11

Chcesz sobie pozabijać? Oto gra, w którą musisz zagrać

Dokopałem mecha-Hitlerowi, powstrzymałem Henryka I Ptasznika, poużywałem sobie energii Czarnego Słońca i wreszcie dopadłem Wilhelma Strasse. Przed tym jeszcze udowodniłem, że jego Super Żołnierze to tylko blaszany żart, a w międzyczasie jeszcze zniszczyłem potwora powołanego do nowego życia przez Helgę von Schnabs. Do gry Wolfenstein II: The New Colossus podchodziłem dobrze już wiedząc, czego oczekuję. A oczekiwałem... dobrego symulatora zabijania nazistów.

Jeżeli jeszcze nie graliście w Wolfenstein II: The New Colossus, musicie wiedzieć, że znalazło się tutaj sporo spoilerów. Sama recenzja, jak i rzeczona gra nie są dla dzieci z oczywistych powodów. Jeżeli nie macie 18 lat, znajdźcie sobie inną, mniej brutalną grę – serio.

Gdyby Wolfenstein II: The New Colossus był tylko symulatorem zabijania nazistów, to wywoływałby pewnie u mnie emocje podobne jak Symulator Kozy, czy Kromki Chleba. Ewentualnie, stałby na równi z Farming Simulatorem. Zabijanie nazistów jest niesamowicie ważne w kontekście tego tytułu, ale na szczęście Machinegames obok tego skonstruowało świetną, choć nie do końca normalną historię. Efekt tego jest taki, że mimo bardzo metodycznego podejścia B.J-a w kwestii eksterminowania kolejnych adwersarzy, gracz się nie nudzi, bo po prostu nie ma kiedy. Rozgrywka jest niesamowicie różnorodna, bronie odpowiednio wyważone (choć nie bez skazy – ale o tym potem), a fabuła może nie wgniata w fotel, ale jest swego rodzaju lukrem dla tortu stworzonego z trzewi pokonanych nazistów.

Klimat, klimat i jeszcze raz… wszędzie naziści

W tej grze klimat = naziści. Nie bez powodu – żeby zrozumieć ten fenomen, musicie być dobrze zaznajomieni z fabułą poprzedniej pełnoprawnej części „nowego Wolfensteina”. Dla przypomnienia – The New Order opowiada historię świata podbitego przez Hitlera i jego armii, głównie dzięki (o ironio) żydowskiej techniki organizacji Da’at Yichud. Naziści w pragnieniu uczynienia świata lepszym (to akurat kwestia względna) postanowili sobie pożyczyć od swoich naczelnych wrogów wynalazki i zrobili sobie z nich morderczy użytek. Efekt? Super Żołnierze, pancerne psy, bronie energetyczne, wielkie statki powietrzne, a nawet eksploracja kosmosu. Wszystko to potoczyło się tak niedobrze dla świata, że właściwie trudno jest sobie wyobrazić świat bez nazistów, którzy mają przeogromną kontrolę nad globem.

O ile The New Order stawiał na bardziej mroczne przedstawienie tego bałaganu, tak The New Colossus podszedł do sprawy nieco inaczej. Nazistowski świat nabrał nieco kolorów, drużyna Kręgu z Krzyżowej stała się znacznie bardziej „interaktywna”, a wspomniany w nagłówku klimat wdziera się oczami i uszami gracza do samego mózgu. Wrażeń węchowych nie zarejestrowałem – ale spodziewam się, że gdyby byłyby dostępne, to pachniałyby flakami rozprutych wrogów, prochem strzelniczym i… strachem. Strachem samych nazistów, B.J-a, który przecież z ołowiu nie jest i reszty bohaterów.

Cóż, twórcy się postarali, żeby stworzyć naprawdę pokręcony świat opanowany przez nazistów. Plakaty propagandowe w Stanach Zjednoczonych, książki na ulicznych targach, muzyka, film, sposób ubierania się cywilów – wszystko to koresponduje mniej lub bardziej z nazistowską doktryną. Obywatele USA zaakceptowali obecność najeźdźcy i postanowili dostosować się do nowej sytuacji. Rozmawiają o najnowszych osiągnięciach „swastykowej kinematografii”, uczą się niemieckiego – zgodnie z rozporządzeniem, oglądają stworzone przez nazistów programy i ogółem – grają tak, jak im agresorzy zagrają. Najlepszym możliwym przykładem „homo germanusa”, który zaiste dostosował się do nowych realiów jest sam ojciec Blazkowicza. Ten m. in. w zamian za wydanie swojej żony (Żydówki, matki B.J-a) otrzymał ziemię, którą sobie radośnie do pewnego czasu uprawia.

Ale przecież kultura narzucona przez nazistów to nie wszystko. Druga pełnoprawna odsłona nowego Wolfensteina stawia również na to, co zostało zaproponowane wcześniej. Dużo betonu, sporo stali, mnóstwo brutalnych i potężnych robotów, a także masa… fizycznych nazistów. Wszyscy jak jeden mąż są niebezpieczni i stanowią spore wyzwanie – szczególnie na wyższych poziomach trudności, ale zdarzają się wpadki sztucznej inteligencji, które… pozwalają przejść Wolfenstein II: The New Colossus „w miarę bezboleśnie”.

Co jak co, ale strzela się wybornie

Gracze, którzy mają już za sobą The New order oraz The Old Blood z odnalezieniem się w arsenale oferowanym przez tytuł nie będą mieć problemu. Do wyboru są siekierka służąca i do otwierania niektórych przejść i… do szatkowania wrogów. Pistolet – szczególnie z tłumikiem to świetna broń do raczej subtelnych części walki. Pistolet maszynowy to według mnie największe nieporozumienie w orężu nowego Wolfensteina – broń ani nie jest celna, ani nie jest przydatna, a ponadto nie grzeszy potęgą. Nawet w trybie „podwójnym” przy zastosowaniu wszystkich ulepszeń. Osobiście, traktowałem ją jako wyjście awaryjne tylko w przypadkach, gdy amunicja do innych gnatów złośliwie się kończyła.

Karabin szturmowy – podstawowa broń w grze – do niej rzadko zabraknie nam amunicji, jest niesamowicie uniwersalna i stosunkowo potężna. Tutaj należy sobie powiedzieć, że o ile w podstawowej wersji jest świetnie wyważona, tak po pełnym jej ulepszeniu… właściwie można przejść całą grę i nie zmieniać broni ani razu. Połączenie: amunicja przeciwpancerna, luneta taktyczna oraz podwójne magazynki powodują, że sprawdzi się nie tylko w zwarciach, ale i na długich dystansach powodując ogromne straty wśród wrogów. A kiedy już B.J trzyma dwie sztuki tego karabinu w rękach, jest właściwie nie do zatrzymania.

Co mamy dalej? Przegenialnego Schockhammera, strzelbę automatyczną, która w ciasnych korytarzach cudownie poszatkuje wszystko, co stanie na drodze jej pociskom. Po zastosowaniu wszystkich ulepszeń jest to jedna z potężniejszych broni w grze, ale uniwersalnością jej sporo brakuje do karabinu szturmowego – wszystko to przez fakt, że w dystansowych potyczkach jest kompletnie bezużyteczna.

Kampfpistole to „zminiaturyzowany panzerfaust”, który służy niemalże do tego samego, co jego większy odpowiednik. Niepozorne narzędzie zniszczenia wystrzeliwuje granaty (lub rakiety po zastosowaniu ulepszenia), które szczególnie przydadzą się w przypadku starć z liczniejszym wrogiem – szczególnie w ciaśniejszych lokacjach. Zabawa z Kampfpistole na otwartym terenie bez „rakietowego ulepszenia” skończy się tym, że granat odbije się i… najpewniej nie zdoła poczynić nazistom żadnej szkody. W grze nie znajdziecie sporo amunicji dla tego gnata, więc lepiej bawcie się nim z umiarem i rozwagą.

Laserkraftwerk – w The New Order stanowiła ona „sztandarową broń” B.J-a, natomiast w The New Colossus dzieli się swoją pozycją z kolejnym punktem tej wyliczanki. Jak wskazuje nazwa – mamy do czynienia z bronią laserową, która razi wrogów promieniami i czyniąc im spore szkody. Szczególnie dobrze spisuje się w konfrontacji z blaszanymi nazistami, niezwykle pomocna jest głównie na większym dystansie.

Dieselkraftwerk – propozycja nie tylko dla fanów silnika 1,9 TDI (albo innego od VAG), ale również dla wszystkich domorosłych piromanów. Pukawka wystrzeliwuje granaty z łatwopalną substancją – przycisk strzału powoduje, że pociski fruną i przyklejają się do elementów wystroju mapy (albo od razu wybuchają, gdy zetkną się z wrogiem lub częścią mapy potrzebną do zniszczenia). Z kolei alt-fire (przycisk zbliżenia w innych broniach) powoduje, że przyklejone granaty wybuchają. Świetny sprzęt do taktycznych elementów kompletnej rozwałki.

Dla ścisłości – na samym początku gry musicie wybrać, czy oszczędzicie Wyatta, czy też Fergusa. W zależności od „obranej drogi” otrzymacie w 3 misji Dieselkraftwerka lub Laserkraftwerka.

Granat ręczny. To już nie jest „bum na patyku” z The New Order, ani z The Old Blood. Konstrukcja w kształcie wielkanocnego jajeczka może Wam uratować życie B.J-a w sytuacjach, gdy potrzebujecie szybko rozprawić się z wrogiem, a z amunicją jest naprawdę krucho. Granaty również można ulepszać, dzięki czemu mogą razić nazistów wyładowaniami elektrycznymi, podpalać ich lub ranić zabójczymi odłamkami.

Wolfenstein II: The New Colossus pozwala na zabawę jedną z czterech broni ciężkich. Lasergewehr to coś w rodzaju „laserowego miniguna”, który spopieli wszystko, co stanie tylko stanie mu na drodze. Dzięki możliwości prowadzenia ognia ciągłego jest świetnym pomysłem na rozprawienie się z większą ilością wrogów lub nazistami – blaszakami.

Dieselgewehr to właściwie znacznie ulepszona wersja Dieselkrafwerka. Równie skuteczna w przypadku opancerzonych wrogów, ale zabójcza też dla piechoty – spopieli wszystko, co znajdzie się jej drodze. Należy traktować ją jako „granatnik w sytuacjach uberkryzysowych” i właściwie tym też jest.

Hammergewehr
to zaś wzmocniona wariacja na temat Schockhammera – nie pobawicie się nią zbyt długo na większych dystansach, ale w ciasnych lokacjach sprawdzi się nawet lepiej, jak w pełni przenośny pierwowzór.

Ubergewehr
– jak wskazuje sama nazwa, broń jest naprawdę „uber”, a jej zasada działania polega na wytworzeniu potężnej czarnej dziury, która wessie wszystko, co znajdzie się w pobliżu, a następnie poczyni najczęściej śmiertelne szkody.

Ponownie dla ścisłości – w grze obecne są „stacje ładujące” i „mini-stacje benzynowe”, za pomocą których naładujecie / natankujecie Laserkraftwerka oraz Lasergewehr / Dieselkraftwerka, Dieselgewehr lub Ubergewehr.

Ulepszenia są świetne, ale miejscami przesadzone

Ulepszać możemy bronie (+ granat), a także wykorzystywane przez B.J-a narzędzia (o tym za krótką chwilę). Do dyspozycji gracza są trzy modyfikacje dla każdego z oręży. Najbiedniej prezentuje się wspomniany już pistolet maszynowy, który jest ubogi zarówno w wersji podstawowej, jak i tej „ulepszonej”. Najwięcej dobrego robią one zaś dla… karabinu szturmowego. Pełen pakiet modyfikacji powoduje, że niestraszni będą nam nie tylko naziści z krwi i kości, ale również wszelkie blaszaki. To niestety przekłada się na to, że… równowaga w sile i zastosowaniu różnych broni po prostu się sypie. I to właściwie mój jedyny zarzut co do systemu „rozwałki” w Wolfenstein II: The New Colossus. Najważniejsze jest jednak to, że daje naprawdę sporo satysfakcji i po krótkim wdrożeniu w realia tytułu, gracz instynktownie zaczyna baczniej przeszukiwać mapy celem znalezienia „upgrade kitów” pozwalających na zmodyfikowanie broni.

W Wolfenstein II: The New Colossus pojawiła się mała, aczkolwiek bardzo istotna zmiana w walce. Już poprzednicy pozwalali na powzięcie dwóch sztuk broni i prowadzenie jeszcze szybszego ognia z obydwu egzemplarzy. Ale dopiero w najnowszej odsłonie możliwe jest strzelanie z dwóch rodzajów oręża jednocześnie – na przykład w lewej ręce trzymając strzelbę, a w prawej karabin szturmowy. W zależności od potrzeb – możemy prowadzić walkę zarówno na dystansie, jak i w zwarciu.

B.J Blazkowicz to kawał odpornego skurczybyka

Historia tego człowieka obejmuje tony ołowiu wbitego w jego ciało, zatrucie tetanotoksyną (po czym blondwłosy Bubi efektownie zszedł z pokręconego świata), bliskie starcia z Super Żołnierzami, a także bliski wybuch granatu Strassego. Co Was pewnie nie zaskoczy – główny bohater przeżył, chociaż nie bez szwanku. Wspomniany granat poczynił takie szkody w organizmie B.J-a, że ten w pierwszej misji porusza się… na wózku inwalidzkim (co nie przeszkadza mu w dalszym eksterminowaniu nazistów), a następnie musi się wspierać egzoszkieletem, który dzierżyła wcześniej Caroline Becker. Ciało protagonisty doszczętnie się popsuło, ale… i to nie przeszkodziło B.J-owi w tym, aby w dalszej części jego przygód robić to, co robi najlepiej.

W pewnym momencie gry będziecie musieli wybrać, jaką szczególną umiejętność otrzymacie wraz z nowym ciałem. Dlaczego? Irene Engel, główny wróg w tej części wreszcie dostąpi zaszczytu zdekapitowania Blazkowicza. W okolicznościach pokręconych jak świat w Wolfenstein II: The New Colossus uda się jednak… odzyskać jego głowę i przytwierdzić ją do sztucznie wyhodowanego korpusu oraz kończyn Super Żołnierza. Do wyboru otrzymacie mechaniczne nogi, dzięki którym możecie się poruszać jak na szczudłach, utwardzone barki oraz łokcie (do rozwalania niektórych przejść) lub kamizelkę kompresyjną, która pozwoli Wam na przeciskanie się w bardzo małych korytarzykach.

Jeżeli irytowało Was to, że w trakcie walki B.J Blazkowicz „za dużo gada”, z pewnością nie spodoba się Wam (albo i się do tego przekonacie), co twórcy gry zrobili w najnowszej części. Otóż, Wilhelm naprawdę sporo mówi – również do siebie. Przeżywa wewnętrzne rozterki z powodu umierania, pod nosem komentuje sobie liczbę nazistów do zabicia (aż ostatecznie, w triumfie orzeka, że zostało ich dosłownie „zero”), a i nierzadko podpowiada graczowi, co powinien zrobić. Blazkowicz stał się jeszcze bardziej skomplikowaną postacią niż dotychczas – w Return to Castle Wolfenstein zajmował się głównie wysłuchiwaniem tyrad przeciwników, we wcześniejszych odsłonach był niemy jak… niemowa. Dopiero w The New Order nieco się odblokował po to, aby rozgadać się w The New Colossus na dobre.

Z jednej strony gracz doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że Blazkowicz to ktoś na miarę komiksowych herosów – nie do zabicia, nie do złamania, nie do ustrzelenia i do niczego, co mogłoby się wiązać z jego destrukcją. Z drugiej strony natomiast siedzi na kanapie lub na krześle tłukąc „biednych” nazistów po kaskach i w duchu podziwia tego „odpornego skurczybyka”.

Inne postacie są naprawdę niczego sobie. Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że są równie pokręcone jak przedstawiony w grze świat

Świat Wolfensteina skutecznie definiuje to, co stało się z postaciami. Wraz z nową częścią nadeszło sporo zmian – Caroline nie zdołała oprzeć się nazistowskiej brutalności i… zastąpiła ją córka Irene Engel, w tej odsłonie już Pani Generał. Dziewczynka ta do „aryjskości” pasuje jedynie kolorem włosów i oczu. Za nic nie może się przekonać do tego, że jest trybikiem w machinie dumnie zwanej „rasą panów”, a ponadto bardzo lubi ciastka, cukierki, lizaki i wszystko, co szkodzi nie tyle samemu organizmowi, co wyglądowi. Tak, Sigrun Engel to skrajnie otyła, choć dobroduszna dziewucha, która stoi w rozkroku między ideami, które ją ukształtowały, a pacyfizmem, który nie pozwolił jej w kluczowym momencie dokonać wyroku. Nie zmienia to faktu, że w niej drzemie iskierka walki. W dwóch scenach to właśnie ona przesądza o dalszych losach wszystkich postaci.

Ania Oliwa, jak zapewne wiecie z trailerów oczekuje bliźniąt, oczywiście zmajstrowanych z B.J-em. Błogosławiony stan jednej z protagonistek w grze nie przeszkadza jej jednak w tym, by odwalać dobrą robotę na rzecz Kręgu z Krzyżowej. Dzielnie działa w kontrwywiadzie, współpracuje z Setem, ale gdy trzeba – mimo dzieci pod sercem jest w stanie chwycić za karabin i również pozabijać kilku nazistów. Polecam Wam jeden z ostatnich przerywników filmowych w grze – będziecie nieco zszokowani. Ale… to jest Wolfenstein, Drodzy Państwo. Tutaj nikt nie oczekuje, że na ekranie będzie spokojnie i cukierkowo.

Fergus Reid lub Probst Wyatt III. W zależności od tego, jakiego wyboru dokonacie na początku (ocalić jednego lub drugiego), będziecie musieli znosić dziwactwa albo nie gorszego od B.J-a żołnierza ze sztuczną, niemal autonomiczną ręką albo nadużywającego substancji psychoaktywnych, nieco niezrównoważonego wojaka o mentalności zblazowanego chłopca. Szczerze? Trudno jest wybrać jednoznacznie bardziej interesującą postać – weźcie jednak pod uwagę to, że gdy ocalicie Reida, otrzymacie Laserkraftwerka, a w przypadku Wyatta, Dieselkraftwerka. Różnica w późniejszych momentach może być odczuwalna właśnie z powodu nieco innego oręża.

Zwróćcie również uwagę na Maxa Hassa – ogromnego członka ruchu oporu, któremu brakuje połowy mózgu i który dodatkowo potrafi wymówić jedynie swoje imię i nazwisko (lub samo imię). Jak się okazuje, chłopak wcale nie jest taki „głupi”, jakby się mogło wydawać po pierwszej części nowego Wolfensteina – a to wskaże odpowiedni wzór Wyattowi, a to pobije Seta w szachach… warto zaznajomić się z nim nieco bliżej.

Do ekipy w łodzi „Młot Ewy” dołączają ponadto Grace Walker oraz Horton Boone. Obydwoje odpowiadają za konkretne siatki ruchu oporu i ostatecznie, trafiają do łodzi podwodnej, która staje się ich domem. Trudno opisać wszystkie smaczki, jakie czekają Was z ich udziałem, ale nadmienię jedynie, że są one genialnie napisane i w ciągu rozgrywki mocno się z nimi zżyjecie – mimo ich licznych wad. Te im można wybaczyć, w końcu stoją po tej dobrej stronie barykady, prawda?

Jest i sam Adolf Hitler, a raczej to, co z niego zostało. Jak dobrze wiadomo, prawdziwy wódz III Rzeszy zginął w berlińskim bunkrze (istnieją jednak domysły, wedle których bawił się dobrze w Ameryce Północnej jeszcze długo po wojnie). W trakcie prowadzenia wojen, ochoczo korzystał z dobrodziejstw ówczesnej medycyny… a tak po prawdzie to był po prostu ćpunem i degeneratem. Jak zobaczycie w The New Colossus, Hitler ledwo trzyma się na nogach, ma problemy ze świadomością i wszędzie wietrzy spisek. Poza tym, zachowuje się, jakby mu brakowało pewnych obszarów mózgu. Spotkanie B.J-a z Hitlerem może zakończyć się dwojako. Możecie sprzedać mu soczystego kopniaka w twarz (dałem się skusić), ale po chwili okazało się, że był to niekoniecznie dobry pomysł. Tuż po tym rzucili się na Blazkowicza żołnierze i roboty, którzy zrobili z niego sito. Warto więc zagrać tak, jak nam każe i… cieszyć się dalszym rozwojem akcji.

Gameplay w Wolfenstein II: The New Colossus to cud, miód i czteropak przedniego, zimnego piwa

Wzorem klasycznych strzelanek, nowy Wolfenstein ponownie prowadzi nas jak po sznurku do ostatecznego celu, choć w niektórych momentach daje wybór (a raczej jego pozór). Zacznę jednak od tego, że gra się… naprawdę dobrze. Każdy pocisk jest „wyczuwalny”, daje sporo radości, a jeszcze więcej frajdy daje kolejny nieżywy nazista. Jednak rozwiązania wystrzałowe to nie wszystko – wrogów można również potraktować siekierką – małym, poręcznym urządzeniem za pomocą którego B.J potrafi zrobić cuda z nazistowskim truchłem. I tak oto, członki są zręcznie odrąbywane, tętnice podcinane, trzewia miażdżone za pomocą mało subtelnego, ale i tak eleganckiego w rękach Blazkowicza narzędzia. Same egzekucje wyglądają bardziej efektownie niż efektywnie, choć jakości ostatecznego efektu odmówić im nie można. Przy okazji – odradzam Wam wdawanie się w takie „bijatyki” w momentach, gdy wróg napiera ze wszystkich stron. Z całą pewnością B.J po prostu zginie.

Oprócz metodycznego eksterminowania nazistów, są w Wolfenstein II: The New Colossus momenty, w których wręcz warto nieco przystopować i zdecydować się na nieco cichsze metody. Nie bez powodu pistolet i maszynówka mają tłumiki. Nie bez znaczenia jest także możliwość rzucania toporkami przez B.J-a. Jeżeli chcecie, możecie niemal całą grę przejść w tym stylu, a i tak będziecie zadowoleni. Musicie jednak liczyć się z tym, że traficie na momenty, w których po prostu trzeba wyciągnąć nawet i dwa gnaty, przy pomocy których utorujecie sobie dalszą drogę.

Po raz kolejny w grze pojawiają się momenty, w których najpierw powinno się zlikwidować dowódców – po to, aby uniknąć alarmu i wręcz nawału kolejnych nazistów, którzy przybędą z odsieczą. Przyznam szczerze, że trudno jest wyeliminować wszystkich odpowiedzialnych za wzywanie posiłków wojskowych – choćby najmniejszy błąd spowoduje, że ci skutecznie utrudnią Wam przebicie się do kolejnej części mapy. Warto zwrócić uwagę na błąd, który odrobinę psuje przyjemność z gry – nierzadko uznacie, że zlikwidowanie dwóch nazistów za jednym zamachem jest najlepszym możliwym pomysłem. Nawet, jeżeli jesteście odpowiednio szybcy, nie unikniecie stanu podwyższonej gotowości z powodu znalezienia ciała. Dlaczego? Otóż, wróg, który zostanie zabity jako drugi zarejestruje wymazanego ze świata kolegę, a to spowoduje, że wszyscy żołnierze w części mapy zaczną szukać sprawcy. Cóż, naziści chyba wypracowali sobie umiejętności telepatyczne – biorąc pod uwagę ich techniczne zastosowanie… sam Hitler ich wie (czyli cholera do potęgi).

Eliminowanie dowódców zostało jednak wyniesione na wyższy poziom. Otóż, każdy zlikwidowany przez nas wysoki rangą żołnierz ma przy sobie kod Enigmy, który następnie posłuży nam do odszyfrowania miejsc, w których znajdują się „uberdowódcy”. Zazwyczaj znajdują się oni w nieco zmodyfikowanych planszach, które zostały przez gracza odwiedzone. Dzięki temu mamy okazję do dalszej zabawy oraz zebrania znajdziek, które przegapiliśmy wcześniej. Ale jak wspomniałem, lokalizacje, w których kryją się najwyżsi rangą dowódcy trzeba odszyfrować. Za pomocą specjalnego terminalu na „Młocie Ewy” można zabawić się minigierką, w której trzeba ułożyć „kropki” według wzoru.

Jeżeli zechcecie sobie odpocząć od wojennego zgiełku, warto pokręcić się również po samej łodzi podwodnej. „Młot Ewy” to zwędzony nazistą jeszcze w poprzedniej części okręt, który służy za dom ruchowi oporu. Do zrobienia tam jest sporo – Maksowi należy znaleźć zabawki, rozprawić się z ogromnym szczurem, zrobić porządek w niższych pokładach. Wielbiciele oldschoolu znajdą coś dla siebie – B.J może zasiąść przed automatem do gier – tam natomiast króluje niemalże absolutnie wierny klon pierwszego Wolfensteina – tyle, że pod nazwą Wolfstone, a zadaniem gracza jest rozprawieniem się… z Kręgiem z Krzyżowej.

Wrogowie? Wymagający, ale nie szczególnie trudni

Powiem wprost – są znacznie lepsi niż w poprzedniej części, ale ciągle daleko im do ideału. Są w stanie skutecznie okrążyć gracza, podążają jego śladami, próbują ataków z zaskoczenia. Szybko znajdują osłony i gdy tylko gracz zacznie strzelać w ich kierunku, starają się uniknąć kul. Ale na palcach jednej ręki policzę, ile razy skorzystali z granatów. O ile wrogowie w The New Order rzucali nimi na prawo i lewo, tak już w The New Colossus chyba zapomnieli, do czego one właściwie służą. A to skutecznie utrudniłoby graczowi skrycie się w dogodnym do eksterminowania nadchodzących wrogów miejscu zmuszając go do ciągłej zmiany pozycji. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż naziści potrafią w idiotyczny sposób wystawić się na strzał, chociaż doskonale wiedzą o tym, że po wychyleniu się choćby minimalnie zza winkla, kula Blazkowicza powędruje wprost do ich głowy.

Dużo lepiej pod tym względem wypadają roboty. Te z racji swojej siły są trudne do zlikwidowania – chętnie korzystają również z przyrodzonych im możliwości. Super Żołnierze powinni być trzymani na bezpieczny dystans – nie tylko z powodu bardzo celnych serii, ale również ze względu na umiejętność szybkiego przemieszczania się z miejsca na miejsce. W trakcie szarży B.J może zostać powalony na ziemię, a stąd już bardzo krótka droga do tego, aby mechaniczny nazista pięknie wkomponował go w podłoże. Życie utrudniać będą nam także szybkie, nieco mniej potężne roboty strzelające ładunkami energetycznymi, czteronożne „laserowe psy”, ogromne panzerhundy, a także wielkie machiny bojowe. Na całe szczęście, pozbyto się ciężko opancerzonych żołnierzy, którzy byli co prawda powolni, ale nieco zbyt wytrzymali. Przy okazji, pruli z Schockhammerów jak oszaleli, co czyniło ich wręcz groteskowo trudnymi przeciwnikami.

Ale na brak wrażych nie będziecie narzekać – zarówno pod względem jakościowym, jak i ilościowym. Każdy jest absolutnie „do przejścia” przy zachowaniu odpowiedniej taktyki. Z pewnością dacie sobie radę, wskrzeszając B.J-a raz, dwa… a może trzy i cztery razy.

Przerywniki filmowe. Jest ich mnóstwo, ale nie męczą gracza

Są zrobione tak dobrze, że rzadko kiedy graczowi przyjdzie na myśl, żeby je przewinąć. Nie tylko fan serii będzie niezwykle ciekawy, co też nowego dzieje się u bohaterów – jest sporo bluzgów, humoru i dramatu. Jeżeli nie interesuje Was to, co mają do powiedzenia postacie w opowieści – zawsze możecie przejść dalej i obejść się smakiem. Chociaż kompletnie nie polecam tego robić – Wolfenstein II: The New Colossus jest zbyt dobry pod tym względem, aby tak go karać.

Grafika, optymalizacja i dźwięk – jest nieźle

Wspomnę jedynie, że w Wolfenstein II: The New Colossus grałem zarówno na pececie, jak i Xboksie. Nie wskażę lepszej platformy do ogrywania tego tytułu (ale jedno jest pewne – mysz i klawiatura rządzą), ale i tu i tu nowy Wolfenstein dawał sobie radę. W przypadku komputera – był to laptop z Core i7 i GeForce’em GTX 1050. Średnia jakość detali, rozdzielczość Full HD – udawało się utrzymać ok. 50-60 klatek na sekundę. W niektórych momentach ich liczba drastycznie spadała, ale nie na tyle, żeby płakać z tego powodu. Za to na konsoli (a dysponuję pierwszym Xboksem One) cały czas było przyzwoicie, choć grafika odbiegała nieco od średnich nastawów na komputerze. Musicie wiedzieć jednak, że ja dla grafiki w gry nie gram. Trzeba jednak oddać Wolfensteinowi II, że wygląda naprawdę dobrze i będziecie z niego zadowoleni również pod tym względem.

O ile niektórzy z Was mogą mieć pewne zastrzeżenia co do grafiki, tak już w kwestii oprawy dźwiękowej większych wątpliwości nie mam. Jest przegenialna. Odgłosy w trakcie gry, muzyka to absolutny majstersztyk – ciężkie brzmienia solidnie dopingują gracza w zmaganiach z nazistami. Kończąc grę, koniecznie wsłuchajcie się w utwór, który zamyka historię w „dwójce”.

Wolfenstein II The New Colossus – nie ma róży bez kolców

Niestety, ale ta gra również ma swoje wady. Po pierwsze – zachowanie AI czasami jest nieco nielogiczne, na co wskazałem wyżej. Po drugie – bronie, dopóki nie są ulepszane, są świetnie wyważone. Cuda na kiju dzieją się dopiero, gdy zaczniemy je modyfikować – wtedy karabin szturmowy nagle staje się właściwie najlepszą bronią w grze i można przejść ją całą, bez szczególnie częstego zmieniania oręża. Po trzecie – coś, o czym nie wspominałem. System punktów kontrolnych to mało śmieszny żart. Całe szczęście, że da się zapisać postępy w dowolnym momencie – właściwie tylko to uratowało mnie przed przechodzeniem naprawdę trudnego momentu enty raz, bo checkpoint został ustawiony znacznie dalej. Większych bolączek nie stwierdzono – no, może poza zakończeniem, które mogłoby być nieco bardziej spektakularne.

Nudzić się nie będziecie – to jest pewne

Mnóstwo znajdziek, ulepszanie broni, odpowiednio długi gameplay (główny wątek zajmie Wam około 10 godzin – a może i nawet więcej!), niesamowity system walki oraz świetna historia. To najważniejsze wyróżniki gry Wolfenstein II: The New Colossus. Nawet, jeżeli nie jesteście fanami tego typu tytułów, powinniście dać szansę produkcji Machinegames, jest naprawdę dobra. W tym punkcie warto sobie też zadać pytanie: „czy warto czekać na trzeciego Wolfensteina?”. O ile powstanie, to uwierzcie mi, że warto. Tym bardziej, że twórcy zostawili sobie furtkę do tego, aby ewentualną trylogię zamknąć mocną klamrą.

W oczekiwaniu na kolejną część gry przygotujcie się za to na dodatki wprowadzające zupełnie nowe wątki fabularne – razem będzie ich aż trzy i będą one stanowić alternatywę dla The Old Blood, który opowiadał historię sprzed The New Order. Ja bawiłem się świetnie (i w sumie… dalej bawię!). Wy też będziecie.

  • 150 zł za 10 godzin gry, to całkiem sporo…
    Nie spodziewałem się jednak, że kiedykolwiek przeczytam o 10 godzinach („a może nawet więcej!”) gry jako odpowiednio długim gameplay’u :(

    • mleczaj wełnianka

      Ani max payne ani quake ani unreal ani żadna inna oskryptowana strzlanka nie oferowała wiecej.

    • Konrad Materka

      Na https://muve.pl/sklep/digital/strzelaniny/wolfenstein-ii-the-new-colossus-pc-pl-digital,361959# jest za 90 zł (wersja Steam).
      Ja już gram 12 godzin i jeszcze sporo mi zostało – z tym że staram się zajrzeć w każdy kąt. Wpisy w gazetach, pocztówki, podsłuchane rozmowy – to wszystko niesamowicie bawi i urealnia świat.

    • pawbuk6

      Jeśli chcesz tylko przejsć grę jak najszybciej to wyjdzie 10 godzin. Jeśli jednak chcesz ją poznać, to licz realnie z 15 – 20 godzin :)

  • MAG

    Bardzo nieszczęsny tytuł artykułu panie redaktorze Szczęsny

  • Mnie w Nowym Kolosie nie podoba się kilka rzeczy:
    -cutscenki, których jest z 1/3 całej gry. Moim zdaniem trochę tego za dużo.
    -początkowa faza gry miejscami przypomina covershooter przez małą pulę życia Blazkowicza(grałem na drugim najtrudniejszym poziomie trudności).
    -Mniejsza różnorodność przeciwników niż w W:TNO
    -Mniej ciekawe ulepszenia niż w W:TNO.

    Gra niezła choć The New Order zdecydowanie wg mnie lepszy, choć i tak do DOOMa żadna z tych gier nie ma startu.

    PS: Potężnie się rozpisałeś :)

    • pawbuk6

      To mi akurat Wolf znacznie bardziej podpasował od DOOMa, przede wszystkim ze względu na różnorodne tempo rozgrywki. W Wolfie mogę się poskradać, potem postrzelać, a w DOOMie cały czas strzelam. Mnie to zmęczyło po pewnym czasie (jakieś 5 godzin).

  • Robert Lewandowski

    Musiałem chyba grać w coś innego. W moim WII nie ma żadnego nazistowskiego świata poza 2 uliczkami bez żadnej interakcji. Fabuła jest liniowa, lokacje małe i powtarzalne a przeciwnicy całkowicie odmużdżeni. Nie potrzeba się w ogóle wysilać na najtrudniejszym pozioimie. Wystarczy się zatrzymać i poczekać aż przeciwnicy będą przychodzić w to samo miejsce, żeby ich zabić. Nie ma mowy o żadnej taktyce czy inteligencji. Dno. Tak głupiej i prymitywnej fabuły jeszcze nie widziałem w żadnej grze.

    • Marek

      Tak, tak, widać, ze bardzo chcesz dokopać grze ale nie wiesz w zasadzie jak.
      Fabuła liniowa? A znasz inne? Nawet w dużych rpgach, poza małymi zmianami (których tu tez możesz dokonać), główna oś fabularna ułożona jest liniowo i nie masz na nią wpływu.
      Lokacje małe i powtarzalne? Szkoda, ze każda nowa lokacja, to zupełnie inaczej wglądające miasto i miejsce, a niektóre misje trwają nawet około godziny, jak nie lepiej. I to smaczki w nich, takie jak gazety, pocztówki, plakaty tworzą klimat tego świata a nie, że masz otwarty świat jak w skyrimie…
      Przeciwnicy przychodzić w to samo miejsce? Gdy gdzieś się zaszyjesz, posyłają ci tam granat, a on zabija Cie od razu na najwyższym poziomie trudności
      A co do prymitywnej i głupiej fabuły, to przemilczę… Widać naprawdę nie grałeś w prymitywne i głupie gry.

    • Robert Lewandowski

      Tu nie ma żadnych inaczej wyglądających miast. Wszystko to recycling z Fallouta ale obcięty zawsze tylko do 1 ulicy. Idziesz pomiedzy ruinami i możesz co najwyżej przebiec parę metrów na lewo lub na prawo. Jest jeszcze do wyboru zrujnowane metro, kanały i instalacje przemysłowe. Wszystko poprzerabiane na różne sposoby ale w gruncie rzeczy to to samo.
      Liniowa fabuła jest po prostu bardziej liniowa niż gdzie indziej bo jest krótka a misji pobocznych mało i też powtarzalne.
      Granat zabija tylko wtedy jak od niego nie odejdziesz:) Lokacje są tak małe, że jak się odpowiednio ustawisz to przeciwnik musi przechodzić przez niektóre miejsca a że jest głupi to daje się zabijać jeden za drugim.
      Nie ma opcji przeciągania ciał. Pewnie dlatego, że ciała nie wywołują alarmu. Opcje skrytego przechodzenia poziomu lub cichego zabijania na odległość są bardzo ubogie.
      Klimat owszem jest ale to wynika z samego tematu, który jest ciekawy sam w sobie. Ale i tak nie ma podejścia do świata stworzonego w Man in the High Castle czy Iron Sky.
      Bethesda wypuściła wyprodukowanego najtańszym kosztem gniota.

    • Marek

      Nie wiem o co chodzi, ale chyba masz jakaś okrojoną wersję. W mojej przeciwnicy reagują na ciała, mówią, miedzy sobą, ze mają tu trupa i zaczynają przeczesywać teren. Przeciąganie ciał w Wolfie jest zbędne, to nie skradanka.
      Co do lokacji ala Fallout, to chciałbym by w nowym Falloucie takie były. Ten poziom był lepszym falloutem, niz sam fallout :P i w sumie tylko ja wymieniłeś. A jest jeszcze latająca forteca, łódz podwodna, podziemna baza Area 52, farma w teksasie, getto w Nowym Orleanie, Wenus, stacja telewizyjna, przedmieścia Roswell. Wybór jest spory. Co w takim razie z takim far cry, gdzie np. cała akcja dzieje się w dżungli?
      I Serio oczekiwałeś otwartego świata od Wolfa? Przecież to jest na wzór starych strzelanek robione (doom, stare wolfy, quake, half life). I tak dość duża jest swoboda, sporo dróg i pobocznych przejść, do tego można iść na rambo lub się skradać.
      Nie wiem ile kosztowała produkcja, ale jeśli tanim kosztem, to utalentowani ludzie to robili, gdyż gra zbiera rewelacyjne recenzje i jest w top 3 najlepiej ocenianych gier tego roku na metacritic (zbiór ocen z wszystkich recenzji). Jakby z 2-3 recenzje byly bardzo dobre, to by jeszcze można było podejrzewać, ze Bethesda je kupiła. Ale wszystkie recenzje i na zagranicznych i polskich portalach wychwalają nowego wolfa. Na gram.pl -10/10. Polygamia – 5/5. Gry Online – 9/10. IGN – 9.1/10 gamespot 9/10 gameradar 4.5/5 itd. itp.
      Tu nie ma przypadku. Nowy Wolf rządzi.