378

W Europie sprawdzają gwarantowany dochód podstawowy. „Pieniądze dla każdego” rozleniwią czy zachęcą do pracy?

Niedawno Jakub pisał o Szwecji i ich 6-godzinnym dniu pracy. Ciekawe zagadnienie, wierzę, że to może się sprawdzać. Podejrzewam też, że podobnych eksperymentów społeczno-ekonomicznych będzie przybywać. Kolejnym intrygującym przykładem jest idea gwarantowanego dochodu podstawowego. W wielkim skrócie chodzi o to, że każdy obywatel dostanie od państwa pieniądze. A raczej będzie dostawał: co miesiąc, niczym wypłatę. Co musi zrobić, jakie warunku spełnić, by załapać się na ten zastrzyk gotówki? Otóż nic: wypłata jest bezwarunkowa...

Za przykładem wspomnianych już Szwedów pójdą pewnie inni, zakładam, że o tym eksperymencie jeszcze usłyszymy. Bo w dzisiejszych czasach coraz mniej liczy się to, ile czasu spędzimy w miejscu pracy, a bardziej to, jak ów czas wykorzystamy. W mojej pracy pojęcie czasu jest naprawdę płynne, to ode mnie zależy zazwyczaj, jak długo będę wykonywał daną czynność. A takich profesji przecież przybywa. Odchodzimy od zawodów, w których liczy się powtarzalność wykonywanych czynności, bo te przejmowane są przez maszyny. Przy taśmie produkcyjnej jest pewnie różnica między 6- i 8-godzinnym dniem pracy, ale i tu mogłaby się wywiązać dyskusja, która obaliłaby to twierdzenie.

glass-time-watch-business

Przejdę do tematu właściwego. To kolejny europejski eksperyment. O tyle ciekawy, że zaczyna być tematem dyskusji w różnych częściach Starego Kontynentu: podjęli go już Finowie, Szwajcarzy i Holendrzy. W Polsce najgłośniej było chyba o tych pierwszych, sam zainteresowałem się wątkiem ze względu na tych ostatnich. Na temat szwajcarskiego motywu można znaleźć w polskich mediach następujące informacje:

Mimo olbrzymich kosztów takich pomysłów Szwajcarzy już kilka lat temu zebrali ponad 100 tys. podpisów za referendum w sprawie dochodu podstawowego, które ostatecznie odbędzie się latem tego roku. Według inicjatorów dochód podstawowy „umożliwi całemu społeczeństwu godny byt i uczestnictwo w życiu publicznym”. Szwajcarzy chcą, aby zapis o dochodzie podstawowym znalazł się w konstytucji.

W referendum Szwajcarzy będą jednak głosować tylko za dochodem podstawowym lub przeciw niemu. Kwestia jego wysokości pozostaje otwarta, choć nie jest tajemnicą, że prowodyrzy referendum liczą aż na 2,5 tys. franków.[źródło]

black-and-white-man-person-street

Cytat może być trochę niejasny, wiec już tłumaczę. Ów dochód podstawowy miałby być sumą, która otrzymywałby każdy obywatel. Bez względu na to czy pracuje, jakie osiąga przychody, jaki jest jego staż pracy. Po prostu: każdego miesiąca dostawałby ileś pieniędzy. W tym przypadku mowa o 2,5 tysiąca franków. Finlandia zastanawia się nad podobnym krokiem.

Według tych planów zamiast różnych obecnych zasiłków każdy Fin niezależnie od poziomu swych dochodów otrzymywałby co miesiąc z budżetu wolną od podatku kwotę 800 euro. W skali całego państwa oznaczałoby to wydatek 52,2 mld euro rocznie.[źródło]

Na razie rozwiązanie ma być testowane na mniejszą skalę. Takie testy organizują też Holendrzy, podjęło się ich miasto Utrecht. Tam beneficjentów podzielono na kilka grup, a pieniądze wypłacane są w różnych modelach, to ma pomóc uzyskać odpowiedź, który kierunek rozwoju projektu byłby najwłaściwszy.

road-street-sign-way

Człowiek czyta o tym wszystkim i zadaje sobie proste pytanie: czy ci ludzie zwariowali? Spójrzcie jeszcze raz na koszty wyliczone dla Finlandii – kilkadziesiąt miliardów euro w skali roku. Nasz program „500 złotych na dziecko” wygląda przy tym na niewinną zabawę. Krytycy nie zostawiają na takich pomysłach suchej nitki: finanse publiczne tego nie wytrzymają, to rozleniwi ludzi, gospodarka stoczy się w przepaść. Nie można nikomu dawać pieniędzy za nic. Skoro jednak sprawa jest tak oczywista, to dlaczego ktoś w ogóle się nad tym zastanawia?

Otóż może się okazać, że idea nie jest pozbawiona sensu – jej zwolennicy przekonują, że taki system może mieć pozytywny wpływ na gospodarkę. Po pierwsze, trzeba zaznaczyć, że wspomniane sumy nie zapewniają życia na wysokim poziomie. One gwarantują minimum, pozwalają przeżyć w danym kraju. Jeśli ktoś chce mieć więcej, to będzie musiał pracować. Tu pojawia się punkt drugi: obecny system wsparcia. To on podobno zabija przedsiębiorczość, bo pieniądze dostaje się za to, że się nie pracuje. Niektórzy wybierają bezrobocie, bo chcą mieć zasiłek. Wolą to, niż kiepsko płatną pracę. A gdyby dostawali coś na kształt zasiłku i mogli jednocześnie pracować?

Kolejna kwestia to biurokracja, system pomocowy, przepisy. Wprowadzenie gwarantowanego dochodu poważnie by to wszystko uprościło, zmniejszyłaby się liczba urzędników. Każdy dostaje kasę i koniec: nie ma czego kontrolować, nad czym się zastanawiać, kim się opiekować, komu szukać pracy – niech szuka sam, my mu już pomagamy gwarantując minimum socjalne. Tu dochodzimy do elementu bezpieczeństwa: jeżeli człowiek poczuje, że może ryzykować, bo i tak ma zapewnione środki na przeżycie, to zacznie wprowadzać w życie pomysły, na które wcześniej brakowało mu odwagi. Może też zacząć się dokształcać, na co wcześniej brakowało mu np. czasu. Praca przestaje być przymusem, a staje się szansą. Może i brzmi to śmiesznie, ale trudno stwierdzić, czy to bujda.

startup-photos (5)

Na tym polega problem owego systemu: nie był jeszcze sprawdzany na dużą skalę. A bez tego ciężko jednoznacznie wypowiedzieć się na jego temat i kategorycznie pochwalić/zganić. Najwyraźniej jednak niedługo będziemy mogli zacząć rozmawiać na ten temat w oparciu o twarde dane dostarczone przez wspomniane kraje. Wtedy zrobi się naprawdę ciekawie. Zwłaszcza, że nowe rozwiązanie niektórych kwestii może się okazać konieczne. Trudno oprzeć się wrażeniu, że rozmowa na temat gwarantowanego dochodu nie wynika jedynie z kryzysu ekonomicznego – możliwe, że to już poszukiwanie wyjścia z sytuacji, w której maszyny będą odbierać ludziom prace na masową skalę.

Rozwija się dyskusja na temat tego, co stanie się z milionami pracowników, którym roboty czy komputery zabiorą źródło utrzymania i jedną z odpowiedzi stanowi właśnie idea gwarantowanego dochodu podstawowego. Dochodu, który trzeba zapewnić ludziom, jeśli nie chcemy, by doszło do rewolucji, załamania się rynku abo nawet struktur państwa. Dzisiaj może się to wydawać nieprawdopodobne, ale za 10-20 lat, gdy wejdziemy głębiej w kolejną fazę rozwoju technologicznego? Wtedy może się okazać, że ludziom trzeba zapewnić socjalne minimum, by nie doszło do katastrofy. I lepiej mieć takie rozwiązanie wcześniej opracowane…