32

TVP to jakaś alternatywna rzeczywistość – wielkim problemom finansowym towarzyszy… wzrost zatrudnienia

Telewizja publiczna prawdopodobnie zamknęła ubiegły rok wielką stratą: miała ona wynieść 180 mln złotych. Spadają wpływy z abonamentu, ale też z reklamy, jednocześnie pojawiły się duże wydatki, przykładem prawa do transmisji niektórych spotkań w ramach Euro 2016. Sytuację częściowo ratować miała redukcja etatów, lecz w tym przyapdku coś poszło nie tak, jak powinno: zatrudnienie w państwowym nadawcy wzrosło...

TVP nie może się pochwalić dobrymi wynikami, udanym kwartałem, a już tym bardziej rokiem – telewizja znalazła się w poważnym kryzysie, a jej prezes kilka miesięcy temu mówił wręcz o budżecie śmierci. I nie ma znaczenia, że niektóre pozycje w ramówce nadal przyciągają przed telewizory miliony Polaków, stacje publicznego nadawcy mają bardzo duży udział w w rynku: środków w kasie wciąż brakuje, wydaje się, że jedynym rozwiązaniem będzie pomoc rządzących. A raczej pomoc obywateli, których rządzących „zachęcą” do płacenia abonamentu.

Temat abonamentu pojawia się u nas od dawna, jeszcze kilka kwartałów temu wydawało się, że zostanie on zamieniony opłatą audiowizualną, teraz ponownie pracuje się nad abonamentem. I chyba jesteśmy blisko domknięcia tej kwestii. Według ustawy, operatorzy kablówek i platform cyfrowych byliby zobligowani do dostarczania Poczcie Polskiej informacji na temat swoich klientów. Rozwiązanie jest proste: człowiek płaci za kablówkę, więc posiada telewizor. A jeśli posiada telewizor, to powinien płacić abonament. Ta zmiana miałaby wzmocnić budżet TVP o kilkaset milionów złotych w skali roku. Pieniądze, które wydają się niezwykle potrzebne, gdy popatrzymy na wyniki firmy.

Serwis wirtualnemedia.pl dotarł do sprawozdania finansowego Telewizji Polskiej. Wynika z niego, że w ubiegłym roku firma zanotowała 180 mln złotych straty. Nie dziwi mnie zbytnio, że przychody z abonamentu spadły w porównaniu z wynikami z roku 2015, bo wysychanie tego źródła obserwujemy od lat. Gorszą wiadomością dla TVP jest fakt, iż w omawianym okresie wpływy z reklam spadły o ponad 5%. Jednym z powodów jest pewnie spadająca oglądalność, Telewizja Polska traci udziały w rynku. Budżet poważnie obciążyły mistrzostwa Europy w piłce kopanej – chociaż TVP chwaliła się wysoką oglądalnością, to z biznesowego punktu widzenia impreza okazała się katastrofą. A wszystko w czasie, gdy i tak nie było kolorowo. W takich okolicznościach przyrody nie dziwi, że TVP zamierza się ratować emisją serialu Doktor Quinn.

Coraz więcej mówi się o pożyczkach, na jakie liczy TVP, o finansowanych z tych pieniędzy inwestycjach (w grę wchodzi m.in. kredyt wysokości 800 mln złotych: połowa miałaby pójść na program, połowa na sprzęt, modernizację regionalnych oddziałów czy tworzenie platformy internetowej), o tym, że TVP miała w kasie 100 mln złotych, gdy przejmował ją prezes Kurski, ale też o tym, że za obecne kłopoty odpowiada poprzednia ekipa rządząca. Mnie najbardziej intryguje jednak informacja dotycząca zatrudnienia. Sytuacja, do jakiej tu doszło, jest kuriozalna.

Decydenci publicznego nadawy stwierdzili w ubiegłym roku, że firma cierpi na przerost zatrudnienia. Dlatego jesienią ruszył program dobrowolnych odejść, który miał skłonić część pracowników do pożegnania się ze stacją. Zakładano, że z programu skorzysta 200 osób. Jak wyszło? Zwolniło się podobno więcej osób, liczba sięgnęła 250. Sęk w tym, że po zakończeniu programu zatrudnienie w firmie było… o 50 osób wyższe. Solidna redukcja etatów. Złośliwi mogliby stwierdzić, że „obcych” zastąpiono „swoimi”, ale pewnie można to inaczej wytłumaczyć. Może zatrudnieni ludzie pomogą wyjść TVP na prostą? Jeśli nie oni, wkrótce powinni to zrobić politycy. Dzięki zmianom zrzucimy się na budżet, który utrzyma jeszcze większą liczbę pracowników TVP…