wirtualna miłość
6

Wirtualna miłość nie jest tania. Kosztuje zainteresowanych kilkadziesiąt milionów złotych… tygodniowo

Pamiętam jak dobrych kilka lat temu oglądając po zalewie reportaży o ludziach zakochujących się w przedmiotach i wirtualnych idolach po sieci hulało wiele żartów na temat zakochiwaniu się w postaciach 2D. Teraz temat już chyba tak nie bawi, bo okazuje się, że wirtualna miłość jest warta kilkadziesiąt milionów złotych... tygodniowo.

Wirtualni idole to biznes, o którym nam się nie śniło. W Polsce raczej nieznani, w Azji są chlebem powszednim. Hatsune Miku i jej inne koleżanki Vocaloidy od lat przynoszą twórcom solidne zyski, a gadżety z ich wizerunkiem sprzedają się jak świeże bułeczki. Z punktu widzenia zachodniego obserwatora to od nich się zaczęło, ale możliwe, że wcześniej były jakieś inne wirtualne sławy, kto wie. Jedno jest pewne — w technologicznym szale cały czas powstają nowe twory, które chcą wyssać z nas ostatnie pieniądze. I całkiem nieźle im to idzie — najwyraźniej miłość wciąż doskonale się sprzedaje, co potwierdza sukces produkcji, której użytkowniczki wyruszyły na… romans z wirtualnymi pięknościami.

Wirtualny romans za prawdziwe pieniądze

Gry mobilne oparte na komunikacji tekstowej zyskują na sile z każdym miesiącem. Po latach niebytu powróciły w nowej formie, a produkcje takie jak Lost Frequency, seria Lifeline czy Another Lost Phone cieszą się ogromną popularnością. Przywołane tytuły to mocno fabularyzowane przygodówki, które od początku do końca trzymają graczy w napięciu. Obok nich nie brakuje też tytułów, w których możemy „randkować” z naszymi wirtualnymi miłościami. Mystic Messenger stał się ogólnoświatowym hitem z dnia na dzień. A nowy hit wśród chińskiej publiczności, Love and Producer, też nie może narzekać na brak zainteresowania. Obie produkcje są przedstawicielami gatunku otome, który kierowany jest głównie do kobiet. Na pierwszym planie jest tam podrywanie przystojniaków i szeroko pojęte romanse. I choć na konsole (zarówno stacjonarne, jak i przenośne) takich gier nigdy nie brakowało — wraz z erą mikropłatności wkraczają one na nowy poziom. Tutejsze „spersonalizowane” randki są jeszcze bardziej wciągające i… swoje kosztują.

Jak czytamy na Sky, według najnowszych statystyk tylko w styczniu gracze w ramach mikrotransakcji zostawili w grze więcej niż 200 milionów Yuanów, czyli… ponad 100 milionów złotych. I biorąc pod uwagę, że mówimy tylko o mobilnej grze, która nie opuściła do tej pory rynku chińskiego, prawdopodobnie większość graczy to kobiety, a wszystkie tamtejsze romanse są wirtualne — to chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że sumy są ogromne.

I nawet będąc świadomym tego, żę gry mobilne w Azji są bardzo ważne i przynoszą duże pieniądze, czytając o takich sumach w skali miesiąca można być zszokowanym — a prawdopodobnie z każdym rokiem te będą rosły. A nawet nie mówimy tutaj o e-sportowej produkcji, które to na tamtym rynku mobilnym również są niezwykle popularne. Ciekawe jak w zestawieniu z tymi kwotami wypadają tamtejsze aplikacje randkowe, które mają szansę się ziścić w prawdziwym świecie. Tinder czy jego lokalne odpowiedniki. To mogłoby ciekawe zestawienie…

  • Grzmotoruchacz2000

    Dla Azji to nic niezwykłego. Panuje tam chory kult pracy, ludzie nie mają życia prywatnego a czują potrzebę bliskości. Więc są blisko – z wirtualnymi postaciami.

    • Grzmotoruchacz2000

      Oczywiście nie dotyczy to całej Azji. W takich Chinach sytuacja wygląda zupełnie inaczej, z punktu widzenia Europejczyka normalniej. Znaczy żona podlega mężowi, ale u nas też tak kiedyś było więc łatwiej to nam zrozumieć niż związek z konsolą do gier.

    • kofeina

      W Japonii należy wziąć pod uwagę jeszcze powszechny animizm, co rzutuje na postrzeganie rzeczy.

    • Grzmotoruchacz2000

      No tak, jak realna, wąskooka japonka z drobnym biustem może konkurować z rysunkiem kobiety o oczach wielkości spodków i cyckach o pojemności minimum 3 litrów.

    • kofeina

      Osobiście wolałbym wąskooką Japonkę z drobnym biustem, ale nie jestem Japończykiem…

    • Grzmotoruchacz2000

      Taką drobną, uśmiechniętą czarnulkę