1

Recenzja RIGS Mechanized Combat League na PSVR. Mój błędnik dostał niezły wycisk, ale bawiłem się świetnie

RIGS ogrywałem jeszcze za czasów Project Morpheus i gra zrobiła na mnie świetne wrażenie. Ale to też był mój pierwszy kontakt z goglami Sony, sam nie do końca wiem co było powodem tak dużych emocji po ich ściągnięciu. Miałem jednak okazję porozmawiać z producentami i zrozumiałem, że zostali oddelegowani do stworzenia produkcji na PSVR, a RIGS nie będzie pobocznym projektem robionym na kolanie. Trochę współczuję, tworzenie jednej z pierwszych dużych gier na nowy sprzęt to zawsze wyzwanie, ale Guerilla Games udało się z niego odpowiednio wywiązać.

RIGS Mechanized Combat League opowiada o sporcie przyszłości. Dość specyficznym sporcie przyszłości, w którym nie biorą udziału wytrenowani atleci, ale piloci w swoich błyszczących kolorowych robotach. Nie są to walki znane z filmu Real Steel czy gry One Must Fall: 2097, ale coś na kształt zmagań drużynowych na arenie, która łączy elementy strzelnicy i boiska. Tu jednak wszystko zależy od konkurencji.

Steruj mechem

Cała frajda polega tak naprawdę na tym, że zakładając na głowę gogle, wcielamy się w pilota sterującego wielkim robotem. Widzimy kokpit będący punktem odniesienia dla naszego błędnika, ramiona (i nogi jeśli spojrzycie w dół) maszyny kroczącej, do której przymocowano broń. Tak przyodziani wyjeżdżamy windą na arenę.

Sterowanie odbywa się za pomocą pada i głowy – choć tak naprawdę systemy są dwa. Sam zdecydowałem się na celowanie hełmem, ale jeśli takie rozwiązanie Wam nie pasuje, możecie śmiało przerzucić się na jedną z gałek DualShocka 4, głowie zostawić natomiast jedynie rozglądanie się.

Mech nie ma miliona przełączników i opcji, bardzo szybko załapiecie więc o co chodzi. Skok, uniki, trzy tryby pracy (większa prędkość, naprawa, mocniejszy arsenał plus zmieszanie ich wszystkich w czasowym trybie po naładowaniu specjalnego paska). Do tego sterowanie, strzały z dwóch broni – i to w zasadzie tyle. Samouczek wszystko ładnie pokazuje, testując przy okazji przekazaną na prezentacjach wiedzę. W piekle będzie natomiast smażył się ten, kto wydłużył go aż do 30 minut. Rozumiecie? Pół godziny nudnego samouczka, którego nie da się ominąć.

Guerilla Games trochę przyczarowała w temacie ilości dostępnych w grze mechów i choć na pierwszy rzut oka wydaje się, ze jest ich wiele, to tak naprawdę serwuje jedynie cztery modele, które dodatkowo różnią się…kolorem. No dobrze, kolorem symbolizującym zamontowane perki. Faktycznie zmienia to sposób gry, jednak liczyłem na trochę więcej urozmaiconego żelastwa. Mamy więc małego, zwinnego Huntera, posiadającego podwójny skok Tempesta, chodzący czołg Sentinel i zbalansowanego Mirage. Wspomniane perki to na przykład zostawianie bomb po katapultowaniu się ze zniszczonego robota, czy odzyskiwanie „zdrowia” po zniszczeniu przeciwnika. Na starcie dostajemy jednego robota, kolejne możemy zakupić zbierając wewnętrzną walutę w grze.

Dziwnie, choć oryginalnie rozwiązano temat rozwoju postaci. Ze specjalnego menu wybieramy opcję sponsoringu i za wykonywanie przydzielonych przez sponsorów zadań odblokowujemy nagrody dla…pilota. Tak, nie ma nagród dla mecha, możemy więc tak naprawdę ulepszyć jedynie wizualny aspekt naszego kombinezonu. Niestety nie wiadomo co dostaniemy, przekonujemy się o tym dopiero po zaliczeniu zadania. Trochę słabo.

Grę podzielono na offline i online, czyli tak naprawdę singleplayer i multiplayer. Nie ma tu klasycznej kampanii z opowieścią, jest natomiast pięcie się z wirtualną drużyną po szczebelkach sportowej kariery. Kompani bywają lepsi od nas, ale kiedy odstają już umiejętnościami, warto wymienić ich na pilotów z lepszymi statystykami. Zabawa jest fajna i to naprawdę niezły trening przed starciami sieciowymi.

Rozgrywka w RIGS rozwija jednak skrzydła w sieci, gdzie zabawa zmienia się diametralnie kiedy mamy kontakt głosowy z drużyną.

Tryby zabawy są trzy – mało, ale nie czułem potrzeby grania w inne. team Jest klasyczny drużynowy deathmatch, w którym siekamy każdego przeciwnika, który nawinie się pod lufę. Jest też coś w rodzaju amerykańskiego futbolu – tak, jest nawet wirtualna piłka. Ostatnim trybem jest Power Slam, w którym gracz z naładowanym „zabójstwami” paskiem musi wskoczyć do specjalnego pierścienia na środku areny – tak zdobywa się tu punkty.

Wizualnie to najładniejsza gra na PlayStation VR, przynajmniej jeśli chodzi o dopracowanie detali. Areny są przemyślane, choć trochę szkoda, że nie pokuszono się o lepsze tekstury i większą różnorodność. Dźwiękowo jest poprawnie, zmieniłbym jednak polskiego lektora. Jest trochę przekolorowany – no, ale może taki był zamysł, w końcu sam sport pokazany w RIGS jest odrobinę przekombinowany.

Złapałem kilka obrazków bezpośrednio z gry, ale wrzuca je jako ciekawostkę – trudno bowiem oddać to, co widzi się w goglach. Warto o tym pamiętać patrząc na ekran, podczas gdy ktoś ma na głowie PSVR, telewizor czy monitor nie oddają oprawy graficznej gry, a na pewno ich odbiór jest zupełnie inny.





Wrażenia z grania w RIGS

Domyślam się, że nie do końca wiecie co sądzę o grze i już dawno przewinęliście do oceny. Sporo tu uproszczeń, trochę wpadek i tak naprawdę RIGS jako gra w żadnym temacie nie zachwyca. Ale wrażenia z obcowania z tym tytułem w goglach są świetne. Rozgrywka jest dynamiczna, serce bije szybciej, czasem zakręci się w głowie (szczególnie jeśli zdecydujecie się oglądać katapultowanie z zawodnika z mecha i wybierzecie najzwrotniejszą maszynę). Mecze nie trwają dłużej niż 10 minut i mówiąc szczerze trudno porównać to z wrażeniami płynącymi z sieciówek ogrywanych na zwykłym ekranie. RIGS „ryje trochę banię” i po skończeniu meczu warto uspokoić oddech. Ja przynajmniej tak miałem – pełna wersja zrobiła na mnie większe wrażenie niż pokazowy kod z czasów Project Morpheus. I błędnik tez dostaje niezły wycisk – 40 minut do godziny to maksymalny czas jaki wytrzymywałem w grze. Nie mam problemów z równowagą, lęku wysokości czy kłopotów podczas jazdy samochodem, ale głowa po takim czasie mówiła dość wysyłając też odpowiedni sygnał do żołądka. Młodzież napisałaby „no…jest grubo”. I chyba właśnie dlatego po meczu lecimy samolotem oglądając modele innych pilotów oraz pasujące jak świnia do statku kosmiczne animacje figurki najlepszego gracza w drużynie. Wierzę jednak, że to przemyślane działanie twórców i ma jakiś sens – chociażby taki, byśmy między meczami chwilę odpoczęli.

Werdykt

RIGS Mechanized Combat League to bez wątpienia najbardziej dopracowana i dopieszczona produkcja na PlayStation VR. Nie jest to jednak „ta jedna gra, dla której warto mieć PlayStation VR”. Nie żeby któraś z premierowych była, ale jednak są gracze, którzy właśnie właśnie produkcję Guerilla Games uważali za najważniejszy dla PSVR tytuł startowy.

Doskonale rozumiem zamysł skupienia się na rozgrywkach sieciowych – wtedy nie trzeba opowiadać historii, a gra nie powinna teoretycznie znudzić się po kilku godzinach. I RIGS się nie nudzi, nawet jeśli zdecydujecie się grać „singla” z botami. Jest dynamiczny, emocjonujący i daje popalić błędnikowi, a tego oczekiwałem po sporcie z wielkimi mechami. Wygląda najlepiej spośród ogranych przeze mnie do tej pory produkcji na PlayStation VR i ma fajny, futurystyczny klimat – trochę czystszy, ale jednak podobny do One Must Fall: 2097.

RIGS ląduje w moim TOP 5 premierowych gier na PSVR i na pewno będę do tego tytułu wracał. Chociażby dla emocji towarzyszących pilotowaniu najszybszych robotów.

Ocena: 8/10

Nasza recenzja PlayStation VR.

  • OmNomNom

    Damn it… po tej recenzji już miałem się zbierać kupić, ale nie ma gdzie :(