18

W oku łza wspomnień. Spędziłem cały wieczór na czytaniu archiwalnych numerów Secret Service na Internet Archive

Wczoraj Tomek pisał w prasówce o tysiącach czasopism komputerowych dostępnych w wersji cyfrowej na Internet Archive. Pomyślałem więc, że wejdę - zobaczę co ciekawe uda mi się tam znaleźć. I znalazłem. Secret Servie, a potem była już noc, a ja przecierałem zmęczone oczy.

Na archive.org znajdziecie kilkadziesiąt numerów kultowego polskiego czasopisma Secret Service. Tego samego, którego numery stoją u mnie na półce i biada temu, kto w ogóle pomyśli o potraktowaniu ich jak makulatury. Najlepsze jest to, żę znajdziecie tam również pierwsze wydania pisma, jeszcze te z 1993 roku. Dokładnie te, które swego czasu chciałem nabyć z oficjalnego, papierowego archiwum Secret Service – niestety nie były już dostępne. W sumie zawsze żałowałem, że nie zdecydowałem się na kupowanie dwóch periodyków jednocześnie – za czasów początków Secret Service byłem oddanym fanem Top Secret i to właśnie to czasopismo lądowało na mojej półce. A sami wiecie jak wtedy było, namówienie rodziców do sponsorowania dwóch pism o tej samej, odciągającej od nauki tematyce, nie należało do najłatwiejszych.

Na co więc poświęciłem cały wczorajszy wieczór? Na przypomnienie sobie ulubionych tekstów z posiadanych numerów i na przeczytanie tych wydań, których nie dane mi było trzymać w rękach.

Sentyment do starych czasopism

Ręka do góry kto jeszcze kupuje papierowe czasopisma związane z grami czy nowymi technologiami. Niedawno pisaliśmy o zamknięciu Chipa – zarówno tego internetowego, jak i papierowego. Nie żebym kiedykolwiek kupował ich regularnie, ale wciąż mam kilka egzemplarzy czasopisma. Podobno Chip nie poradził sobie ani w sieci, ani na papierze – w przypadku internetu faktycznie ciężko się przebić, myślałem jednak że marka jest wystarczająco rozpoznawalna. Zamknięcie papierowego wydania jednak rozumiem i sam jestem powodem takiego stanu rzeczy. Nie bywam w kioskach, stoiska z gazetami w supermarketach omijam – na dobrą sprawę na papierowe czasopisma patrzę tylko na lotniskach. A potem przypominam sobie, że przecież mam w plecaku czytnik z książkami, przenośną konsolę i pobrane filmy czy seriale z Netfliksa. „Ale przecież to zupełnie inny rodzaj treści” – racja, tyle tylko że wszystkie newsy znam już dawno z sieci, publicystykę na aktualne technologiczne tematy też mam zaliczoną. Ostatecznie rezygnuję choć czasem zdarza mi się jeszcze kupić papierowe PSX Extreme. Po gazety technologiczne nie sięgnąłem już jednak od lat.

Co nie znaczy, że nie mam do nich sentymentu. Tu jednak prym wiedzie Top Secret i Secret Service, dlatego długo biłem się z myślami czy nie wesprzeć społecznościowej zbiórki na reaktywację tego drugiego. Ostatecznie odpuściłem trzymając się sztywnych zasad niedokładania do tego typu przedsięwzięć gdzie kupuje się kota w worku. Ostatecznie wyszedłem na tym dobrze, SS się nie reaktywował, a fani marki poczuli się oszukani otrzymując czasopismo Pixel. Wspomniane, leciwe już Secret Service wciąż leżą jednak na półce w mieszkaniu mojego dzieciństwa i jakkolwiek jest to bezsensowne, lubię do nich wracać przy każdej wizycie w domu rodzinnym. Jest tam masa wspomnień z konkretnych okresów mojego życia, cały czas pamiętam momenty, w którym czytałem konkretne artykuły pierwszy raz, gdy pierwszy raz widziałem screeny konkretnych gier.

Dlaczego?” – zapytacie. Młodsi gracze tego nie zrozumieją, ale rzeczywistość w latach 90. ubiegłego wieku była inna. Nie mieliśmy YouTube, nie mieliśmy treści w sieci. Jedynym kontaktem z grami (poza samymi grami oczywiście) były papierowe czasopisma i programy w telewizji – Joystick, Escape, odpustowy Multimedialny Odlot czy później telewizja Hyper. Może i dominowało wtedy w Polsce piractwo, ale nikt nie miał wszystkich gier, tym bardziej przed premierą. Nie było innego źródła zapowiedzi, a i na podstawie zamieszczonych w Secret Service recenzji wydawałem uzbierane z kieszonkowego pieniądze na tę jedną konkretną grę. Redaktorzy Secret Service urastali do rangi ikon – niekoniecznie przez styl pisania. Mogli pograć, dotknąć tego co dla zwykłego śmiertelnika było nieosiągalne. Ale to właśnie czasopisma były łącznikiem, który pozwalał nam choć musnąć tych wszystkich gier, do których nie mieliśmy jeszcze dostępu lub przez ograniczone fundusze nie było na taki dostęp szans. Relacje z branżowych imprez pokazywały, że poza Polską są inne kraje, fantastyczne targi czy konferencje.

A dziś?

Dziś wystarczy obejrzeć stream z E3 czy Gamescomu, włączyć YouTube i przejść grę razem ze swoim ulubionym twórcą sieciowego wideo. Dostęp do informacji związanych z grami jest wręcz nieograniczony. Wystarczy kilka minut, by nawet polskie serwisy puściły dalej informację o wycieku screenów czy materiałów z rozgrywki. Zapowiedzi? Mało kto pisze już długie felietony o jakimś tytule, wszystko jest podane na tacy przez samych twórców, którzy prześcigają się w zwiastunach, screenach czy bogatych w treść stronach www gdzie znajdziemy informacje o ich nowym tytule. Co więcej, operując tymi narzędziami potrafią sprawnie wzbudzać zainteresowanie graczy, często tak mocno, że sypią się zamówienia przedpremierowe albo wspierane są zbiórki społecznościowe.

Wciąż mają znaczenie opinie redaktorów jeżdżących na branżowe imprezy gdzie mogą zagrać w coś przed premierą, mam jednak wrażenie, że często czytelnicy czy widzowie wiedzą lepiej – bo widzieli zwiastuny i czytali coś na zagranicznym forum czy zagranicznym serwisie. No, ale to już taka specyficzna cecha internetowych komentarzy, gdzie każdy wie wszystko najlepiej.

Gdzie ci dziennikarze?

Dziennikarz growy – pojęcie, które dziś już praktycznie nie funkcjonuje. Serwisy poświęcone grom skupiają się przede wszystkim na serwowaniu newsów, najczęściej przepisanych z RSS-ów zagranicznych portali. Choć polski rynek gier cały czas się rozwija, źródłami są zagraniczne portale, my tylko tłumaczymy zagraniczne informacje. Ba, zdarza się że nawet informacja o polskiej grze pochodzi z anglojęzycznego serwisu – bo taki na przykład producent Wiedźmina 3 postanowił dać jakiś materiał na wyłączność serwisowi Kotaku czy IGN. Bardzo lubię czytać długie, wyczerpujące materiały tworzone od A do Z przez polskich redaktorów, ale potem widzę, że w sieci chętniej linkuje się materiał o polskich studiach stworzony przez amerykański Polygon.

Są oczywiście serwisy growe, które starają się umieszczać na swoich łamach jak najwięcej publicystyki. Oczywiście jeden zwiastun czy news przetłumaczony z zagranicznej strony potrafi kliknąć się kilka razy lepiej w dwa razy krótszym czasie, a i dzisiejsi gracze wybierają inne, krótsze formy materiałów poświęconych grom. Ci bardziej hardkorowi zatapiają się w lekturze zagranicznych serwisów (które przecież są lepsze, bo po angielsku), innym wystarczy growa rozrywka serwowana przez najpopularniejszych polskich youtuberów growych. A potem patrzę w ich materiały gdzie grają w Resident Evil 7 i przecieram oczy ze zdumienia:

Resident Evil 7 – JA WAS NOŻEM ZAPI3RDOLE!!!!!!!!! – 295 tysięcy odsłon w 3 dni
Resident Evil 7 – Wszawica łonowa matki… – 248 tysięcy wyświetleń w 2 dni
Resident Evil 7 – Wiadro PiZdY oO – 174 tysiące wyświetleń w 1 dzień

Boję się w te filmy klikać, wystarczą mi tytuły. Zaglądam więc w archiwalne numery Secret Service i czytam recenzję jakiejś gry żeby się trochę uspokoić. Wracają wspomnienia, ja znów jestem nastolatkiem i zatapiam się w ten magiczny świat niedostępnych dla mnie gier. Współczuję dzisiejszej młodzieży interesującej się grami. Współczuję im części treści, które pojawiają się na polskim growym YouTube, widzę bowiem, że mój młodzieńczy świat poznawania nieznanych produkcji był lepszy. Ale potem przypominam sobie, że przecież są na tym całym YouTube są twórcy tacy, jak Tomek Drabik, znany szerzej jako Quaz. I choć wiem, że mój interesujący się już grami syn nigdy nie pozna tamtych czasów, gdzie każdy powrót do domu z nowym Secret Service był chwilą magiczną, to trzymam kciuki, by nigdy nie zabłądził w internecie. I żeby wolał oglądać materiały Quaza niż to, co cieszy się w polskiej growej sieci największą popularnością.