72

Wszędzie dobrze, ale w kinie najlepiej – o „netflixowych” niespodziankach

O nadchodzącej premierze filmu "Anihilacja" dowiedziałem się jakieś kilkanaście tygodni temu. Od razu dodałem ten tytuł na listę do obejrzenia - wystarczyły pierwsze sceny zwiastuna, dopiero po dopisaniu dokończyłem oglądanie. Od tamtej pory co pewien czas sprawdzałem, czy i kiedy można spodziewać się premiery w polskich kinach. Dziś wiem, że do niej nie dojdzie, co nie oznacza jednak, że "Anihilacji" w Polsce nie obejrzymy. Wręcz przeciwnie.

Jeszcze przed weekendem Netflix ogłosił, że to własnie on będzie gospodarzem polskiej premiery produkcji od DNA Films i Paramount Pictures. Nie otrzymaliśmy powtórki z rozrywki – od debiutu online dzieli nas kilkanaście dni, a nie kilka minut, jak w przypadku Paradoks Cloverfield, który pojawił się w serwisie chwilę po zapowiedzi w trakcie przerwy reklamowej tegorocznego Super Bowl. Mimo wszystko, taki zwrot akcji nie jest wcale mniejszą niespodzianką, niż wcześniejsza inicjatywa – dla każdego to spore zaskoczenie.

Nieistotne, czy mowa tu o maniaku filmowym, czy o osobie która wybiera się do kina raz na pół roku, takie wieści mogą wprowadzić w nie lada osłupienie. Netflix oczywiście przejmował już wcześniej prawa do filmów, które miały szanse na debiut w polskich kinach, ale ta konkretna sytuacja powoduje uśmiech na twarzy każdego z kim rozmawiam. Panuje nie lada zadowolenie z działalności Netflixa, bo dla wielu z subskrybentów taki ruch oznacza to szansę na zaoszczędzenie na cenie biletu, uniknięcie wyprawy do kina i szansę na zobaczenie filmu na własnych zasadach – nawet w drodze, na smartfonie. Bo czemu nie?

O ile jestem ogromny zwolennikiem rozwoju platform VOD, bo to właśnie one nadają teraz dynamiki całemu przemysłowi filmowemu, o tyle coraz częściej odnoszę wrażenie, że sytuacja staje się mniej satysfakcjonująca dla kinomaniaków. Nic nie wskazuje bowiem na to, by sieci kinowe – czy to amerykańskie, czy polskie – w ogóle rozważały rozpoczęcie bliższej współpracy z Netflixem. Warunek stawiany przez serwis VOD jest prosty: premiera ma odbyć się jednocześnie online i offline, podczas gdy kina wciąż oczekują okienka czasowego na wyłączność (zapewne od 2 tygodni w górę), by móc zarobić. I powiedzmy sobie szczerze – nie na projekcji samego filmu, ale wszystkim innym, co jest sprzedawane przy kasach wraz z biletami.

Jak wiele osób zaczekałoby (czytaj wytrzymałoby) te 2 lub 3 tygodniena premierę online? Śmiem twierdzić, że w przypadku takiej produkcji jak „Anihilacja” frekwencja w kinach mogłaby być całkiem niezła, bo takie sci-fi po prostu zasługuje na kino. Za chwilę pojawią się głosy, że niektórzy w swoich zaciszach domowych mogą zorganizować równie dobry, a może i nawet lepszy pokaz, ale jeśli miałbym wybierać, to nawet 65-calowy OLED i zestaw kina domowego z Dolby Atmos nie odciągną mnie w tym przypadku od kina.

Cały ten wywód możecie odebrać, jako zarzut wobec Netflixa, który zabrał świetnie zapowiadający (i już oceniany) film z kina na własną platformę. Prawda jednak leży zapewne po środku. Netflix nie zamierza oddawać za bezcen praw do filmu, a kina nie zainwestują w produkcję, którą widzowie będą mogli zobaczyć online w dniu premiery. Tracą na tym filmomaniacy tacy jak ja, którzy uwielbiają każdą formę dystrybucji, ale woleliby dysponować wyborem, bo za każdym razem gdy widzę zwiastun „Anihilacji” (obejrzałem go na razie tylko 3 razy, ale chyba się nie powstrzymam) marzę tylko o dużym ekranie, ciemnej sali i szansie na wyrwanie się z rzeczywistości na te 2 godziny.