25

Nigdy więcej słuchawek bez redukcji dźwięków otoczenia

Podobno do niektórych decyzji trzeba dojrzeć. Szczególnie tych, które niosą za sobą dodatkowe wydatki. Słuchawki noszę w uszach/na uszach od szkoły podstawowej, testowałem wiele modeli, ale dopiero teraz zrozumiałem, że używanie na zewnątrz słuchawek bez systemu redukcji dźwięków otoczenia nie ma sensu.

Przerobiłem kilogramy słuchawek. Droższych, tańszych – dousznych, dokanałowych, otwartych, zamkniętych, czarnych, biały, niebieskich, czerwonych. Oczywiście nigdy nie celowałem w naprawdę wysoką półkę, choć nigdy więcej nie kupię tanizny za kilkadziesiąt złotych. Od dwóch lat używam prywatnie modelu Sony MDR-1ABT i jestem z nich bardzo zadowolony. Leżą nieźle, może nie są najporęczniejsze, ale brzmią świetnie (przynajmniej w tej półce cenowej). Brakuje im jednak jednego istotnego systemu.

I nie, nie mówię o panelu sterowania w słuchawce – zmiana utworu czy podgłaszanie przesunięciem palca po obudowie to fajny bajer, ale 100 razy bardziej wolałbym system redukcji dźwięków otoczenia. A tchnęło mnie głównie dlatego, że sprawdzam właśnie w akcji model MDR-1000X, też od Sony. Tu jednak jeden z przycisków sprawia, że dzieje się magia i nagle jadące obok parku samochody nie psują przyjemności z obcowania z muzyką.

Nie jest oczywiście tak, że redukcję dźwięków otoczenia testuję pierwszy raz i zachłysnąłem się tym systemem. Jeśli czytacie Antyweba regularnie to wiecie, że przeszły mi przez ręce różne modele słuchawek firmy Bose. Tak, jestem fanem ich systemu redukcji, a wieszane na szyi QuietControl 30 są tym modelem, którego od dawna szukałem.

Sęk w tym, że nie jest wcale tak łatwo docenić tego typu system, szczególnie patrząc na ceny słuchawek go oferujących. Zaprezentowane na ubiegłorocznych targach IFA flagowe słuchawki Sony nie są wyjątkiem i też kosztują ponad 1,5 tysiąca złotych. Powiecie, że to sporo za system, który odcina od otoczenia. I ja się z Wami zgadzam, tylko ponoście taki sprzęt na głowie (lub w uszach) miesiąc, a później wróćcie do zwykłych słuchawek. Jasne, w domu nie robi to większej różnicy i przydadzą się w sumie tylko po to, żeby nie słyszeć próśb małżonki/małżonka lub sąsiada, który pokochał akurat swoją wiertarkę. Ale podróż komunikacją miejską albo kilka godzin w samolocie? Tu naprawdę wydatek zaczyna być usprawiedliwiony.

Jakość dźwięku czy redukcja?

Oczywiście jakość dźwięku, redukcja to tylko dodatek – miły, przyjemny, wygodny, ale dodatek. Nadmieniam, że nie jestem audiofilem, a całkiem niedawno całkowicie przekonałem się do słuchawek bezprzewodowych. Tyle tylko, że nikt nie każe mi wybierać między systemem redukcji dźwięków otoczenia, a jakością dźwięku. Przynajmniej we wspomnianych Sony MDR-1000X czy którymkolwiek modelu Bose. Kapitalne QC35 mają w sumie jeden mankament (ten sam co w Sony) – cenę. Porozmawiajcie jednak z kimkolwiek kto zdecydował się na taki wydatek – nie znam osoby, niezadowolonej z tego wyboru.

Co można zmienić w świecie słuchawek?

Apple pokazało jakiś czas temu, że projekt i wygląd. Nowe Earpody wzbudzimy dużo kontrowersji, ale wreszcie zostały ciepło przyjęte i ludzie je chwalą. Powoli powinniśmy przyzwyczajać się do bezprzewodowego podłączenia takich urządzeń, ale tak naprawdę nie bardzo widzę w którą stronę miałby się ten segment rozwijać. Lżejsze, ładniejsze, z lepszymi procesorami dźwięku, jeszcze lepszą redukcją dźwięków otoczenia? Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Oczywiście nie ma słuchawek idealnych, ale jeśli kiedyś takie powstaną, opisywane przeze mnie bajer, na pewno będzie ich częścią.

photo: danilkorolev/Depositphotos