19

Tomasz W. Kariera internetowego zboczeńca

Internetowi oszuści polują na naiwnych. W jaki sposób? Całkowicie legalnie, poprzez portale z ofertami pracy. Wszystko wskazuje na to, że jeden ze słynniejszych sieciowych zboczeńców, Tomasz W., właściciel kilku szemranych firm istniejących tylko wirtualnie, powrócił, by szukać kolejnych ofiar. Wszystkich naiwnych próbuje wykorzystać finansowo lub… seksualnie! Od kilku lat śledzę internetowe oszustwa związane z rynkiem pracy i piętnuję nieuczciwych pracodawców (o dziwacznych praktykach w tej materii […]

Internetowi oszuści polują na naiwnych. W jaki sposób? Całkowicie legalnie, poprzez portale z ofertami pracy. Wszystko wskazuje na to, że jeden ze słynniejszych sieciowych zboczeńców, Tomasz W., właściciel kilku szemranych firm istniejących tylko wirtualnie, powrócił, by szukać kolejnych ofiar. Wszystkich naiwnych próbuje wykorzystać finansowo lub… seksualnie!

Od kilku lat śledzę internetowe oszustwa związane z rynkiem pracy i piętnuję nieuczciwych pracodawców (o dziwacznych praktykach w tej materii pisałem niedawno tutaj) – tym bardziej, że sam wielokrotnie poprzez sieć szukałem pracy czy to dla siebie, czy dla moich najzdolniejszych studentów. W 2010 roku trafiłem na Tomasza W. z miasta K.

Jeden z serwisów, w których można poczytać o fenomenie Tomasza W.

Zebrane przez siebie informacje próbowałem przekazać właściwej komendzie policji – niestety, choć trudno w to uwierzyć, nikt nie był sprawą zainteresowany. Tymczasem właśnie namierzyłem w sieci osobę, która ma identyczny modus operandi. Przypadek? Nie sądzę. Najpewniej Tomasz W. powrócił pod innym nazwiskiem i z powodzeniem rozpoczął swój proceder.

Usiądźcie wygodnie, bo opowieść będzie długa, ale ciekawa i ku przestrodze.

Oferta nie do odrzucenia

W 2010 roku, przed świętami Bożego Narodzenia, pojawiło się ogłoszenie o poszukiwaniach redaktora prowadzącego w nowym ogólnopolskim czasopiśmie darmowym. Co nie spodobało mi się w ogłoszeniu? Zwróćcie uwagę, bo nawet lekka paranoja lepsza jest niż brak ostrożności.

  1. Ogłoszenie zostało napisane nieprofesjonalnie pod względem językowym.
  2. Zostało umieszczone tylko i wyłącznie na portalach darmowych.
  3. Nie podano nazwy firmy.
  4. Nie podano strony www, a jedynie mail założony na darmowym serwerze.
  5. Podany telefon był numerem prepaidowym.

Oczywiście, powiecie, Drews to burżuj, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że ludzie oszczędzają, na czym tylko mogą, a mikro i mała przedsiębiorczość w Polsce nie ma funduszy na duże, płatne ogłoszenia. Do tego projekt był nowy, więc strony www po prostu mogło jeszcze nie być, a właściciel w obawie przed działaniami konkurencji nie chciał podać nazwy firmy. A że napisał ogłoszenie jak kura pazurem? Cóż, to jest biznesmen, a nie polonista. Może skończył technikum rolnicze i dorobił się na handlu burakami? W końcu po to szuka profesjonalnego redaktora, żeby sam nim nie być.

Wszystkie te argumenty rozumiem. Kiedy jednak ktoś ogłasza w sieci, że planuje wydać czasopismo w nakładzie, uwaga, półtora miliona egzemplarzy, a jednocześnie nie ma grosza na zakup profesjonalnego ogłoszenia, powinna zapalić się czerwona lampka. Takowa też mi w głowie zaświeciła, jednak nie mogłem niczego udowodnić, a dysponowałem jedynie wynikającymi z dedukcji podejrzeniami. Sherlockowi Holmesowi to starczało. W realnym świecie mogłem się jednak zdrowo przejechać na skórce od banana.

Nie pozostało więc nic innego, jak dać się złapać na haczyk i sprawdzić temat osobiście. Wysłałem swoje CV, list motywacyjny i dane. Kontakt nastąpił niezwłocznie. Zostałem zaproszony przez miłą, młodą panią na popołudniową rozmowę do biura prasowego, którym okazało się… Coffee Heaven. To jednak nie musiało jeszcze niczego oznaczać, bowiem w tym samym budynku znajdowały się powierzchnie biurowe. Być może firma się dopiero urządza? Lepiej wypić kawę w wygodnym fotelu, niż rozmawiać na placu budowy, n’est-ce pas?

Ponieważ z pełną premedytacją przyszedłem odpowiednio wcześniej, mogłem zobaczyć, jak pani przerabia jednego kandydata za drugim. Kiedy przyszła moja kolej, przedstawiłem swoje kwalifikacje, ponownie wręczyłem uprzednio przesłane mailem dokumenty i referencje, wypiłem kawę i wróciłem wieczorem do domu. Wciąż w ręku nie miałem nic.

Tropię prezesa

Przełom nastąpił… kilkanaście godzin później. Wczesnym rankiem obudził mnie telefon od pani, która zapytała, kiedy mogę rozpocząć pracę. Odpowiedziałem, że natychmiast. Pani rzekła na to, że w takim razie zaraz zadzwoni do mnie sam pan prezes. Tak też się stało – po pięciu minutach oddzwonił Tomasz W., powiedział, że natychmiast chce ze mną podpisać umowę, bo gazeta prawie gotowa, zaraz wydanie i jedziemy z koksem. Przy okazji dowiedziałem się, że firma pana prezesa to wielkie, międzynarodowe przedsiębiorstwo ze sporym kapitałem. Brzmiało dobrze, a raczej brzmiałoby, gdybym miał cztery lata i krótkie spodenki.

Pośpiech Tomasza W. był mocno podejrzany, choć człek ów tłumaczył się tym, że pobrał już pieniądze od reklamodawców (około 10 stron reklam, cennik poniżej).

Odrzekłem więc, że najpierw chciałbym zobaczyć, jak wygląda gazeta, spotkać się, umówić warunki finansowe etc. Sprawa trafiła więc z powrotem do asystentki, która przesłała mi pdfy rzeczonej gazety. Zanim jednak do tego doszło, miałem już w ręku pewien konkretny ślad – mianowicie numer telefonu komórkowego prezesa. Jak się okazało, google+cierpliwość=sukces.

Pan prezes korzystał z numeru prepaidowego, ale nieostrożnie używał go w różnych ogłoszeniach oraz na stronie firmowej. Bingo! Dzięki temu dowiedziałem się, że owa międzynarodowa firma to tzw. Przedsiębiorstwo Innowacyjno-Wdrożeniowe XXX (nazwy nie podaję) – działalność o nieustalonym statusie prawnym prowadzona w… prawdopodobnie wynajętym mieszkaniu prywatnym na terenie obskurnej, starej kamienicy stojącej – co jest w tym przypadku nawet zabawne – vis-a-vis aresztu śledczego!

Według informacji podanej na stronie, XXX dostarczała klientom „rozwiązań, które oferują wykorzystanie najnowocześniejszych technik realizacji projektów. Stosowane przez nas metody outsoursingowe umożliwiają efektywne wdrażanie nowatorskich produktów i usług, oraz znaczące skrócenie drogi przebiegającej od koncepcji do jej wdrożenia. Nowoczesny i ciągle doskonalony system pracy zapewnia elastyczność w dostosowaniu do indywidualnych wymagań Klientów, pragnących działać innowacyjnie”.

Takie pitu pitu, żeby nie powiedzieć: bełkot. Poza tą informacją był tylko adres mieszkania, prepaidowy numer komórkowy i formularz mailowy. Nic więcej. Googlując jednak dalej, znalazłem różnej maści ogłoszenia. Okazało się na przykład, że pan prezes robił między innymi nabór do… zespołu rockowego o nazwie tożsamej ze spółką. W związku z tym urządzał warsztaty i przesłuchania. Jak głosiła treść: „w planach nagrania, koncerty, promocja w mediach”. Wymagania? Wiek 16-30, co stanie się zrozumiałe w dalszej części niniejszego tekstu.

Prawdziwą bombą okazały się jednak pdfy, które dotarły do mnie już po tym, gdy odkryłem bogate talenta pana prezesa. Otrzymałem bowiem od jego asystentki (z maila identyfikującego się jako… LadyMargaret!) złożoną amatorsko w Corelu gazetkę, pełną potwornych błędów zarówno typograficznych, jak i językowych, ze skradzionymi z sieci zdjęciami.

Fotografie pobrano z iStocka, a żeby uniknąć opłaty, użyto dostępnych bez znaków wodnych poglądówek – zbyt małych, by można było je przeznaczyć do druku. Teksty prawdopodobnie zostały wyłudzone od osób, które uwierzyły w całą tę inicjatywę. Nazwisk więc nie będę podawał, by osobom tym nie szkodzić, a zdradzę tylko, że wśród nich znaleźli się kierownicy, prezesi i przedstawiciele różnych firm i instytucji. Niektóre materiały nie były podpisane w ogóle, tekstów sponsorowanych nie oznaczono, w środku znajdował się nieaktualny program TV, a sama gazeta… nie miała nawet ISSN! Co ciekawe, na stronach znalazło się faktycznie mnóstwo reklam (w tym znanych firm) oraz… oferta nie do odrzucenia – redakcja sprzedawała bowiem kołdry, poduszki, szklane kubki i szczotki do mycia pleców w promocyjnej cenie!

Molestowanie kandydatek, listy gończe i policyjny pościg
ze strzelaniną – o tym wszystkim jutro w następnej części materiału!

  • wkręciłem się w tekst, a na końcu info, że kolejna część dopiero jutro :/

    • Marcin M. Drews

      Ale za to będą w niej „momenty”!!! ;)

    • Marcin M. Drews – warto zwrócić uwagę na literkę „M.” To od Mistrz – Mistrz suspensu ;)

    • Mikołaj Wawrzyniak

      Marcin M. Drews trzyma w napięciu niczym Hubert Urbański w Milionerach

    • Marcin M. Drews

      Mogę tylko zdradzić, że druga część będzie wybuchowa. ;P

    • Michał Zemełka

      W sensie będą polucje?

    • Mikołaj Wawrzyniak

      #TedKaczyński

  • niedzielny

    Nooo normalnie jakbym czytał przygody prl-owskiego kapitana Żbika :))

  • Wojciech Zieliński

    Dawno, dawno temu… i chciałoby się powiedzieć w galaktyce bardzo daleko stąd – ale niestety w Europie ja się naciąłem na podobny numer… Wszystkim zainteresowanym „cudownymi” ofertami pracy (również nie-polskimi) polecam ku przestrodze:
    http://sigexfoundry.blogspot.com/

    Może bym nie uwierzył – założył, że ktoś chce szkalować firmę – ale byłem ta, a moja historia w komentarzu na tym blogu – ponieważ jednak nie mogę go zalinkować (a może nie umię :) ) – cytuję (i może moderator mnie nie wytnie za przydługi komentarz i jeszcze do tego szkolną angielszczyzną :)):

    I’ve been there at February 2005. At that stage once I came there there was only me and another guy from Romania (unfortunatelly – lost contact :( ). I was picked up from airport by Frederic and driven to apartament. He showed me my room, saying that there will be several other guys in there in the future, while right not there is only that another Romaniam collegue – but I should not expect him early :) And indeed – he came at 1 AM.
    Next day, at 8:00 AM we were to get to that nice building described by you and some other people in the comments. I thought – ok, apartament is not great, but maybe it will get better in the work. And the office – indeed – was nice… However what was most strange was that on several hundred square meters there were only me, Romaniam collegue and Frederic… Well – the nex strange thing :)
    After coming Frederic started his evangelization – ruining all the Project Management rules and best practices, System Architecture models and so on. I started asking questions (which was not very welcome) – and the answer was always quite the same: „becouse that’s the truth, that’s the nature”.
    Of course after several „fights” he came to the argument whether I have read his CV :) And then the first large fight came up: as I responded, that nobody deserves respect only basing on CV, respect must be builded. He had to call his wife (standard as I see right now :) )
    The next incident that day was once he was again teaching something (of course using the arguments about bad approach and so on). After several no-answer questions he asked me:
    Artru: „do you think there is a thing you know, and I don’t ?”
    Me: „I suppose there are many such things – as well as there are many things you know, and I don’t – and we meet here just to learn from each other these things”
    Artru: „No – there is no such thing – I know that, becouse that’s the truth, thats the nature”
    Me: „And would you like me to give you the most simple example of that you are wrong ?”
    Artru: „Sure, you can try – but you are not able to do that – becouse that’s the truth, that’s the nature”
    Me: „OK – so I assume you CAN SPEAK POLISH ?” (just for some explanation – I am from Poland :) )
    After that he just went to his room (saying nothing) and after about an hour or two he asked me to get to his office, where he told me I should leave now. I asked about the possibility of checking airlines/trains from Pau – no chance – I had to leave now :)
    So I suppose I made some kind of record – I was „fired” at first day :)
    I was talking to Cantel some time after on chat – trying to get some info from him what these guys are actually doin’ – the only thing I got was „would you like to get another chance in the Foudry ? :) „. No further comments :)

    • eng

      na przyszłość:”because” a nie „becouse”.

    • Wojciech Zieliński

      Przyznaję, to jest praktycznie notoryczny błąd który popełniam :) Ale proszę o „nieściganie” pozostałych – zdaję sobie sprawę, że pojawić się mogą, ale tekst jest chyba zrozumiały :) A ja uczyć kogoś angielskiego się nie podejmuję :)

  • Tomasz Płókarz
  • Michał

    Te pościgi, te wybuchy…
    Ale tekst dobry, rly. Można wyszlifować swoje umiejętności kantownicze.

  • ArtiDiTu

    Dziwi mnie tylko ( albo i nie dziwi ) że nasza kochana POlicja nie chce się tym zająć. A w sumie to i tak są poważniejsze sprawy…kioskarz , co nie wydał paragonu do gazety , czy piekarz , co niesprzedany chleb rozdaje bezdomnym… to są AFERY!!!

    • Marcin M. Drews

      Dokładnie tak to podsumowuję w części II.

  • Peter

    Dawno nie czytałem tak interesującego wpisu na Antywebie :) (serio serio).
    Czekam na dalsze wydarzenia.

  • Pingback: Tomasz W. Kariera internetowego zboczeńca (część II)()

  • Marcin M. Drews