19

Uszczęśliwianie na siłę wywołuje torsje, czyli rzecz o biedamarketingu

Wiecie, za co lubię Antyweb? Za to, że mogę po nim bezkarnie buszować jako czytelnik i nie owocuje to spamowaniem mojej skrzynki pocztowej. Niestety, taka wolność w sieci to dziś rzadkość, a mnie zbiera się na wymioty, kiedy co dzień rano przeglądam maile. Przygotujcie zgniłe pomidory, by mnie nimi obrzucać, bo zamierzam rozprawić się z wszystkimi Waszymi ulubionymi serwisami. Gotowi? Start! Pierwszą swoją skrzynkę pocztową założyłem w 1998 roku na słynnym […]

Wiecie, za co lubię Antyweb? Za to, że mogę po nim bezkarnie buszować jako czytelnik i nie owocuje to spamowaniem mojej skrzynki pocztowej. Niestety, taka wolność w sieci to dziś rzadkość, a mnie zbiera się na wymioty, kiedy co dzień rano przeglądam maile.

Przygotujcie zgniłe pomidory, by mnie nimi obrzucać, bo zamierzam rozprawić się z wszystkimi Waszymi ulubionymi serwisami. Gotowi? Start!

Pierwszą swoją skrzynkę pocztową założyłem w 1998 roku na słynnym Polboksie. Sprawiło mi to wielką frajdę, gdyż kiedy przychodził mail, wiedziałem, że napisał do mnie znajomy. To był renesans korespondencji. Nareszcie nie musiałem chadzać do śmierdzących, postsocjalistycznych placówek pocztowych po to, by po godzinie stania przy okienku, nadać list polecony. Do tego od lat piszę jak kura pazurem, więc zamiana pióra na klawiaturę była momentem wielce odświeżającym.

Czasy się zmieniły. Dziś surfowanie po sieci i używanie poczty elektronicznej to spacer po polu minowym. A że jestem facetem dość nerwowym, szybko tracę zdrowie, w afekcie (i w efekcie) rzucając mięsem. Dlaczego? Z powodu legalizacji spamu. Ale chwileczkę, powiecie, spam jest nielegalny. Cóż, to kwestia semantyki – wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez spam. Dla mnie to niechciane informacje, na które jednak wyrażam zgodę (bo muszę), zatwierdzając różnej maści regulaminy korzystania z takich czy innych usług.

Lata temu dostałem od Romana Giertycha pocztówkę (bodajże z białą różą), na której odwrocie znajdował się tekst zaczynający się od słów „Droga Pani”. Poszedłem do kiosku, kupiłem kartkę z wizerunkiem mojego miasta i wysłałem ją Giertychowi z następującym wpisem: „Posłuchaj, Amigo, jeśli ja jestem dla Ciebie panią, to Ty jesteś dla mnie transwestytą”. Nie wiem, czy kartka do adresata dotarła. Dla mnie liczyło się natomiast to, że wyraziłem swoją opinię na temat informacji niechcianych, a do tego źle targetowanych. Czemu jednak o tym piszę? Bo historia białej róży to doskonały przykład tego, co w sieci dzieje się na potęgę.

Jako osoba bezrobotna skorzystałem swego czasu z pewnego znanego portalu z ogłoszeniami o pracę, by odpowiedzieć na opublikowany tam anons. Niewiele czasu minęło, gdy skrzynkę zaczęły mi zasypywać reklamy przesyłane przez portal – i to takie z gatunku głupich i głupszych. Jako bezrobotny facet z pustym portfelem otrzymałem na przykład ofertę zakupu… biżuterii w promocyjnej cenie (sic!). To troszkę, jak z tym starym dowcipem rysunkowym, gdzie żona mówi do niewidzącego męża, że wygrał lornetkę…

Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Nie chce mi się już nawet na Facebook zaglądać. Dlaczego? Bo naprawdę głęboko w jelicie grubym mam wszystkie Endomondo i inne dzikie wianki, które cierpią na wieczny wytrysk informacji. Naprawdę, z całym szacunkiem, nie interesuje mnie, że wczoraj ktoś przebiegł 632 metry z ulicy X na plac Y. Serio. A to tylko jeden z przykładów.

Co dzień jestem bombardowany mailami z jakichś dziwacznych sklepów internetowych, w których nigdy niczego nie kupowałem i się tam w żadnym wypadku nie rejestrowałem, z portali społecznościowych, które ciągle mnie zapraszają do podpisania cyrografu (Badoo, do jasnej, odczep się ode mnie!), z serwisów, które umożliwiają ogłaszanie światu, że właśnie jestem w szalecie publicznym w centrum miasta, czy z księgarni internetowych, z których skorzystałem raz, a przez lata muszę w zamian znosić regularny spam.

Jasne, powiecie, zamiast biadolić, wejdź tu i tam, zrezygnuj z subskrypcji i będziesz miał spokój. Sęk w tym, że to syzyfowa praca. Po pierwsze, nie mam czasu na odwiedzanie stu różnych portali i przeklikiwanie się przez nie, by się wyrejestrować. Po drugie, w wielu miejscach zarejestrowany nie jestem, a jednak korespondencję otrzymuję regularnie. Co więcej, okazuje się, że ktoś życzliwy handluje danymi osobowymi, więc różne szemrane call centers znają nie tylko mój adres mailowy (który jest jawny), ale i szczegóły, które są tajne.

Targetowanie reklam też pozostaje poniżej wszelkiej krytyki. Najlepszym dla mnie przykładem jest notoryczny spam opłacony przez pewien znany rejestr długów. Co chwila otrzymuję informację, że właśnie ktoś w owym rejestrze sprawdzał moją firmę, więc dobrze będzie, jeśli wykupię sobie dostęp, by sprawdzić, któż to sie mną interesuje. Fajnie! Sęk w tym, że ja nie mam żadnej firmy, więc ktoś próbuje mnie zrobić w balona i naciągnąć na kasę. Szlag mnie też trafia, gdy pewien słynny serwis muzyczny wysyła mi co chwila informację, że ktoś obserwuje moją aktywność muzyczną (a nie mam tam żadnej) i dostaję ten mail w dwóch egzemplarzach. Trochę przypomina mi to słynny dowcip z Predatora – ten o echu. A najciekawiej było, gdy otrzymałem informację, że ja sam obserwuję własną aktywność. Cyberschizofrenia? Uwielbiam też treści reklamowe ukrywane pod płaszczykiem korespondencji prywatnej – oto jakiś z dawna zapomniany kolega (którego tak naprawdę nigdy nie miałem) informuje mnie, że ma zdjęcia, o które prosiłem. Dopiero na dole maila widnieje adnotacja drobnym maczkiem, że jest to reklama wysłana zgodnie z regulaminem serwisu X.

Doprowadza mnie to do istnej furii i mam ochotę zaśpiewać jak Robert Smith z The Cure w utworze „The Kiss”:

I never wanted this
I never wanted any of this
I wish you were dead
I wish you were dead

Stare przysłowie rzecze, że co za dużo, to i świnia nie zje. Większość serwisów o tym zapomniała. Drodzy Państwo, nachalny spam to nie jest dobry marketing, a uszczęśliwianie na siłę skutkuje torsjami u Waszych klientów. Kiedyś próbowałem się wyrejestrowywać lub pisałem do administratorów niecenzuralne maile. Dziś postępuję inaczej – ponieważ korzystam z gmaila, regularnie wszelkie omawiane wyżej maile zgłaszam jako spam. Jedno kliknięcie i uczę system, co jest dla mnie informacją niechcianą. Zakładając, że jest więcej osób, które czynią podobnie, mozna zaryzykować stwierdzenie, że cały ten biedamarketing sklepów i portali idzie psu w d… budę. I bardzo dobrze.

Czy jestem przeciwnikiem cybermarketingu? Nie. Znam serwisy, które wiedzą, co to umiar, oferty dobrze targetują i wysyłają w stosownych odstępach czasu. Niech przykładem będzie chociażby BookRage. Tu nie ma żadnego przegięcia. Ale w momencie, gdy chłopcom odbije palma i w ramach rozkwitu przedsięwzięcia zaczną mi wysyłać oferty mopów, magicznych plastrów do stóp i kremów do depilacji pachwin, wybiorę się do Warszawy w celu naruszenia ich nietykalności cielesnej. To oczywiście żart – dodam, nim z ofensywą przeciw mnie ruszą domorośli prawnicy. Ufam twórcom BookRage, ufam też innym firmom, które przekonały mnie, że szanują swojego klienta, jego czas i poczucie smaku. Niestety, takich podmiotów na rynku wciąż jest za mało, co przekłada się na fakt, że co dzień rano wyrzucam minimum 70% niechcianych maili. Leave me alone!