11

Star Wars: The Last Jedi nie trafi do wszystkich kin? Disney stał się zbyt pazerny

Często słyszę słowa krytyki pod adresem kin: bo drogo, bo popcorn, bo reklamy, bo stare fotele, bo kiepski dźwięk. Sam też czasem narzekam. I zawsze lub prawie zawsze te uwagi kierowane są do właścicieli miejsc, w których oglądamy filmy. Tymczasem sprawa jest bardziej złożona, a najlepiej widać to na przykładzie doniesień dotyczących korporacji Disney. Podobno dokręca ona śrubę przed premierą kolejnej części Gwiezdnych wojen - jeśli kina będą chciały puszczać ten film, muszą się przygotować na spore wydatki i warunki, które będą trudne do przełknięcia. Mniejsze firmy pewnie powiedzą "pas".

Star Wars: The Last Jedi do kin trafi już za kilka tygodni, najwięksi fani pewnie nerwowo przebierają nogami i analizują trailery, które do tej pory zaserwował nam Disney. Scenariusz można przewidzieć już dzisiaj czy też szykuje się sporo niespodzianek i zwrotów akcji, za sprawą których rzesze osób nie będą mogły doczekać się części zamykającej sagę? Gdy widzowie rozpatrują to pod takim kątem, właściciele kin zastanawiają się, czy… puszczać u siebie film. To może brzmieć szokująco: przecież na takie filmy czeka się przez cały sezon, to prawdziwa żyła złota! Stara prawda ludowa głosi jednak, że nie wszystko złoto, co się święci.

Zza Oceanu docierają ciekawe wieści na temat warunków stawianych przez korporację Disney. Okazuje się, że firma domaga się aż 65% przychodów ze sprzedaży biletów na najbliższą część Star Wars. To branżowy rekord. Ktoś stwierdzi, że udziały niższe o kilka punktów procentowych są standardem, ale owe kilka punktów robi różnicę: zarówno dla wytwórni, jak i dla kin. Na tym jednak sprawa się nie kończy, bo umowa z korporacją zakłada też, że film będzie grany codziennie w największej sali w kinie przez co najmniej miesiąc. I tu zaczynają się schody dla mniejszych graczy.

Sieciówka nie może sobie pozwolić na odpuszczenie tego tytułu i jest w stanie przystać (z bólem, ale jednak) na takie warunki – sal jest kilka czy kilkanaście, prócz Gwiezdnych wojen będą grane inne filmy. Ale co mają zrobić kina z jedną salą? Nawet w przypadku ekranów 2-3 sprawa nie wydaje się łatwa do zaakceptowania. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Disney ponoć wyciąga rękę do partnerów: jeżeli nie spełnią tych warunków będą po prostu musiały… zapłacić więcej, oddadzą aż 70% przychodów z biletów. Już teraz nie brakuje opinii, że to odstraszy mniejszych graczy, bo nie będą ryzykowały tak mocnego wiązania się na kilka tygodni z jednym filmem. Nawet, jeśli to Star Wars.

O tym wszystkim warto pamiętać, gdy narzekamy na kina. Puszczają reklamy przed filmami i zamieniają się w bary z przekąskami? Cóż, na czymś trzeba zarobić, skoro lwią część przychodów z biletów trzeba oddać wytwórni. W mniejszych kinach nie ma barów i reklam, ale fotele zużyte, a ekran i dźwięk pozostawiają sporo do życzenia? Odsyłam wyżej. Im bardziej wytwórnie będą wyciskać kina, tym częściej będziemy pewnie narzekać. Bo bloki reklamowe zaczną się wydłużać, a nas pewnie czekają dodatkowe opłaty. Za co? Przekonamy się – już teraz można płacić np. za lepsze siedzenie.

Czy na pazerność korporacji Disney i innych molochów jest jakiś sposób? Nie sądzę. Ktoś zaraz stwierdzi, że rozmontuje to Netflix czy szerzej streaming, ale na to bym nie liczył. Po pierwsze, to żaden ratunek dla kin, raczej pogłębianie ich problemu, a po drugie, ludzie nie zrezygnują z filmów typu Star wars w kinie – blockbustery pozostaną ich domeną. Wytwórni nie będzie przy tym obchodziła sytuacja finansowa kin, alarm w postaci spadającej liczby sal kinowych pewnie nie zadziała. Liczy się zysk tu i teraz. Pamiętajmy o tym, nim podziękujemy Disneyowi za świetny film i przeklniemy kino za podłe warunki oglądania…