telewizor
64

Przeklinam sposób, w jaki serwowane są dzisiaj seriale

Chleba i igrzysk albo... seriali i czasu. Ta druga wersja jest chyba bliższa naszej rzeczywistości - chleb traci na popularności, przybywa zaciekłych przeciwników glutenu (i dobrze - będzie więcej dla innych!), igrzyska mamy na co dzień w każdej sferze życia, więc stare hasło trzeba odświeżyć. Padło akurat na seriale, bo to one stanowią ostatnio siłę napędzającą przemysł filmowo-telewizyjny. Jestem pod dużym wrażeniem ich jakości, ale jednocześnie przeklinam model ich serwowania: cała seria udostępniana od razu to przekleństwo...

Seriale od kilku lat naprawdę „robią robotę”. Tę formę rozrywki znamy od dekad, ale w ostatnich kilkunastu latach produkcje tego typu zyskały na sile i znaczeniu. Pojawiły się wielkie budżety, gwiazdy, świetni scenarzyści, producenci i reżyserzy. Jasne, wcześniej nie brakowało dobrych produkcji w odcinkach, ale ostatnio cierpimy na klęskę urodzaju. Co kilka dni słyszę/czytam o świetnym serialu, który trzeba zobaczyć. Za każdym razem myślę, że to pewnie przesada, ale czasem się skuszę i zazwyczaj potwierdzam: to było dobre. Albo: to było bardzo dobre! Zastanawiam się przy tym, ile trwa doba znajomych, którzy seriale oglądają nałogowo – ja mówię o jednym tytule, oni o piętnastu…

Co wybrać?

Pierwszy problem z serialami polega na tym, że… nie wiem, na który się zdecydować. Czasem godzinę przeglądam spisy i rankingi wszelkiego typu, by stwierdzić, że jestem w kropce. Dobór gatunku sprawia już problem. Tego jest po prostu za dużo: tytułów setki, przy mocnym ograniczeniu dziesiątki, a czasu niewiele. Pojawia się pytanie natury egzystencjalnej: jak żyć? Sprawa jest bardziej złożona, niż w przypadku filmu – ten zazwyczaj trwa 1,5-2 h. Tymczasem serial to kilka lub kilkanaście godzin. Poświęcając taki czas, muszę mieć pewność, że warto to zrobić. Ktoś powie: jeśli się nie podoba, odpuść po pierwszym odcinku. Ale co będzie, gdy pierwszy odcinek okaże się słaby lub zagmatwany, a reszta będzie złotem?

A może jeszcze jeden?

Największą bolączką nie jest fakt, że tytułów przybywa i są dobre – najbardziej boli mnie to, że seriale… są nierzadko udostępniane całymi sezonami. Jaki z tym kłopot? Przecież powinienem się cieszyć! Ano taki, że kilka godzin człowiek może spożytkować na jakąś produkcję w ciągu, zaserwuje sobie maraton. Zaczyna się od jednego odcinka, który miał być pierwszym i ostatnim tego dnia, nim człowiek się obejrzy jest przy trzecim, a po piątym składa propozycję drugiej połówce: jeszcze jeden? Tym razem ostatni.

Ale jak może być ostatni, gdy pojawia się tyle pytań i wątpliwości? Nie wiadomo, czy bohater zginął, kto zabił, kto jest tym złym, co stanie się z głównym bohaterem w kluczowym momencie, do czego prowadzi ważny wątek. Po każdym odcinku pytania na miarę tego kultowego: kto zabił Laurę Palmer? I jak w takiej sytuacji powiedzieć „stop”? Tymczasem zegar pokazuje trzecią w nocy, a rano trzeba wstać do pracy…

Kiedyś problemem było to, że mogło się przeoczyć jakiś odcinek, pozostawało wówczas czekać na powtórkę. Dzisiaj sprawę komplikuje dostępność seriali. Człowiek wie, że to nie zniknie z serwisu, że Netflix czy inna platforma jutro też będzie udostępniać ten tytuł, ale produkt jest tak dobry (i do wzięcia natychmiast), że trudno się od niego oderwać. Tak to konstruują…

Seriale po wsze czasy?

Jestem ciekaw, ile czasu musiałbym poświęcić, by nadrobić najgłośniejsze seriale? Nie wspominam już o jakichś niszowych produkcjach (które mogą oczywiście unosić brwi), chodzi mi o hity typu Gra o tron czy Breaking Bad, których nie widziałem. Pewnie okazałoby się, że potrzebuję już miesięcy nieustannego oglądania, by to wchłonąć. Tymczasem jest jeszcze klasyka, pojawiają się owe tytuły, polecane są mniej znane produkcje. A to przecież tylko jedna z możliwych form rozrywki. Trzeba np. ratować poziom czytelnictwa, który woła o pomstę do nieba. Chociaż zaznaczę, że książka z automatu nie jest lepsza od filmu, seriale też nie muszą jej ustępować – na każdym polu znajdziemy propozycje lepsze i gorsze.

Intryguje mnie, czy ta moda na seriale dobiegnie końca czy też jesteśmy dopiero na początku drogi. Jeżeli właściwa jest ta druga odpowiedź, to czas poznać jakieś techniki hackowania życia/czasu. Zwłaszcza, że do niektórych tytułów wciąż wracam…