62

Siostry Godlewskie już szturmują telewizję. Niestety, to także nasza wina

Od lat obserwujemy zmagania starych i nowych mediów: te pierwsze przekonują, że wciąż reprezentują jakość, że nie znajdzie się w nich masy śmieci właściwych dla Sieci. Z kolei przedstawiciele tej ostatniej zapewniają, że nowe czasy wymagają nowego podejścia do odbiorcy i linearne przekazywanie treści czy strumień informacji kierowany tylko w jednym kierunku, to droga donikąd. Kto jest lepszy? Gdy patrzę na zainteresowanie, jakie wzbudzają w obu przypadkach siostry Godlewskie, stwierdzam, że te kanały są warte tyle samo. Niewiele.

Siostry Godlewskie stały się hitem polskiego Internetu. Zaczęło się pod koniec ubiegłego roku, gdy jedna z nich umieściła w mediach społecznościowych film z próbką popisu wokalnego. Udostępniło to grono moich znajomych na Facebooku. Wszyscy oczywiście działali „dla beki”. Efekt był taki, że doczekaliśmy się virala, szybko okazało się też, że ten występ to dopiero zapowiedź szerszej ofensywy. Sieć cieszyła się już nie tylko z obecności jednej „domorosłej artystki” – wyśmiewała „siostry glonojady”, bo tak chyba najczęściej określano obie panie. Patrzyłem na to wszystko i pod nosem powtarzałem, że za miesiąc zobaczymy je w telewizji, a za kwartał będą miały swój program. Myliłem się.

Myliłem się, ponieważ nie musieliśmy czekać tak długo – wczoraj dowiedziałem się, że panie zawitały do programu Pytanie na śniadanie. Pojawiły się oczywiście głosy oburzenia, bo nie dość, że promuje się beztalencia, osoby z ewidentnym parciem na szkło (i tylko tym), to jeszcze robi to telewizja publiczna, która ma podobno realizować jakąś misję. Ale TVP i tak była krok za konkurencją – siostry Godlewskie ponoć wcześniej odwiedziły Dzień Dobry TVN. Spełniła się pierwsza część złej wróżby, podejrzewam, że i realizacji drugiej możemy się doczekać. Panie z Internetu (przyznam, że nie mogę się ich doliczyć – ponoć sióstr jest więcej niż dwie) nie muszą od razu dostawać programu w TVN czy TVP, ale nie zdziwię się, jeśli angaż zaproponuje im mniejsza stacja. Plan zostanie zrealizowany: rozpoczną celebryckie życie.

Niektórzy spytają pewnie, po co o tym piszę, może nawet zarzucą, że i ja pompuję ten temat. Podkreślę zatem, że siostry Godlewskie są tu przykładem, przed nimi były podobne przypadki, za chwilę pojawią się kolejne. Ludzie słusznie są oburzeni, bo promuje się bylejakość. I pojawia się pytanie: do kogo należy mieć pretensje? W pierwszej kolejności ludzie mogą wskazywać na Internet, bo to faktycznie „kocioł”, w którym znajdziemy wszystko, także treści bardzo niskich lotów. A za sprawą social media to się rozprzestrzenia. Błyskawicznie. Ilekroć Grzegorz pisz o nowych „gwiazdach” (czyt. idiotach), których dało nam to medium, zastanawiam się, czy świat byłby lepszy bez globalnej pajęczyny.

Za chwilę przychodzi jednak inna myśl: a może gorsza jest telewizja, szerzej stare media? Bo ona niby nabija się z Internetu, przekonuje nierzadko, że to coś złego i niepoważnego, ale potem promuje bohaterów w stylu siostry Godlewskie. Przodują w tym zwłaszcza telewizje śniadaniowe, które mogłyby pokazywać wartościowych twórców z cyfrowego świata, ale wolą półgłówków i beztalencia. I niby się z tego nabijają, ale jednocześnie walczą o to, u kogo taka postać pojawi się najpierw. Takie zachowanie uznaję za naprawdę słabe – to gorsze od „internetowego kotła”. Sieć może i promuje głupotę, lecz tego raczej nie da się powstrzymać: tu każdy może wrzucać treści, na tym polega urok i zadanie tego medium. Z telewizją jest inaczej, tam trzeba być zaproszonym. W tym świecie powinny funkcjonować odpowiednie filtry. A jeśli przepuszczają one siostry Godlewskie, żywą Barbie, Popka i przeróżnych blogerów czy jutuberów, to coś jest nie tak.

W tej smutnej spirali ważną rolę odgrywają też… zwykli ludzie. My. Siostry Godlewskie czy podobne im „ciekawostki” nie trafiłyby do programu telewizyjnego, gdyby nie te miliony odsłon. I jeśli ktoś przekonuje, że udostępniał wspomniane treści „dla beki”, musi mieć świadomość, że to nie ma znaczenia: liczy się efekt. Licznikowi na Facebooku czy YouTube nie robi różnicy, czy ktoś ogląda to na poważnie, dla żartu, przez przypadek – dodaje odsłony i pokazuje światu, że ów film cieszył się dużą popularnością. Chcesz sprzedać znajomym kolejnego cudaka z internetów? Śmiało! Tylko potem nie dziw się, że piszą o nim portale, że pojawia się w telewizji, że trafia na okładkę gazety, a w końcu wydaje książkę. Przyłożyłeś do tego rękę. Dosłownie i w przenośni…

A zatem: chcesz lepszego Internetu, lepszej telewizji? Zastanów się, w co klikasz, co udostępniasz i jaki będzie efekt nabijania się z „dziwaków”.