11

Recenzja The Division – miałem rację, że będzie fantastycznie, ale do ideału daleko

The Division bije rekordy popularności na całym świecie. To najlepiej sprzedająca się nowa marka w całej historii gier. Czy faktycznie jest taka dobra?

O The Division już pisałem przy okazji wersji beta gry. Zaryzykowałem wówczas, pisząc, że będzie fantastyczną grą. Czy faktycznie jest? Twórcy stworzyli z pewnością produkt godny uwagi i posiadający wiele walorów. Trzeba jednak też przyznać, że do ideału mu daleko, a momentami wręcz ociera się o przeciętność czy nawet mierność. Mimo to, nie potrafiłem oderwać się od konsoli. Jest jakaś magia w The Division, która sprawia, że opustoszałe ulice Nowego Jorku stają się dla nas drugim domem.

Jak to się wszystko zaczęło…

Historia opowiedziana w The Division ma całkiem ciekawe fundamenty. Nieznani sprawcy wykorzystują Czarny Piątek w USA do wywołania epidemii nieznanego wirusa. Ten jest przenoszony za pomocą banknotów, przez co zyskuje miano „dolarowej grypy”. Ludzie umierają na całym świecie, miasta pogrążają się w chaosie. Jesteśmy członkami tytułowej grupy The Division, uśpionymi agentami, których uaktywnia się wyłącznie w sytuacjach krytycznych. Trafiamy na odcięty od reszty miasta nowojorski Mannhattan wraz z drugą falą śmiałków (pierwsza nie podołała wyzwaniu), aby zaprowadzić porządek i dotrzeć do przyczyn pandemii.

Muszę przyznać, że tło fabularne robi spore wrażenie i daje ogromne pole do popisu. Twórcy jednak tego w ogóle nie wykorzystali, bo The Division nie jest grą nastawioną na fabułę. Tutaj chodzi o strzelanie, zbieranie przedmiotów i… strzelanie (w całkiem przyjemny, aczkolwiek nie idealny sposób – model strzelania nazwałbym… poprawnym). Biegamy zatem po naszej wielkiej piaskownicy, wykonujemy misje główne i poboczne, a także bierzemy udział w potyczkach, eksplorując przy tym ulice i (niektóre, bo do innych wejść się nie da) budynki. W międzyczasie opowiadana historia całkowicie się rozmywa, co jednak nie znaczy, że nie czuć tutaj klimatu. Na ten składają się porozrzucane po całym mieście nagrania audio i wideo. Najczęściej dotyczą one życia ludzi w mieście tuż po wybuchu pandemii, ale mają też związek z frakcjami, które opanowały Mannhattan po zapanowaniu chaosu. Wisienką na torcie są natomiast echo, a więc specjalne strefy, w których aktywujemy holograficzne rekonstrukcje pewnych wydarzeń. Wszystko to sprawia, że ciężki klimat nieustannie o sobie przypomina i daje się we znaki.

Nasz bohater (samodzielnie stworzony przy użyciu dość ubogiego kreatora) awansuje w miarę zabawy na kolejne poziomy. Wraz z nimi odblokowujemy sobie dostęp do potężniejszego uzbrojenia. To ono warunkuje nasze parametry, jak zadawane obrażenia, zdrowie oraz siłę umiejętności. Te natomiast (oraz ich modyfikacje, talenty i atuty działające pasywnie) odblokowujemy poprzez budowę ulepszeń w naszej bazie, którą podzielono na trzy skrzydła – każde dotyczy jednej z tych trzech sfer. Aby jednak dokonać rozbudowy, musimy zdobyć punkty określonego typu – i tu docieramy do wspomnianych misji i potyczek. Przy czym warto dodać, że są one podzielone na kategorie. Jeżeli zatem inwestujemy w skrzydło medyczne, będziemy szukać przede wszystkim zielonych punktów na mapie. Trzeba przyznać, że w ogólnym rozrachunku system ten jest niezwykle skuteczny i angażujący. Pierwszy raz widzę taki mechanizm rozwoju postaci, który zupełnie odchodzi od klasycznego rozdzielania punktów, a przy tym pozostaje ciągle atrakcyjny, w miarę złożony i angażujący.

Nieodłącznym elementem rozwoju naszego bohatera jest ekwipunek. Znajdujemy tutaj nie tylko pistolety, karabiny i strzelby, ale również elementy pancerza i wyposażenia, jak rękawice, plecaki, maski gazowe i wiele innych. Przedmioty występują w kilku kolorach: szarym (zwykłe), zielonym, niebieskim, fioletowym i złotym (absolutnie topowe). Oczywiście im wyższa kategoria, tym więcej bonusów i lepsze parametry otrzymujemy. To wszystko dopełniają jeszcze ubrania (kurtka, bluza, czapka, buty, spodnie, szalik), które jednak znajdują się gdzieś obok (mają kolor błękitny) i pełnią rolę wyłącznie estetyczną. Twórcy nie zapomnieli również o craftingu, do którego będziemy potrzebowali składników (narzędzi, elektroniki lub tkaniny) oraz schematów zdobywanych głównie podczas misji.

…i skończyć nie chciało

Jak widać, w The Division jest co robić i są powody, dla których chcemy to robić. To właśnie perspektywa rozwoju naszego bohatera tak mocno przykuwa do ekranu – przecież zawsze jest szansa, że w trakcie tej dodatkowej godziny grania znajdziemy gdzieś lepsze przedmioty czy zdobędziemy trochę punktów potrzebnych do odblokowania nowych ulepszeń w bazie. Gdyby nie to, The Division wypadałby bardzo blado, bo opisywane aktywności na mapie są szalenie wtórne i powtarzalne. Kompletnie brakuje tutaj jakiegokolwiek zróżnicowania. Mamy nieustanne deja vu i jesteśmy stawiani przed ciągle tymi samymi zadaniami. Z misjami głównymi jest lepiej, ale te należą do mniejszości.

I tutaj docieramy do możliwości grania w co-opie, która jest kolejnym lekarstwem na tę monotonię. Grając ze znajomymi, o wiele szybciej zapominamy o tym, że w całej grze znajdziemy pięć typów przeciwników na krzyż, a każda kolejna potyczka przypomina poprzednią. Zabawa nabiera rumieńców. Zresztą nie musimy mieć znajomych, bo przed każdą główną misją możemy w ramach matchmakingu dołączyć do innej grupy. Terminale dające taką możliwość znajdują się również w porozrzucanych po mapie kryjówkach służących do szybkiej podróży (między innymi). Znalezienie zatem losowych kompanów jest bajecznie proste.

Nie można też pominąć Stref Mroku, a więc nietuzinkowego pomysłu na PvP – przynajmniej w założeniu. Zamysłem twórców było bowiem stworzenie miejsca, gdzie gracze mają wybór. Mogą wspólnie eliminować komputerowych przeciwników (silniejszych niż normalnie, ale nagradzających nas lepszym lootem) lub rzucić się na siebie. Niestety. Pierwszy, kto zaatakuje innych graczy otrzymuje status „rogue”, co oznacza, że cała reszta zaczyna na niego polować. Kara za śmierć jest nieproporcjonalnie wysoka do nagrody, a więc nie opłaca się po prostu atakować innych. Problem ma rozwiązać patch 1.0.2, który wydano dziś. Zobaczymy.

To wszystko sprawia, że po osiągnięciu maksymalnego 30-ego poziomu (endgame), nie mamy tutaj aż tak wiele do roboty. Twórcy wprowadzili co prawda codzienne zadania, ale to ciągle niewiele w porównaniu z takim Destiny. Oby gra jeszcze się rozkręciła pod tym względem. A pewnie tak będzie, bo już zapowiedziano trzy duże dodatki.

Grafika i oprawa

The Division prezentuje się naprawdę ładnie – szczególnie na PC, gdzie gra jest wsparta efektami graficznymi Nvidii (Gameworks). Konkretnie są to HBAO+ (awansowane oświetlenie i cieniowanie obiektów) oraz PCSS (realistyczne miękkie cienie). Gra oczywiście wspiera też inne technologie zielonych, co docenią zapewne posiadacze GeForce’ów. Na konsolach sytuacja wygląda trochę gorzej i tu i ówdzie dają się we znaki tekstury w koszmarnie niskiej rozdzielczości lub spóźnione doładowywanie się elementów. Częściowo udało się to zamaskować filtrami i nie tylko. Wystarczy się jednak przyjrzeć, aby dostrzec pewne ułomności. To jednak nie niszczy ogólnego dobrego wrażenia. Twórcy wypełnili świat gry po brzegi treścią. Ulice są pełne opuszczonych samochodów, koksowników, ruder i śmieci. To samo można napisać o pomieszczeniach – nie natrafiłem jeszcze na takie, który byłoby puste i niedopracowane. To duży plus, który czyni całą oprawę spójną i kompletną. A to nie wszystko, bo zaimplementowano tutaj również system dynamicznie zmieniającej się pogody i pory dnia. Słońce, śnieg, gęsta mgła, wichury – warunki na ulicach potrafią być naprawdę niesprzyjające i to czyni The Division jeszcze przyjemniejszym dla oczu.

Wiele dobrego można napisać też o udźwiękowieniu. Szczególnie dobre wrażenie zrobił na mnie voice acting, którego mamy tutaj bardzo dużo (nagrania rozmów telefonicznych, echo i inne). Odgłosy wystrzałów i eksplozji już tak nie imponują, a niektóre spluwy brzmią niczym zrobione z plastiku (szczególnie po założeniu tłumika). Ogólnie jednak można się przyzwyczaić.

Podsumowanie

The Division to świetna gra MMO – pozwolę sobie napisać, że miałem rację, po ograniu bety. Nie jest idealna i ma sporo na sumieniu. Ogólnie jednak wciąga jak diabli i potrafi dać masę satysfakcji. To jednak za mało, aby powtórzyła fenomen takiego Destiny. Piłeczka znajduje się obecnie po stronie twórców. Ci muszą zadbać o odpowiednio dużą zawartość endgame, wprowadzić na rynek solidne dodatki fabularne (które są wręcz niezbędne, by wyjaśnić w pełni fabułę) i aktualizować, aktualizować, aktualizować. Jeżeli The Division będzie stale rozwijane, a gracze animowanie kolejnych atrakcjami i aktywnościami, Ubisoft czekają wspaniałe miesiące (a może nawet lata). A widać na powyższym wideo, że twórcy już mają plan na dodatkowe treści. Zresztą już teraz tytuł ten zapisał się złotymi zgłoskami w historii firmy.

Ocena: 7/10

  • OLI

    Mało wiarygodna ta recenzja, bo jeśli (z dużym naciskiem na jeśli) grałeś w tą grę i odblokowałeś skrzydło medyczne to wiedz, że nie jest to kolor niebieski, tylko zielony.
    Wiec albo w ta grę nie grałeś, albo niezbyt Cię to interesuje.
    Za każdym razem co wchodzisz do bazy widzisz 3 kolory, zielony, żółty i niebieski wiec nie byłeś w stanie ich nie zauważyć. Dalej już nie chciało mi się czytać.
    Ale postaram się skończyć ten artykuł.

    • OLI

      Nie ma takiego czegoś, jak (absolutnie typowe) i nie prawdą jest, że każde złote jest lepsze od fioletowego. Złoty ma jeden dodatkowy perk i to mu daje przewagę, ale gdy perk jest słaby (wszystko jest losowe) broń może być gorsza od fioletowego)

    • OLI

      najlepsze z tego artykułu to chyba podsumowanie było, ale zawsze to coś.
      Na 70 znajomych online gra ponad połowa, w weekend jest jeszcze lepiej.
      Z Destiny nie miałem takich wyników, a przegrane miałem 1000h.
      Sądzę, że przebije Destiny

    • No tak, zgadza się – czasem zielony jest lepszy od niebieskiego itd. Kwestia tego, jakie perki mają dane przedmioty. Ale wydaje mi się to chyba oczywiste – w Borderlands czy DIablo działało to tak samo zawsze. Co do kolorów – faktycznie tu lekki fuckup. Nie miałem gry przed sobą, kiedy pisałem, stąd pomyłka. Tylko czy to zmienia w jakikolwiek sposób wartość recenzji? Przy Division mam spędzone 30 godzin gry, co wydaje mi się dostatecznym czasem do napisania swojej oceny.

    • OLI

      30? Chyba bardziej 300.
      Ja mam przegrane 100h i nadal wiem o ten grze malutko.
      Przy ons 200k i życia 100k możesz powiedzieć, że wiesz wystarczająco dostatecznie o tej grze.
      Osiągnąłeś lvl 30 na kampanii,? Osiągnąłeś lvl 50 na dz?
      Zrobiłeś misje na ambitny?
      Odwiedziłeś wszystkie save house?
      Zrobiłeś wszystkie misje poboczne?
      Zebrałeś znajdźki ?
      A to są dopiero początki grania.
      wszystko jest zaś ze sobą powiązane.
      Reklamy o ataku terrorystów z banknotnami, to tylko wstęp.

      To nie

  • niebardzo

    Widać, że autor nie zagłębił się za bardzo w grę i strasznie pobieżna ta recenzja, z błędami. Popieram komentarze OLI. Wniosek jest prosty – czytanie recenzji gier na Antywebie to zapychacz, po takie rzeczy lepiej wybrać się na portale tematyczne o grach.

  • MrEvilRobot

    Nie grałem w destiny, oglądałem tylko filmiki i gra mi się bardziej kojarzyła z borderlandsami.
    Wiem jedno The Division pomimo swojej powtarzalności jest miodne i daje wiadra satysfakcji, a to dopiero początek, przed nami jeszcze 5 dodatków.

    • Konrad Krawczuk

      Jako wierny fan borderlandsów powiadam- Borderlandsy nie mają nic wspólnego z destiny. Zupełnie nic. Destiny nie jest nawet w 10% tak dobre jeak borderlandsy.

    • Pierwszy raz od dawna rozważam zakup season passa, ale rozsądek powtarza – ogarnij się ;)

    • Krzysztof Szemborski

      Bez season passa dalsza gra mija się z celem, po prostu nie będzie conentu na end game. Jako by kupno tego season pasasa jest wymuszone na graczu. Zastanawiam się tylko czy co roku będą wypuszczać SP.

  • Damian Kobza

    „(awansowane oświetlenie i cieniowanie obiektów” no jak dali awans oświetleniu to wiadomo ze wyglada to dobrze. ;)
    A co do samej gry, bardzo sceptycznie podszedłem po watch dogsach, ale nie zawiodlem sie. ponad 50h przegrane i mimo ze na bugi sie trafia, sama rozgrywka jest przyjemna :)