22

W Polsce zapominamy, że oddawanie danych w obce ręce to bardzo zły pomysł

Ustawa inwigilacyjna to ostatnio głośny temat, ale o dziwo nie wywołuje ona większego poruszenia w społeczeństwie. Część mediów, polityków czy organizacji pozarządowych poświęca jej sporo uwagi i wskazuje na zagrożenia, lecz tłumy nie wyszły na ulice (a przypomnijcie sobie, co działo się przy okazji ACTA). Możliwe, że za tydzień temat ucichnie i nieprędko o nim usłyszymy. To jednak nie oznacza, że problem zniknie. A pisząc o problemie nie mam na myśli wyłącznie ochrony naszej prywatności - nowe przepisy mogą źle wpłynąć na bezpieczeństwo państwa.

Na początku tygodnia Grzegorz pisał o nowej ustawie, o tym, kto może na niej skorzystać, a kto stracić. W gronie tych ostatnich mogą być niestety polskie firmy. Polacy po prostu będą jeszcze częściej wybierać zagraniczne usługi – w obawie przed rodzimymi służbami. Ktoś stwierdzi, że lepiej pochwalić się tym Chińczykom, niż Polakom, którzy mogą szybciej zrobić użytek z wrażliwych danych. I nie mówimy tu o ludziach, którzy nagminnie łamią prawo, są jakimiś zwyrodnialcami czy wielkimi aferzystami. Szara jednostka dojdzie do wniosku, że nie chce, by policja czy inne służby wiedziały, co robi w Sieci, jakie strony przegląda, z kim i o czym rozmawia, co i gdzie kupuje, co robi na komputerze czy smartfonie podczas pracy. Naprawdę lepiej będzie, gdy większość tych informacji trafi w obce ręce. Pojawia się jednak pytanie: dla kogo będzie lepiej?

Wyobraźmy sobie, że faktycznie zacznie się zwiększać odsetek osób korzystających z zagranicznych usług, a przy tym będą one przekazywać coraz więcej danych na serwery ulokowane poza Polską. Bezpieczne? Pomyślcie o politykach, biznesmenach, urzędnikach czy wojskowych, którzy pakują dane na swój temat w obce ręce. Nie tylko amerykańskie – może też chińskie, rosyjskie czy zachodnioeuropejskie. Czy to jest słuszne rozwiązanie z punktu widzenia państwa? Przecież te dane mogą być kiedyś wykorzystane przez obce służby do złamania jednostki i zmuszenia jej do działania na niekorzyść własnego kraju czy firmy. Piszę to całkiem serio.

Wiara w to, że nasze dane są bezpieczne na amerykańskich serwerach od kilku lat nie powinna istnieć. Trudno jednak wskazać na sensowną alternatywę, bo Amerykanie nie są pod tym względem jakimś niechlubnym wyjątkiem. Tak niestety działa współczesny świat i jest to dla nas informacja tragiczna – sensownego wyjścia brak. Jeżeli chcemy być naprawdę wolni od tych zagrożeń, musimy opuścić Sieć. W przeciwnym wypadku trzeba ciągle uważać na to, co się robi, jak się robi i gdzie się robi. Wszak ciągle ktoś może patrzeć, zbierać ślady i czekać na odpowiedni moment, by wykorzystać te dane. Jeżeli nie zrobią tego obcy, niespodziankę mogą zrobić „nasi”.

To nie jest wyłącznie polski problem. Przecież Amerykanom czy Rosjanom zależy na tym, by dane zostawały na miejscu i z jednej strony wynika to z troski o bezpieczeństwo kraju, a z drugiej o chęć podpatrywania tego, co poczynają w cyfrowym świecie obywatele. Jednak stwierdzenie, że inni robią podobnie, to kiepska wymówka dla władzy. Decydując się na ustawę inwigilacyjną w takiej formie, trzeba mieć na uwadze, jakie mogą być jej konsekwencje w dłuższej perspektywie i większej skali. Może się bowiem okazać, że bezpieczeństwo, które w teorii owa ustawa ma gwarantować, zostanie poważnie podważone.

I nie, nie jest to wyłącznie wyrzut w stronę obecnej władzy. Poprzedni obóz święty nie był i gdyby mógł, pewnie wprowadziłby podobne rozwiązania. Ten problem jest znacznie szerszy, wymaga poważnej analizy, rozmowy i działań – warto, by wszyscy zrozumieli, że im więcej danych zostanie na miejscu, tym lepiej. Ale ludzie muszą mieć pewność, że informacje będą tu w miarę bezpieczne i chronione. Nie tylko przed hakerami i obcymi służbami. Niestety, trudno uwierzyć w to, że na tym polu w najbliższych latach coś uda się zmienić. Amerykanie czy Chińczycy pewnie już zacierają ręce…

  • kofeina

    Kojarzysz może temat trzymania danych obywateli Unii Europejskiej na serwerach firm Amerykańskich i tego jakie normy muszą być spełnione? Jest jakaś umowa oficjalnie podpisana. w tej sprawie

    • Mówisz o „Bezpiecznej przystani”? Wokół tego od jakiegoś czasu jest spore zamieszanie.

    • kofeina

      No właśnie to to to. Muszę popołudniu sobie przypomnieć o co chodziło dokłądnie, ale temat pasuje do tego artykułu.

    • Dobrze, że przypominasz, bo ostatnio chyba coś się „zadziało” – rzeczywiście trzeba odświeżyć temat…

  • Właśnie słucham kolejnej książki Marca Elsberga – Zero. Główny temat tego thrillera to właśnie wykorzystywanie danych o ludziach. Ciekawa jest opcja tego, że sam możesz zgromadzić swoje dane i sprzedać je komuś kto będzie chciał je kupić. Dlaczego inni mają na tym zarabiać ;-)

    • Ciekawa wizja ;) Idę o zakład, że mnóstwo ludzi dokonałoby sprzedaży…

    • Przecież ludzie już to robią. Dla przykładu podam facebooka: wypisują ludzie tutaj pełno informacji o sobie, a w zamian otrzymują usługę social media za darmo czyli tak jakby płacili swoimi danymi za usługę ;)

    • ale tam chodzi o gotówkę

    • Chciałem jedynie zwrócić uwagę na fakt, że ludzie już są gotowi na tego typu transakcje – teraz potrzeba tylko kogoś, kto złoży właściwą propozycję ;)

    • Tak, ale tu jakoś ukrywa się transakcję, nie mówi o niej wprost.

    • mirosław borubar

      I to jest nieetyczne. Bo niewykształceni ludzie nie mają tej świadomości. I jak ktoś sprzeda garnki za 5tysięcy emerytowi to jest przestępcą (mimo, że te garnki tyle kosztują, skoro ktoś za nie tyle dał), a jak kasiaste koncerny robią to samo to jest ok

    • Problem w tym, że wielu danych Facebook nawet nie wymaga (poprzez zachęcacze), ludzie sami publikują informacje o sobie – często dość osobiste, czasem bez świadomości jakie zagrożenia może to przynieść, a czasami naiwnie mając takie zagrożenia w szerokim poważaniu.

    • Świetnie jednak trenuje ludzi, przyzwyczaja ich do tego typu transakcji – spory procent użytkowników Facebooka darmowo publikuje szczegółowe dane o sobie więc gdyby ktoś im złożył ofertę pieniężną to chętnie by na taką przystali :)

  • Mr . Robot

    Ja mam pytanie do autora trochę nie na temat artykułu, jak zrobiliście takie fajne rysowane miniaturki waszych twarzy? Jakiś photoshop się kłania czy macie w redakcji jakiegoś artystę który to narysował?

    • Ludzka ręka, ale nie nasza ;)

    • Strzelam, że w Illustratorze z podłożonym zdjęcie w najniższej warstwie :) Robota ładna, wyważona liczba szczegółów – brawo dla grafika :)

    • 1. Efekt „szkicu” można uzyskać w Photoshopie za pomocą filtru lub stosując pewne sztuczki z użyciem warstw, opcji mieszania i zabaw barwą i rozmyciem,
      2. Nie wiem jak w Illustratorze, ale są programy, które przetwarzają obrazy rastrowe na wektorowe (zdjęcia również) – mają one różne opcje jak szczegółowość czy ‚grubość’ linii. Jak wspomniałem w Illustratorze być może istnieje taka opcja. Należy też pamiętać, że „wektorywacji” podlegają wtedy wszelkie brudy jakie znajdują się w wersji rastrowej,
      3. Najlepszy efekt uzyskasz tylko przez obróbkę ręczną z wykorzystaniem tabletu graficznego (myszką też można, ale to katorga w porównaniu z pracą na tablecie) i programu do pracy z grafiką wektorową takiego jak Adobe Illustrator. W takim przypadku używasz trzech warstw: oryginalne zdjęcie, warstwa na szkic, warstwa właściwa.
      4. Można też być artystą i namalować (czy to ręcznie, czy we wspomnianym wyżej Illustratorze) i rysować w oparciu o żywy obiekt bądź też zdjęcie, które leży gdzieś z boku lub jest otwarty w osobnym oknie na monitorze obok.

  • mirosław borubar

    Akurat polityków, wojskowych i innych możnych tego kraju wcale mi nie szkoda. Są przecież współodpowiedzialni za to co się w tym kraju dzieli.

    A ludzie mają to w nosie, bo przecież i tak wszystko co robią w necie jest przeglądane z każdej strony przez służby amerykańskie i koncerny, które udostępniają usługi. Co więc za różnica czy nasze służby też będą to wiedziały?

    • mirosław borubar

      *dzieje a nie dzieli.

    • „Akurat polityków, wojskowych i innych możnych tego kraju wcale mi nie
      szkoda. Są przecież współodpowiedzialni za to co się w tym kraju dzieli.”

      Tyle, że to my na tym ucierpimy…

    • mirosław borubar

      No ale w jaki sposób bardziej niż cierpimy teraz? Taki teraz jest świat i nie ma moim zdaniem znaczenia czy moje mejle czyta generał sił cybernetycznych USA z NSA, czy też jakiś polski wojskowy. I tak czytają i tak. Co innego gdybyśmy mieli tak jak w Chinach, swój wewnętrzny Internet, to wtedy można byłoby się oburzać. A tak to po prostu nasze przepisy dostosowują się do przepisów, których podmiotem już jesteśmy, czyli przepisów innych krajów. Polska to za mały picuś, żebyśmy mogli sobie decydować kto i kiedy ma z naszych danych korzystać. Tak być nie powinno, ale jest to ponad nami i nie robi tego nagle zły PiS, tylko raz, że i PO chciała tylko nie zdążyła, a dwa, że jest to tylko uregulowanie praktyki, która jest na porządku dziennym od lat.

  • MWW

    Ale pierdolenie kotka. Istotą tematu jest fakt iż w przeciwieństwie np. do Amerykanów inwigilacja obywatela polskiego przez polskie służby nie wymaga nakazu sądu przez okres bodajże 12 miesięcy. Tymczasem w USA takie działanie jest traktowane jak przeszukanie i wymagane jest zgłoszenie do sądu PRZED dostępem do skrzynki. Gdyby w PL było choćby podobne rozwiązanie (że jak skończy się inwigilacja to obywatel dostaje oficjalny raport że był inwigilowany) to wtedy nikt by się nie przenosił. Nie mylmy przyczyny ze skutkiem.