Niestety rzeczy martwe mają jedną, przykrą tendencję. Mianowicie często potrafią się zgubić, ukryć gdzieś w najciemniejszych zakamarkach w domu, a ich ostatnia lokalizacja może ulotnić się z naszej pamięci. Ich poszukiwanie to zdecydowanie niełatwy proces. Wymaga wiele czasu oraz cierpliwości, ale dzięki najnowszym zdobyczom techniki jesteśmy w stanie uniknąć takich sytuacji. Tak, dzisiaj zajmiemy się lokalizatorami Bluetooth. Szczerze mówiąc, stanowią one wybawienie dla zapominalskich osób, jednak czy reszta też powinna się nimi zainteresować?

Ważna estetyka

Elektronika użytkowa ma nie tylko działać, ale również wyglądać i wyróżniać się przemyślaną konstrukcją. W przypadku przetestowanego przeze mnie TrackR Pixel sytuacja wygląda bardzo dobrze. Urządzenie jest małe, ma rozmiar breloka i można je w łatwy sposób zamontować do m.in. kluczy, choć ta cecha jest wspólna dla wszystkich lokalizatorów. W zestawie otrzymujemy także dwustronne naklejki, więc da się je zamontować do np. torebki. W dodatku do wyboru mamy dziewięć wersji kolorystycznych.

Z punktu widzenia zwykłego użytkownika, bardzo ważny pozostaje czas pracy. Na rynku znajdziemy dwie grupy produktów: albo z zasilaniem akumulatorowym albo bateryjnym, dokładnie takim samym jak w zegarkach. Tutaj spotkamy się z drugim rozwiązaniem, które pozwoliło zmieścić wszystko w niewielkiej obudowie, a przy tym pozwala na długie działanie bez konieczności wymiany.

Działanie w praktyce

Przechodzimy do kluczowej kwestii, czyli jak to wszystko działa. Zgodnie z obecnie panującą modą, urządzeniem sterujemy z poziomu aplikacji na smartfon – tam też znajdziemy mapkę z lokalizacją TrackR Pixel. Do samego programu wrócimy jednak za chwilę. Lokalizator dysponuje w zasadzie dwoma elementami. Pierwszy z nich to migająca dioda LED, która jest również jedynym przyciskiem funkcyjnym, a drugi – głośnik, mogący odtwarzać syrenę o głośności maksymalnie 90 dB. Takie połączenie pozwala zobaczyć lub usłyszeć naszą zgubę w każdych warunkach. W mojej opinii jednak dźwięk mógłby być nieco zmieniony, aby było łatwiej nam zlokalizować, skąd dochodzi.

Pojawia się jednak jeden problem, nieodłącznie związany z urządzeniami opartymi o Bluetooth. Mianowicie trudno pochwalić je za duży zasięg działania, kończący się najczęściej na 10-15 metrach (przy optymistycznym scenariuszu). Jednak z tym twórcy TrackR Pixel również sobie sprawnie poradzili. Łączą się one ze wszystkimi podobnymi produktami w okolicy i automatycznie dalej przekazują te informacje, aż dotrą do nas, właścicieli (TrackR Crowd Locate Network). Z uwagi na to, że w naszym kraju modele te są dostępne od niedawna, baza użytkowników wygląda dosyć skromnie. Zapewne ulegnie to poprawie w ciągu najbliższego roku, a na razie najlepszym wyjściem może być zakup kolejnych lokalizatorów i pozostawienie ich w najczęściej odwiedzanych miejscach, czyli w pracy czy w domu.

W praktyce działał dobrze. Zdarzyło się jednak dwa razy, że testowo zostawiłem klucze w aucie i pojawiły się problemy z ich poprawnym zlokalizowaniem w odległości około 15 metrów. Na szczęście w pomieszczeniach zamkniętych wszystko sprawowało się tak, jak należy.

Coś o aplikacji

TrackR Pixel

Przygotowany program można naturalnie pobrać ze Sklepu Play lub AppStore. Oprócz już wspomnianej mapki, należy wspomnieć o możliwości szukania telefonu, jeżeli go zgubiliśmy, ale mamy w dłoni naszego TrackR. Ciekawie wygląda również kompatybilność z asystentką głosową Amazonu, Aleksą, jednak w Polsce trudno uznać to za naprawdę poważną zaletę. Da się także ustawiać alerty, kiedy będziemy poza zasięgiem lokalizatora. Sam jednak producent ostrzega, że mogą one wpłynąć znacznie na skrócenie czasu pracy smartfona.

Werdykt o TrackR Pixel

TrackR Pixel kosztuje w naszym kraju około 100 złotych. Moim zdaniem jest to rozsądna kwota, jeżeli spojrzymy na oferowane parametry i to, jak działa w praktyce. W porównaniu do wcześniejszych modeli, jest to naprawdę dojrzała konstrukcja. Przede wszystkim pozwala wyeliminować problemy związane z nerwowymi poszukiwaniami kluczy czy portfela, co w mojej opinii stanowi kluczowy argument przemawiający za jego zakupem. Zresztą w najbliższym czasie do Polski mają trafiać kolejne urządzenia TrackR. Szczerze mówiąc, w końcu mam do czynienia z gadżetem, który po prostu jest praktyczny i wart zakupu. Alternatywnie można zainteresować się niedawno przetestowanym przez nas notiOne.

  • bankpomyslow.com

    A co jeśli zgubi się smartphona? Ja wolę oldschoolowe rozwiązanie czyli gwizdamy i się znajduje. Tylko formę breloczka zastapilbym naklejką. Jak w pomyślę poniżej.
    https://marekkremer.wordpress.com/2013/05/27/whistle-back-sticker/

    • Albert Lewandowski

      Urządzenie jest przypisane do naszego konta w aplikacji, więc można się w takiej sytuacji zalogować na innym smartfonie czy tablecie.

      Pomysł ciekawy, ale mógłby być trudny w wykonaniu przy zachowaniu naprawdę małych wymiarów.

    • bankpomyslow.com

      No, ale moja żona ma Windows Phone, i co wtedy?
      Oczywiście to hipotezy z przymróżeniem oka:)
      Jak komputer wcisnęli do smartphona to takiego czegoś do naklejki by nie zmieścili? ;))

    • Marcin Kubera

      W poprzednim modelu TrackeR’a (pewnie w tym opisywanym jest ten sam mechanizm) naciśnięcie przycisku na urządzeniu wzbudzało alarm w telefonie, więc zgubionego smartphona też da się odnaleźć :-)

  • Olafejs

    Sory ale mamy Polski odpowiednik z prawie milionem userów, NotiOne więc do puki ich baza jest skromna to nie ma co wydawać kasy na Pixela