie w zaparte i nie ma zamiaru przeprosić czytelników za kardynalne błędy. Ba, sprawa jest wręcz marginalizowana. Dyrektor twierdzi, że błędy zdarzają się zawsze. I owszem, ale takie? W książce? Błagam… Zanim ktokolwiek w wydawnictwie wytknie mi brak kompetencji w tej materii, przypomnę, że byłem w życiu korektorem oraz nauczycielem akademickim przedmiotów humanistycznych, a i mam na swoim koncie kilka publikacji książkowych, ergo bez cienia fałszywej skromności – wiem, o czym mówię. Należałoby natomiast zapytać, jakie kompetencje mają korektorzy, którzy nad książką pracowali.

Po drugie, bardzo wątpliwe jest owo „emocjonalne podejście” pani sekretarz. Działanie w afekcie nie przystoi osobie na tym stanowisku, ale o jakim afekcie tu mówimy? Wszak był to wywiad, najpewniej autoryzowany, opublikowany na zimno, a nie przekazywany „na gorąco i na żywo” z miejsca zdarzenia. Mało tego, pani sekretarz sama przyznała, że wcześniej wystosowano do blogerki mail, w którym podniesiono kwestię prawną.

Celnie komentuje to Paweł Opydo:

Moją uwagę zwróciło jeszcze coś. „Emocjonalne podejście do sprawy”. Hej, moment – największe bzdury na ten temat były opublikowane w wywiadzie z przedstawicielką wydawnictwa… tydzień po skasowaniu wpisu! No kaman, przez tydzień działali pod wpływem emocji? Powiem Wam jak ja to widzę. Widzę to tak, że takie praktyki były, są i zapewne jeszcze długo będą istniały na rynku recenzenckim. Różnica polega na tym, że tym razem ktoś złapał wydawnictwo za rękę. Pod wpływem tysięcy komentarzy oburzonych internautów firma w końcu uległa i przeprosiła – ale to przeprosiny na zasadzie „ej, weźcie coś napiszcie temu plebsowi, żeby się nie pluł”. (źródło)

Po trzecie, co do stwierdzenia samej blogerki o podcinaniu skrzydeł, jest to logiczny z jej strony wniosek – jeśli w restauracji podadzą mi obiad na brudnym talerzu, właściciele zrobią w ten sposób krzywdę kucharzowi, bo ja ani tego nie spróbuję, ani już tam nie wrócę. Podobnie z książką – brak korekty powoduje, że czytelnicy zrzucają odium na autora. Jest więc podcinanie skrzydeł? Jest, jak najbardziej!

I ponownie Opydo:

Wniosek, że wydawnictwo podcina skrzydła autorowi książki był wynikiem prostej analizy przyczynowo-skutkowej. Jeśli w książce debiutującego autora pojawiają się błędy ortograficzne, to na pewno nie wpływa to pozytywnie na odbiór tejże. W żadnym wypadku w recenzji nie było też „sugerowania celowego działania wydawnictwa na szkodę autora”. Recenzentka nigdzie nie napisała, że było to intencjonalne albo złośliwe. (ibidem)

Reasumując… Przekonany odpowiedzią wydawnictwa absolutnie się nie czuję. Wciąż brak zwykłych prostych przeprosin za potworne błędy, które w książce nigdy nie powinny się znaleźć. Owszem, tzw. literówki (czy słynny „brak ogonków”) zawsze były zmorą publikacji drukowanych i nigdy się ich nie pozbędziemy, ale w przypadku wydawnictwa Novae Res mowa o ortograficznych bykach, z którymi nie poradziłby sobie nawet zdolny torreador. Śmiem wątpić, czy rzeczoną książkę widział jakikolwiek fachowy korektor – tym bardziej, że zbyt wiele dziś firm wydawniczych ogranicza się do wsparcia ze strony… programu Microsoft Word. A ten błędu w wyrażeniu „masarz pleców” nie podkreśli, bowiem nie rozpozna kontekstu, a „masarz” to osoba zajmująca się wyrobem wędlin, zatem wyraz taki istnieje. I tak dalej…

Jak napisałem wyżej, mleko się już rozlało. W ciągu doby potwierdziło się moje wczorajsze stwierdzenie, że wygranym w sprawie jest blogerka – nawet jeśli usunęła własny wpis. Przegrało natomiast wydawnictwo, o czym świadczą setki komentarzy ze strony czytelników. Zakończę więc temat kilkoma cytatami z sieci…

  • Szum jest nie tylko wskazany, ale też ważny dla samej bloggerki. Tak się składa, że straszenie sądem to nie są czcze przelewki i przyda się sytuacja, która w końcu pracowników tego wydawnictwa utemperuje. Później jeszcze przyjdzie sytuacja, w której zaczną szykanować kogoś innego za napisanie prawdy o ich książce. Do mnie samej administrator jednej z waszych stron książkowych nie odniósł się najlepiej po moim delikatnym pytaniu-sugestii odnośnie pewnej powieści przez Was wydanej.
  • Recenzentka wyraziła się o książce bardzo pochlebnie. Naprawdę chcesz się wydać tam, gdzie przepuszczają takie ortografy?! Nie uważam, że ktoś, kto popełnia błędy ortograficzne nie powinien pisać, bo treść i pomysł nie mają nic wspólnego z ortografią. Ale jeśli korektor, którego zadaniem jest takie błędy wychwytywać i poprawiać nawala w tak oczywistych wyrazach, to dobrze o wydawnictwie nie świadczy…
  • Tak naprawdę to Adrian Bednarek powinien podać do sądu NovaRes. Przecież zapłacił za wydanie (pewnie z 4-6 tysięcy) a tymczasem wydawnictwo się z umowy wywiązało średnio. Błędy są i to liczne oraz rażące. A skoro tak, to korekty nie było albo była niestaranna: czyli wydawnictwo nie wywiązało się z umowy. Nie mówiąc już o tym, że poniósł szkodę niematerialną w wyniku takiego działania. Obnaża to wszystko brutalna prawdę – wydawnictwa tego typu zarabiają na naiwności autorów.
  • Nie sądem powinniście Państwo straszyć autorkę recenzji, ale dziękować jej za ujawniony błąd „systemowy” – fatalną korektę – i zapewnić ją, Państwa klientów, że zostanie on niezwłocznie wyeliminowany.
  • Najśmieszniejsze, a może raczej najbardziej godne płaczu, jest to, że blogerka napisała prawdę o tym podcinaniu skrzydeł – przecież wymagającemu czytelnikowi z pewnością odechce się kupna powieści z tyloma błędami. A więc zrobiono problem z napisania prawdy.