49

„Tutaj jesteś albo frajerem, albo zaradnym i cwanym biznesmenem” – wstrząsająca historia o oszustwach podatkowych rozgrzewa internet

Historia 29-latka pracującego w C.H. PTAK w Rzgowie pod Łodzią poruszyła internautów. I trudno się dziwić bo autor bloga oszuscipodatkowi.com nie przebierał w słowach, opisując praktyki polegające na unikaniu płacenia podatków oraz nieuczciwej konkurencji, jakie są stosowane w tym miejscu.

Wpis, który pojawił się na blogu oszuscipodatkowi.com był niezwykle emocjonalny i dosadny. Autor opisał w nim popłoch, jaki w Rzgowie wywołała kontrola skarbowa. W dość szczegółowy sposób dowiadujemy się o tym, jak zareagowali poszczególni przedsiębiorcy sprzedający tam swoje towary. Na wstępie trzeba jednak podkreślić, że słowa autora bloga trudno zweryfikować. Nie znajdziemy tutaj żadnych dowodów, które by legitymizowały w jakiś sposób jego wersje. A biorąc pod uwagę to oraz wspomniany emocjonalny charakter tekstu, warto patrzeć na całość z pewnym dystansem. Szczególnie, że sam blog jak i cytowany niżej wpis (który opublikowano 12 lutego br.) zdołały już zniknąć z sieci. Ślad po nich pozostał jedynie w web.archive.

Autor na wstępie podkreśla, że kibicuje przedsiębiorcom, którzy w uczciwy sposób podchodzą do swojej roli, a następnie snuje rozważania o tym, jak firmy niepłacące podatków oraz składek niszczą rynek, eliminując z niego legalna konkurencję. Sam od kilku lat pracuje w Rzgowie i był już świadkiem zamknięcia interesu i ukarania przez Urząd Skarbowy swojego pracodawcy. Po przenosinach do innej firmy, jak twierdzi, był jednak świadkiem kolejnej kontroli:

Standardowo w radiowęźle C.H. Ptak puszczono muzykę i komunikat, który kiedyś był „szyfrem” o treści: „WYCIECZKA Z WARSZAWY ODWIEDZIŁA CENTRUM HANDLOWE PTAK”, a obecnie jest po prostu jawnym ostrzeżeniem: „PRZYPOMINAMY, ŻE NALEŻY POSIADAĆ PRZY SOBIE ZAWSZE DOKUMENT POTWIERDZAJĄCY ZAKUP TOWARU”. To jest taki wiecie – umowny znak mówiący: „Uważajcie, chodzi skarbówka/celny”. Musielibyście to zobaczyć. Nagle na wszystkich boksach jak na rozkaz pokazały się schowane do szuflad kasy fiskalne, bloczki na faktury. Niektórzy dopiero teraz zorientowali się, że ten deficytowy towar się skończył i szybko pędzili do sklepu zakupić skoroszycik z kwitkami WZ, FV, itp.

Poproszony przez swojego szefa, miał obserwować to, co działo się na innych stoiskach. Jak tłumaczy, na kolejnych stoiskach widział nerwowe przygotowania do kontroli i szeroko pojęty popłoch. Okazało się bowiem, że policja skarbowa spisywała wszystkich klientów wychodzących z hali, sprawdzając czy posiadają odpowiednie faktury:

Wszyscy w popłochu porządkowali stoiska, zaczęło się chowanie towaru za kotary, wynoszenie do busów na parkingu, przeglądanie dokumentów które od lat leżały na półkach i rozpaczliwe niszczenie tzw. notesików. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że jakiś czas temu każdy boks miał swoje ‚notesiki’ z logo, adresem, numerem boksu. Używaliśmy ich (jako sprzedawcy) do podliczania towaru dla klienta, a ten zabierał taką karteczkę, żeby wiedział ile za co i gdzie zapłacił. Można powiedzieć, że to taki odpowiednik faktury ? tylko bezpodatkowej. Inba się zrobiła kilka miesięcy temu, gdy podczas kontroli jednego z klientów, ten nie posiadając faktur na towar powieszony w sklepie pokazał skarbówce plik notesików. Niedługo trzeba było czekać, skarbówka wjechała do tych firm i zrobiła domiar. Od tamtego czasu notesiki są ‚bezimienne’, nie mają adresu, logo czy telefonu.

Po powrocie natomiast sam miał wystawiać faktury klientom kupującym towary na stoisku, na którym pracował:

Odnalazłem bloczek z fakturami (tak wypisujemy ręcznie!) i zacząłem od pierwszego klienta z kolejki. O dziwo nie dyskutował ze mną, widocznie wiedział co dzieje się na targowisku i pokornie czekał na dokument. Naturalnie doliczyłem mu VAT, bo VAT moi drodzy NIE JEST DOLICZONY DO PRODUKTÓW NA STOISKU. Klienci Ptaka są uprzywilejowani i jak nigdzie w całej Polsce mają ceny netto na wszystko. Na Ptaku NIE MA OBOWIĄZKU płacenia podatku VAT. VAT płacą tylko te osoby, które biorą fakturę VAT. Logiczne, nie? Pisałem już o tym, że w razie wpadki i zaliczenia kontroli skarbowej – niewystawienie dokumentu VAT czy paragonu skutkuje mandatem 5 tys. PLN. Taka kwota zwraca się w mniej więcej 10-20 minut.

Urząd Kontroli Skarbowej, według doniesień autora, od dwóch tygodni (i w dalszym ciągu) kontroluje handel w placówce, co wywołało kolejne problemy w firmie, w której pracował:

KAS spędził na naszym targowisku nie jeden dzień, nie dwa, a dwa tygodnie! Byli codziennie i stoją do dzisiaj. Otworzyli nawet swoją placówkę. Sprawdzali każdą wyjeżdżającą osobę! Przyjebali kilka mandatów dla pokazówy i podziałało. Trafili nawet kilka stoisk, które (SIC!) nie miały zarejestrowanej działalności, albo działalność miały zawieszoną! Szef nakazał, że NIKT nie opuszcza stoiska bez faktury VAT! Problem zaczął się robić gdzieś indziej. Nagle księgowa mojego ukochanego pracodawcy wykonała telefon i oznajmiła, że przez ostatnie dwa tygodnie zrobiliśmy obrót na fakturach większy niż przez cały ROK.

Ale i mimo to proceder miał trwać dalej:

Faktury wystawialiśmy na najniższe kwoty jakie się dało. Pakowałem swetry po 70 zł, a na fakturze wpisywałem po 7, spodnie po 89 zł, a na dokumencie 9 zł, kurtki po 190 zł szły po 39 zł. Tak drodzy moi! I co urzędnik w takiej sytuacji może zrobić? Faktura przecież jest!

Co ciekawsze:

Wystawiamy teraz fakturę VAT dla klienta i od razu pytamy czy będzie ją księgował. Klienci wiedzą o co chodzi i nawet nie dopytując o szczegóły przymykają oko i mówią: „Nieee no, na bramkę pan daj coś”. I tak – wpisujemy numer z puli A, jak klient chcę dokument na wyjazd, a jak mówi, że będzie księgował to dopłaca VAT i dostaje fakturkę z numerem z puli B. Naturalnie na koniec dnia wszystkie faktury z puli A drzemy, spalamy, zjadamy, wciskamy sobie w dupę.

Czemu autor to wszystko ujawnia? Jak chwilę później tłumaczy, sam swego czasu prowadził sklep i musiał dostosować się do „panujących zasad”, aby jego interes przetrwał. Prowadził sprzedaż na Allegro, ale Urząd Kontroli Skarbowej dowiedział się o wszystkim i ukarał go kwotą 250 tys. złotych. Teraz pracuje w Rzgowie i obserwuje jak opisywany proceder trwa w najlepsze. Swoim wpisem chce dotrzeć do premiera Morawieckiego, a przynajmniej zwrócić uwagę organów ścigania na obecne tutaj nieprawidłowości. We wpisie pokazuje też, jak nieuczciwość szerzy się w serwisach społecznościowych – m.in. na Facebooku, gdzie nieopodatkowany handel oraz sprzedaż podróbek zdają się nie mieć końca.

Czy to wszystko prawda? Nie wiemy. Pewne jest natomiast, że historia mocno porusza i działa na wyobraźnię. Szczególnie, że autor podkreśla, że to zaledwie „czubek góry lodowej”, a nieprawidłowości oraz niezgodnych z prawem praktyk jest więcej.

Pod wpisem pojawiły się setki komentarzy. Autorzy wielu z nich przemawiają do rozsądku autora, wzywając do usunięcia wpisu. Inni mu kibicują. Widać, że sprawa mocno rozgrzewa polski internet i z pewnością szybko nie ucichnie. Ostatnie afery (jak np. ta z Willą Karpatia)pokazują, że internauci potrafią osiągać swoje cele i szybko doprowadzać sprawy do końca. Podstawowe pytanie w tym przypadku brzmi – na ile wiarygodne i prawdziwe są opowieści autora i jak odniosą się do nich sami zainteresowani. Aktualnie wiemy tylko tyle, że wpis został usunięty, a wszystkie zainteresowane strony milczą.