5

Recenzja Shadow Warrior 2. To prawdopodobnie najlepsza polska gra tego roku

Polacy kolejny raz udowadniają, że potrafią robić gry! Shadow Warrior 2 jest wciągający, miodny, śliczny, a momentami zaskakujący i innowacyjny. Nie pomylę się pewnie dużo, pisząc, że to prawdopodobnie najlepsza polska gra tego roku.

Shadow Warrior to dobrze znana fanom shoterów marka. Strzelanka zadebiutowała w latach ’90, a w 2013 roku polskie studio Flying Wild Hog stworzyło jej remake. Teraz na półkach sklepach debiutuje dwójka i jest to najlepszy Shadow Warrior, jaki kiedykolwiek powstał.

Lo Wang i demony

Głównym bohaterem gry jest dobrze znany z poprzednich odsłon Lo Wang. Twórcy wprowadzili pewne zmiany w tej postaci, czyniąc ją do bólu złośliwą, arogancką, egocentryczną i dowcipną. Przy czym jest to humor porównywalny z takimi postaciami, jak Duke z Duke Nukem czy Deadpool (zdecydowanie bliżej mu do tego drugiego). Odzywki Wanga wywołują szeroki uśmiech na twarzy, a nierzadko i gromki śmiech. A będziemy słyszeć je bardzo często – przy niemal każdej nadarzającej się okazji. Jednocześnie jest zabójczo skutecznym wojownikiem ninja i sprawnie posługuje się zarówno bronią białą jak i wszelkiego rodzaju pukawkami. Wszystko to sprawia, że bohater jest wykreowany znakomicie i trudno go nie polubić.

Wang pracuje jako najemnik – typowy gość od brudnej roboty. Jedno z otrzymanych przez niego zadań okazuje się trudniejsze niż przypuszczano. W rezultacie w jego ciele uwięziona zostaje dusza młodej dziewczyny o imieniu Kamiko. Młodej i… temperamentnej – jej przepychanki słowne z Wangiem sprawiają, że ręce same składają się do oklasków. Wszystko to prowadzi oczywiście do jednego – sprania tyłków czarnym charakterom, którzy są odpowiedzialni w mniejszym lub większym stopniu za to, co się przytrafiło Kamiko. Nie zaskoczę chyba nikogo, pisząc, że historia jest w tej grze wlaściwie dodatkiem do fantastycznego gameplayu. Nie jest jednak nudna i bezpłciowa – ma charakter(ek), angażuje, a nawet nieco zapada w pamięć. Ogółem muszę przyznać, że to kawałeczek solidnej roboty. Szczególnie, że nie oczekiwałem od warstwy fabularnej szczególnych fajerwerków.

FPS ze szczyptą erpega

Zapomnijmy jednak o fabule, bo jestem przekonany, że prędzej czy później większość z was będzie pomijać cutscenki, nie mogąc doczekać się kolejnych etapów. I słusznie. Te są odseparowanymi lokacjami, do których Wang teleportuje się ze swojej bazy (gdzie otrzymuje questy, ma do dyspozycji sklepiki i takie tam). Układ jest prosty – baza, misja, baza, misja.

Miejsca, które odwiedzimy są raczej zróżnicowane. Czasem trafiamy do futurystycznych miast, a innym razem przemierzamy diczę, jaskinie lub japońskie wioski. W tych pierwszych spotykamy głównie innych wojowników ninja i maszyny, a w tych ostatnich – hordy demonów. Zasada jest prosta – im mniej futuryzmu, tym więcej demonicznego tałatajstwa. I to mi się podoba! Warto tutaj dodać, że każdą z lokacji możemy odwiedzać wielokrotnie. Są one generowane po części losowo – z gotowych elementów przygotowanych wcześniej przez twórców – a także charakteryzują się zmiennymi warunkami atmosferycznymi. Fajny smaczek.

Wang, jak na wojownika ninja przystało, potrafi się poruszać zwinnie i szybko. Pod shiftem mamy zatem zamiast biegania szybkie wypady do przodu. Wciśnięcie kucania w trakcie spadania pozwala nam natomiast wykonać efektowne lądowanie z przewrotem (co ważne, niezależnie od wysokości, nie otrzymujemy żadnych obrażeń). Poza tym wspinamy się, wykonujemy podwójne skoki i inne akrobacje. Trochę to trąci nawet Dying Light – a właściwie trąciłoby, gdyby nie było tak obdarte z realizmu.

W końcu prędzej czy później (raczej prędzej) pojawi się okazja do ścięcia kilku głów. Tutaj w ruch idzie broń biała oraz imponujący zestaw wszelakiego rodzaju pukawek (od rewolwerów, przez strzelby i łuki, a na wyrzutniach rakiet i granatnikach skończywszy). Prym wiedzie ta pierwsza – eliminowanie przeciwników w ten sposób daje masę satysfakcji i radości, szczególnie, że do dyspozycji mamy kilka ciosów specjalnych. Twórcy oddali nam też do dyspozycji różne typy oręża: oprócz katany mamy też krótsze ostrza wyrzucające przed siebie promienie, a także bardziej subtelne szpony wypruwające z przeciwników… no, wiecie co i jak… Słowem, na brak możliwości narzekać nie możemy – również w kwestii bardziej konwencjonalnych narzędzi zakłady, które po prostu znajdujemy w ukrytych skrzyniach czy przy ciałach poległych przeciwników. Ogółem nosimy przy sobie osiem broni, które swobodnie możemy zmieniać.

A skoro o znajdźkach mowa, te odgrywają tutaj całkiem istotną rolę. Może nie aż tak istotną, jak w Destiny czy Borderlands, bo podnosimy z ziemi po prostu wszystko co się da. Chodzi o to, że są zróżnicowane i oprócz amunicji i apteczek natrafiamy jeszcze na pieniądze oraz specjalne klejnoty, które montujemy w naszych broniach. Daje im to specjalne zdolności, jak dodatkowe obrażenia od żywiołów, szybsze ataki czy wysysanie życia. To ważne, bo niektórzy przeciwnicy są bardziej wrażliwi na pewne ataki. Zresztą z myślą o tym właśnie twórcy opracowali mechanizm szybkieo przełączania się między bronią dystansową i bezpośrednią, co w praktyce sprawdza się bardzo dobrze.

Wszystko to dopełniają umiejętności Wanga, których jest kilka. Wykorzystuje on energię Chi (którą uzupełniamy przy kapliczkach lub dzięki znajdźkom) by odnawiać zdrowie, stawać się niewidzialnym, a nawet nabijać przeciwników na wyrastające z ziemi kolce. Niby nic, a przydaje się.

Wygląda to na całkiem rozbudowaną produkcję, czyż nie? Nie do końca. W gruncie rzeczy Shadow Warrior 2 jest prosty jak ostrze katany. Czyli nie do końca prosty, ale też nie jakoś szczególnie zakrzywiony. Ekhm.. W każdym razie rozgrywka sprowadza się przede wszystkim do siania wokół siebie chaosu, a wszelkie dodatkowe elementy ją po prostu dopełniają. Są przy tym na tyle proste, intuicyjne i przystępne, że ich opanowanie nie nastręcza najmniejszych trudności.

Choć nie oddano nam do dyspozycji klasycznego multiplayera, to mamy możliwość rozgrywania kampanii w trybie co-op. Maksymalnie udział w nim może brać do czterech graczy. Każdy kieruje swoją postacią z single’a, a poziom trudności jest w odpowiedni sposób skalowany.

Piękna oprawa (gdyby tylko nie te twarze…)

Shadow Warrior 2 jest nie tylko szalenie przyjemną i satysfakcjonującą produkcją, ale też po prostu prezentuje się bardzo ładnie. Twórcy dobrze wykorzystali swój autorski silnik (znany m.in. z Hard Reset) oraz sięgnęli po dostępne na rynku technologie, implementując m.in. wsparcie dla HDR. Zadbano też o to dopracowane modele postaci oraz wypełnienie lokacji wszelkimi możliwymi atrakcjami. Jedyny problem, jaki udało mi się dostrzec, dotyczy twarzy – ich mimika oraz generalne wykonanie nie rzuca szczególnie na kolana. Trochę przydałoby się tutaj mapowanie 3D prawdziwych aktorów, a może wręcz przeciwnie – zniszczyli by oni unikatową konwencję, jaką udało się wypracować twórcom? W każdym razie mnie osobiście ten element nieco raził, choć nie padł cieniem na ogólne wrażenie. Ciągle uważam, że Shadow Warrior 2 prezentuje się od strony wizualnej bardzo dobrze.

A to nie koniec pochwał, bo Flying Wold Hog poradziło sobie również z optymalizacją. Na maksymalnych detalach i przy rozdzielczości FHD mój laptop z GeForce GTX 960M nawet się nie spocił, zapewniając stabilne 35-40 klatek na sekundę. Gra równomiernie wykorzystuje moc obliczeniową procesora, a więc nawet w sytuacji, gdy na ekranie pojawiało się więcej elementów, nie notowałem żadnych wyraźnych spadków płynności. To duża zaleta – szczególnie dziś, gdy optymalizacja dla wielu deweloperów stanowi wyzwanie (lub jest po prostu bagatelizowana).

Warstwa audio może nie imponuje równie mocno, co oprawa wizualna, ale nie budzi większych zastrzeżeń. Momentami nieco frustrujący bywa voice acting, który odstaje od poziomów światowych. Wynagradzają to jednak soczyste efekty wystrzałów i eksplozji, a także klimatyczna, orientalna melodia, która dobrze buduje napięcie i dopasowuje się do panującego na ekranie klimatu.

Kandydat do strzelanki roku

Polacy znowu udowadniają, że potrafią robić wspaniałe gry. Shadow Warrior 2 może nie jest produkcją, która zapisze się złotymi literami w historii branży. Nie jest też rewolucją ani innowacją. To solidny shooter o wielu walorach, który czerpie pełnymi garściami z klasycznych rozwiązań i jednocześnie zaskakuje kilkoma oryginalnymi, bardzo trafnymi pomysłami. Wszystko to sprawia, że w nową produkcję Flying Wild Hog gra się po prostu szalenie przyjemnie. Mogę ją zatem z czystym sumieniem polecić zarówno fanom FPS-ów, jak i wszystkim innym, szukającym lekkiej, przyjemnej i soczystej rozrywki.

P.S. A to nie koniec wskrzeszania wielkich marek w dobrym stylu, bo wydawca Shadow Warriora, Devolver Digital myśli już o tym, jak zabrać się za serię Blood. Zacierajcie dłonie!

Ocena: 8/10

  • gryfon1997

    Jedynka była o niebo lepsza

    • itakumre

      To oczywiście kwestia subiektywna ale jednak nie zgodzę się – jedynka była fajna na początku a potem po prostu nużyła okropnie. Ja nie dałem rady jej skończyć, w przeciwieństwie do „dwójki”, której bardziej otwarta struktura rozgrywki sprawia, że nawet pod sam koniec bawię się świetnie.

  • Drooith

    Na screenach wygląda odjazdowo :)

  • Michał Słupski

    grałem i zupełnie mi sie nie podoba.

  • nindustrialny

    BLOOD !!!!!!!!!!!
    Chce BLOOD 1 w pelnym akcelerowanym 3d w 1920×1200!!! Bez zadnych dodatkow. TYlko grafika!!!