5

Wizja wielkich zawodów esportowych w Katowicach na początku musiała brzmieć śmiesznie…

Oblężenie Spodka i okolic trwało kilka dni i... jest już za nami. Jak zwykle mogliśmy oglądać kolejki, ludzie zatrzymywali się w okolicach obiektu i pytali, co to za tłum, co się właściwie dzieje. Ale takich osób jest coraz mniej, mieszkańcy już wiedzą, że w ich mieście odbywa się święto gier. A jeśli nie przeczytali o tym na przystankach komunikacji miejskiej czy banerach wywieszonych na niektórych budynkach, to informacja dotarła do nich z Internetu lub starych mediów. Bo temat stał się naprawdę nośny.

Nie ukrywam, że chciałbym być świadkiem rozmów w katowickim ratuszu, gdy rodziła się idea growej imprezy w stolicy Górnego Śląska. To były jeszcze czasy innego prezydenta, rok, gdy esport był kojarzony głównie przez fanów. Nawet ludzie zajmujący się branżą nowych technologii patrzyli na to ze zdziwieniem. Powtórzę zatem, że chciałbym zobaczyć rozmowy urzędników – tego, który zainicjował sprawę z tymi, którzy mieli podejmować decyzje. Impreza w Spodku? Jasne! Ale to musi być mecz piłki ręcznej czy siatkówki, koncert albo jakieś targi, a nie wydarzenie związane z grami komputerowymi…

Potem był szok. Pamiętam, że gdy dotarłem pod Spodek w mroźny dzień na początku roku 2013, stanąłem na dłuższą chwilę. Nie spodziewałem się, że tylu ludzi ściągnie do Katowic, by oglądać innych graczy. Rozmawiałem z mieszkańcami miasta, pytałem, czy wiedzą, co dzieje się w ich mieście. Większość nie wiedziała. A tłumaczenie prowadziło do wysoko uniesionych brwi: no bo jak? Jedni grają na komputerze, a inni patrzą? Nie brakowało przedstawicieli starych mediów, którzy zadawali podobne pytania. W innych polskich miastach ludzie mogli zobaczyć w telewizji, że w Katowicach dzieje się coś dziwnego.

Kilka lat później, w połowie tygodnia słyszę w wiadomościach radiowych, że niedługo w Katowicach rusza święto graczy, mistrzostwa świata w esporcie. Informacja pojawia się o godzinie 9, o 12 większy materiał, o 15 znowu przypomnienie, że w Katowicach będzie duża impreza. Na innej stacji podobnie. W telewizji doniesienia z lub sprzed Spodka, w Internecie wiadomo – trudno nie trafić na informację (jakąkolwiek) związaną z tym wydarzeniem. A jadąc przez centrum miasta ogląda się wielki baner, na którym trzech graczy zaprasza na esportowe mistrzostwa. Kierowcy mijając to, wiedzą już, z czym mają do czynienia.

Rodzice prawdopodobnie mają pojęcie, gdzie idą ich pociechy, sami je podwożą pod Spodek lub nawet urządzają rodzinne wyprawy na IEM. Przy tym zaczynają się rozmowy o grach, a nawet zakładanie kont i zabawa z dziećmi (rozmawialiśmy z takimi ludźmi w poprzednich latach). Trzeba mieć przy tym na uwadze, że część tych rodziców kilkanaście lat temu sama grała. Potem przestali, teraz stwierdzają, że nadal mogą się bawić w ten sposób. I nie musi to być od razu ostre granie każdego dnia przez kilka godzin. Ale już weekendowa partyjka w LoLa czy WoT albo rozgrywka z kolegami po pracy. Czemu nie. W miniony weekend można było zobaczyć w Spodku pary w wieku 25-30 lat z dziećmi w wózkach, ludzi koło czterdziestki z całkiem sporymi pociechami. Robi się rodzinny piknik – starano się to osiągnąć na meczach piłkarskich, udaje się podczas esportowych mistrzostw.

Nadal trafiają się dziwne materiały z imprezy, ktoś chodzi z mikrofonem w kolejce i dziwi się, że ludzie stoją przed Spodkiem. Pyta co można tu oglądać, i po co. Dziwiło mnie, że nikt nie odpowiedział: a po co ogląda się piłkę nożną? A może powiedział, ale tego już nie puścili. Sam pisałem dopiero niedawno, że przestaję się dziwić ludziom śledzącym letsplejerów, lecz tłumy walące do Spodka nie dziwią mnie od kilku lat – bo emocje tam po prostu buzują. I nie trzeba nawet wiedzieć, na czym polega dokładnie ta gra, jakie są strategie itd. Zasad ręcznej przecież też wszyscy nie znają…

Ludzie już się oswoili. W Katowicach, na Śląsku, w Polsce. Coraz mniej pojawia się tekstów w stylu „Wow, dzieciaki grają na komputerze i mogą wygrać duże pieniądze”. Jasne, nie wzbudza to takich emocji i nie jest tak rozpoznawalne, jak siatkówka, ale z każdym rokiem będzie je dzielić coraz mniejsza różnica w zakresie odbioru. Nastolatkowie stojący w kolejkach dorosną i podejrzewam, że impreza typu IEM będzie dla nich czymś naturalnym i oczywistym. Zdziwią się wtedy, gdy wydarzenie opuści ich miasto. Ale wtedy ucieszą się ludzie w innej miejscowości. A wszystko zaczęło się relatywnie niedawno od rozmów, których naprawdę chciałbym być świadkiem.