23

Recenzja The Last Guardian. Ta gra naprawdę wyszła, po tylu latach oczekiwań

The Last Guardian był tworzony przez 9 lat. Następca świetnego Ico i Shadow of the Colossus miał pojawić się na PlayStation 3, ale premiera była ciągle przekładana - ostatecznie do gry została przypięta etykietka „co jakiś czas zapowiadają, przypominają, ale to nigdy nie wyjdzie”. Jednak wyszło, na PlayStation 4.

Wkładając do napędu PlayStation 4 Pro płytę z The Last Guardian dziwnie się czułem. To gra legenda, ale nie w tym znaczeniu, którego się spodziewacie. Mówiło się o niej wiele, wiele obiecano, a jednak ciągle nie mogła dotrzeć na półki sklepowe. I chyba nikt nie wierzył do końca ostatecznej dacie premiery. „Nie uwierzę dopóki nie zobaczę na własne oczy”. Zobaczyłem, jest, kręci się w konsoli, mogę w nią zagrać. I nie miałem zbyt wielu oczekiwań. Chyba za dużo widziałem już w materiałach promocyjnych, jednocześnie obawiając się, że tak długi proces produkcji sprawi, iż twórcy nie zwrócą uwagi na wszystko, co wydarzyło się przez cały ten czas w świecie gier.

Kim jestem, dokąd zmierzam?

Początek jest tajemniczy, jak na japońskie gry przystało. Nasz nieletni bohater budzi się obok wielkiego stwora – połączenia ptaka ze ssakiem – sam nie wiem, lwem, psem, kotem? Stworzenie jest ogromne i w pierwszych chwilach nieufne. Ciało bohatera pokryte jest symbolami, a on sam niczego nie pamięta. Gdzieś w tle przewija się głos narratora, który czasem podpowiada, czasem opisuje sytuację widoczną na ekranie. Trico, bo tak nazywa się stwór na samym początku jest bardzo nieufny – ale prostymi czynnościami, które mogą kojarzyć się ze zdobywaniem zaufania zwierząt, nauczymy go, że jesteśmy przyjacielsko nastawieni. Po tym oczywiście jak uderzy nas dwa razy tak mocno, że stracimy przytomność.

The Last Guardian miał stawiać na relację głównego bohatera z tajemniczym stworem i z tego zadania wywiązuje się bardzo dobrze. Trico bywa niespokojny, ale odpowiednimi „pieszczotami” możemy sprawić, że opanuje emocje. Czasem pomaga nam z własnej nieprzymuszonej woli, by po jakimś czasie nauczyć się prostych komend, bez których dalsza przygoda byłaby bardzo trudna. Innym razem to my pomagamy jemu, chociażby zrzucając szklane witraże, których stwór się boi. Przygoda (która w moim przypadku trwała około 15 godzin), czy raczej podróż na pierwszy rzut oka nie ma większego sensu.

Trico

Jak już wspomniałem, nasz tajemniczy towarzysz ma na imię Trico. Jest wielki, silny, posiada również moce specjalne, które z czasem uczymy się wykorzystywać. Tak naprawdę całą grę uczymy się jednak wspomnianej więzi i zależności między bohaterem, a zwierzęciem. Bez niego jesteśmy bezbronni, ale jednocześnie to w pewnym sensie kula u nogi i zawsze musimy zwracać uwagę, by on również przedostał się do kolejnej lokacji. I tu zaczynają się schody.

Kup The Last Guardian w Avans.pl. Kliknij!

W The Last Guardian było wiele sytuacji, w których lizałem ściany szukając jakiegoś przejścia lub miejsca, w którym mógłbym się wspiąć. Najpierw bylem zachwycony, że gra jest trudno i stawia przede mną wyzwania – potem okazało się, że wystarczy skoczyć w odpowiednim miejscu na grzbiet towarzysza, by ten bez powodu poszybował w stronę kolejnej lokacji. Tak marnowałem czas, później więc najpierw próbowałem nakłonić go do poruszania się, a gdy to nie działało, szukałem innego rozwiązania. Denerwująca sprawa, szczególnie że mam w głowie ostatnie Tomb Raidery czy Uncharted, gdzie tego typu elementy zjadają na śniadanie te z Last Guardian.

Czasami miałem dość

Lubię gry, który trzymają mnie przy ekranie i nie chcą puścić, lubię zarywać przy nich nocki. Były dni, że The Last Guardian miałem dość po godzinie, innym razem po dwóch. Owszem, czasami wciągał na dłużej, ale potem potrafił wkurzyć jedną lokacją czy jedną zagadką (ostatecznie łatwą, ale niezbyt intuicyjną) i mówiąc szczerze żałowałem, że w tym czasie nie mogę rozegrać meczów kwalifikacyjnych do trzeciego sezonu Overwatch czy uśmiechającego się do mnie Final Fantasy XV. O kupionych niedawno Pokemonach już nie wspomnę – a to chyba nic dobrego.

Były momenty, kiedy uwielbiałem relacje z wielkim stworem, jego humory czy fochy na wydawane komendy. Innym razem to samo wkurzało mnie niemiłosiernie i rozkładałem ręce. Podobały mi się momenty, kiedy Trico rozprawiał się z przeciwnikami, czułem wtedy więź jaką na pewno docenią właściciele zwierzaków. Lubiłem patrzeć na jego majestatyczne skoki czy przelatywać między lokacjami bojąc się, że za chwilę spadnę z jego grzbietu. Ale to samo wspinanie się bywało irytujące, bo Trico na przykład postanowił się wtedy podrapać, a ja ginąłem gdzieś w gąszczu jego sierści i nie mogłem wejść na grzbiet czy głowę. Innym razem podsadzał mnie tak niecelnie, że lądowałem na ziemi i musiałem wspinać się ponownie. To bugi czy celowe działanie? A może sztuczne wydłużanie gry? Istnieje też inne wytłumaczenie – ja po prostu nie potrafię do końca docenić tych zależności i cieszyć się z tego, co oddali w moje ręce twórcy.

Najbardziej jednak irytowało mnie to, że przez całą grę nie wiedziałem kim jestem, dlaczego spotkałem Trico, czym są dziwne symbole, gdzie w ogóle idziemy, czego szukamy? Zakończenie wyjaśnia praktycznie wszystkie kwestie, symbole, zamyka w pewnym sensie opowieść i naprawdę warto je poznać – ale jestem prawie pewien, że część graczy go nie doczeka, nie znajdzie bowiem sensu w pokonywaniu kolejnych lokacji i kolejnych prostszych lub trudniejszych zagadek. Te potrafią być oczywiście pomysłowe, często trudne, ale nic tak naprawdę nie pcha do przodu i nie zachęca do dalszego grania.

Takich gier już nie ma i nigdy nie będzie

W grze sporo jest archaizmów właściwych dla leciwych już konsolowych produkcji. Tytuł nie prowadzi za rękę, każe kombinować, często niczego nie wyjaśnia – ma za nic rewolucję, której autorem w grach przygodowych było chociażby Uncharted 2. The Last Guardian tworzono tyle lat, że twórcy trochę pogubili się w temacie aktualnej generacji – tak jakby przespali wiele przełomowych dla świata gier pozycji. Momentami mocno czuć tu jeszcze PlayStation 2 – czyli czasy, zanim w ogóle przyszło nam do głowy, że twórcy mogą prowadzić gracza za rękę. Jednocześnie gra roztacza wokół siebie specyficzną atmosferę starszych produkcji, trochę jak seria Dark Souls, która również każe do pewnych rzeczy dochodzić samemu. Jeśli spojrzycie na to w trochę inny sposób, ma to swój urok i pozwala cofnąć się w czasie, przypomnieć sobie starsze produkcje, które tak mocno przykuwały do telewizorów i konsol. Pozostaje pytanie – czy te archaizmy to zaleta, czy wada? Jestem wręcz pewien rozstrzelonych ocen, dużo bowiem zależy od stosunku do gier, trochę od sentymentu do TLG, bo ten na pewno części recenzentów przysłoni problemy produkcji, których niestety trochę tu jest.

Co nie dograło?

The Last Guardian to gra przygodowa z elementami platformowymi. Niestety fragmenty platformowe to najgorszy element tej produkcji. Kolizja obiektów jest słaba, zdarzało mi się wpadać w ściany czy blokować na małych wzniesieniach. Czasami wydawało się, że gdzieś mogę się wspiąć, a to okazywało się jedynie jakimś małym bugiem gdzie mój bohater ślizgał się po ścianie. Wiele razy spadałem w przepaść, bo na pierwszy rzut oka to właśnie wybrana przeze mnie droga wydawała się odpowiednia, po czym okazywało się, że platformy do skoków do niczego nie służyły. Był moment, który świetnie pokazano pewną oskryptowaną animacją, ale zanim ją uruchomiłem spadłem w przepaść 5 razy. I to tylko dlatego, że skoczyłem te kilka centymetrów za wcześnie. Platformówkowy element TLG to PS2 – wczesne PS3, twórcy przespali ostatnie lata i niestety aż nazbyt to czuć.

Technicznie nie ma tu rewelacji. Owszem, gra jest na swój sposób piękna, a niektóre lokacje zapierają dech w piersiach. Część tekstur wygląda świetnie, a potem wszystko jest prześwietlone i nic nie widać. Trico potrafi wyglądać przepięknie, innym razem wydaje się niewyraźny, dziwnie rozmazany. Za to porusza się przepięknie, czego nie można powiedzieć i dziwnie dreptającym chłopczyku. Jednocześnie kamera potrafiła stawać się największym wrogiem i najtrudniejszą zagadką – czarny ekran, bo wleciała w ścianę? No sorry, trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Chcecie spojrzeć do góry, a jakimś dziwnym trafem gra Wam na to nie pozwala? No to może być problem kamery albo po prostu macie tam nie patrzeć, bo to nie droga do kolejnej miejscówki. Spadliście w przepaść, bo widok nie był dostosowany do skoków? No sorry, musicie z tym jakoś żyć. W 13 godzinie zabawy wciąż pojawia Wam się informacja o tym, że do skoku używacie tego, a nie innego przycisku? Doceńcie twórców, bo przecież mogliście o tym zapomnieć. A że nikt nie poinformował o możliwości wspinania się po pnączach – no przecież mogliście dojść do tego sami. Ja wiem, że od czasów pierwszego Dead Space i linii pokazującej gdzie mamy iść jestem trochę rozpieszczony, ale można było pewne elementy lepiej zaprojektować. Pracę natomiast powinien stracić ten, kto każe wciskać szybko klawisze na ekranach ładowania. To było tajemnicze i ciekawe przez pierwszą godzinę, potem zwyczajnie wkurza.

Grałem przede wszystkim na PlayStation 4 Pro. HDR na Samsungu KS7000 robił robotę – dla testów na chwilę go wyłączyłem, by od razu ponownie włączyć. Zaczynam się powoli od tej technologii uzależniać, choć oczywiście nie mając porównania pewnie bym na to nie zwracał większej uwagi. Gra na dobrym telewizorze wygląda po prostu lepiej. Czy działa dobrze? Materiały na YouTube każą sądzić, że gra śmiga w 60 klatkach. Aha, dobry żart. Tytuł potrafił na Pro konkretnie przyklatkować, innym razem działać bardzo płynnie. Nie wiem na ile można to naprawić aktualizacjami, ale po tylu latach w produkcji i mocniejszej niż bazowa konsoli spodziewałem się czegoś więcej. Szczególnie, że TLG nie jest najładniejszą grą tej generacji i takie chociażby Uncharted 4 zjada go wizualnie na śniadanie, przy okazji działając lepiej. Podobał mi się natomiast japoński głos lektora, fajnie że są polskie napisy – muzyka bywa też świetna, ale jest jej w grze moim zdaniem za mało.

Werdykt

Mieszane uczucia to chyba najlepsze określenie tego, co myślę o The Last Guardian. Z jednej strony skaczę do góry, że wreszcie mogłem wsunąć płytę do konsoli, z drugiej zgrzytam zębami patrząc na te wszystkie archaizmy i niedociągnięcia. Podoba mi się klimat i to, ja ostatecznie wyjaśniono tajemniczą historię, ale też męczyłem się nie wiedząc przez większość gry o co właściwie tu chodzi i po co to wszystko robię. Wreszcie zaprzyjaźniłem się z Trico i podoba mi się relacja między głównymi bohaterami (szczególnie, że takich rzeczy nie pokazuje się w grach), w drugiej wkurzał mnie ten stwór co jakiś czas tak bardzo, że miałem ochotę uciec gdzie pieprz rośnie i przejść wszystko samym chłopcem. A potem znów patrzyłem na swojego towarzysza, który majestatycznie wskakiwał na platformę – i to były momenty, których próżno szukać w innych grach.

Są czasem gry, przy recenzji których nie wiem jaką ocenę wystawić i żałuję, że na Antywebie nie zrezygnowaliśmy całkowicie ze skali. No bo jak ocenić emocje, które przekazuje gra? Czy to w ogóle możliwe? Czy zaprzyjaźnienie się z bohaterami zasługuje na 8 czy 10? Jednocześnie gdybym miał wystawić ocenę tylko mechanice, celowałbym w 5/10, kuleje tu bowiem zdecydowanie za dużo elementów i grze przydałby się jeszcze rok na doszlifowanie niektórych kwestii. Z jednej strony cieszę się, że mam już ten tytuł za sobą, bo momentami mnie wymęczył, ale też trochę tęsknię, bo polubiłem ten tajemniczy świat i polubiłem towarzystwo Trico. Dobrze, że TLG wreszcie ujrzał światło dzienne, bo podobnej opowieści, podobnej gry już nigdy nie zobaczymy – raczej nikt z dużych wydawców nie odważy się na taki powrót do przeszłości i stawianie na niezbyt oczywiste emocje. I w przypadku mojej oceny to właśnie ten specyficzny klimat, dziwna (ale intrygująca, trochę magiczna) atmosfera zaważyły o wysokiej ocenie.

Zapytacie czy bawiłem się przy TLG dobrze – słusznie, bo to dla mnie w grach jest najbardziej istotne. Ale odpowiedź nie będzie prosta – trochę tak, trochę nie. Nie wiem też tak naprawdę dla kogo jest ta gra – może dla fanów ICO i Shadow of the Colossus. Ale czy oni jeszcze grają i wydaję pieniądze na nowe produkcje? Mam wrażenie, że TLG na poprzedniej generacji odebrałbym inaczej. Było jednak w The Last Guardian to coś, czego cały czas nie umiem nazwać. I chociażby dlatego warto ten tytuł sprawdzić.

Ocena: 8/10

Kup The Last Guardian w Avans.pl. Kliknij!