8

Takich perełek nie ma zbyt wiele. Recenzja Into the Breach

Na pewno widzieliście film Pacific Rim. Wielkie stwory zaatakowały tam ludzi, a do obrony znanego świata wysyłano ogromne mechy. W dużym uproszczeniu tak prezentuje się rzeczywistość Into the Breach. Jednak zamiast pilotować ogromnego robota i wywijać jego metalowymi kończynami niczym Bruce Lee w Wejściu Smoka, zostajemy dowódcą małego oddziału, który ma nie tyle pokonać obrzydliwe robale, co przede wszystkim ocalić okoliczną ludność. Dawno żadna strategia turowa nie wciągnęła mnie tak mocno.

Wydane w 2012 roku FTL: Faster Than Light zachwycało swoim pomysłem, wciągającą rozgrywką i skromną oprawą. Była to jedna z „tych gier”, które wciągają na długie godziny. Co ciekawe, Subset Games znalazło wtedy swoją niszę i mimo ogromnego sukcesu nie zmieniło podejścia do elektronicznej rozrywki. Into the Breach jest z jednej strony czymś zupełnie innym, z drugiej natomiat ma w sobie tę samą magię, co tamta kosmiczna produkcja.

Wielkie robale i podróże w czasoprzestrzeni

Sam trzon opowieści nie jest jakoś specjalnie oryginalny – naszą rodzimą planetę atakują wypełzające spod ziemi wielkie robale. Właśnie stąd w mojej głowie pojawiły się skojarzenia z Pacific Rim, choć oczywiście sam koncept nie był w tym filmie zbyt innowacyjny. Twórcy Into the Breach dodali do tego równoległe wymiary, co usprawiedliwa elementy roguelike. Jeśli przegramy, a najeźdźca opanuje okolicę, przenosimy się do innej czasoprzestrzeni by tam spróbować swoich sił w walce z wrogiem.

Ocalić elektrownie

Mogłoby się wydawać, że głównym celem Into the Breach jest wyeliminowanie wrogich jednostek – i sporo w tym prawdy. Należy jednak pamiętać, że tak samo istotne jest ocalenie okolicy, jest ocalenie zarówno ludzkości jak i (a może przede wszystkim) okolicznych elektrowni, dzięki którym niedobitki są w stanie funkcjonować i stawiać opór podziemnemu najeźdźcy. Warto pamiętać o tym od samego początku – kilka razy skupiłem się bowiem wyłącznie na eliminacji robali, zupełnie zapominając o pasku energii elektrowni z lewego górnego rogu ekranu. Chyba nie muszę mówić, że to właśnie okazywało się moją zgubą?

Into the Breach

Into the Breach to strategia turowa, w dużej mierze gra logiczna. Małe mapy (8×8 pól), dostajemy tylko trzy jednostki. Na pierwszy rzut oka rozgrywka wydaje się być banalnie prostą, szybko jednak pokazuje drugie dno. To festiwal planowania każdego ruchu, analizowania, odpowiedniego reagowania na działania przeciwnika. Czasem warto poświęcić własną jednostkę by ocalić okoliczny budynek, innym razem trafić kompana rykoszetem lub zablokować własnym „ciałem” przeciwnika który rażony atakiem naszej jednostki może wpaść na budynek. Z każdym kolejnym starciem mechanika wydaje się być bardziej skomplikowana, dostrzegałem jej smaczki takie jak wspomniane wyżej przesuwanie jednostek udanym atakiem. Warto wykorzystać tę możliwość kiedy okolica się zmienia i na przykład kolejne elementy areny walki zalewane są przez wodę. No bo po co rozpoczynać trwającą na przykład dwie tury walkę, skoro jednym uderzeniem można zepchnąć wroga do wody? Piękne w Into the Breach jest jednak to, że nie czuć tu powtarzalności, a co za tym idzie nudy. Każda porażka oznacza trochę inną czasoprzestrzeń, z innymi arenami, innymi przeciwnikami. Owszem, po kilku godzinach nauczycie się podstaw, ale bywa że jeden, no może dwa nieprawidłowe ruchy przekreślają ostateczne zwycięstwo. I to zawsze będzie Wasza wina, nie ma tu losowości, nie ma procentowych szans na trafienie, wszystko wydaje się być czarne albo białe. Sukces jest nagrodą za dobre, porażka za złe decyzje.

Wraz z kolejnymi godzinami mechy da się ulepszać, zwiększając ich wytrzymałość, zasięg ruchu, dodacie też alternatywną zdolność. Rozgrywka zyskuje więc z czasem na atrakcyjności a pula naszych możliwości jest coraz większa. Trzeba też pamiętać o tym, że z czasem odblokowujecie kolejne jednostki, co potrafi rzucić na rozgrywkę nowe światło – trwa to długo, ale jednocześnie jest bodźcem do spędzania kolejnych godzin przed ekranem.

Choć to wciąż relatywnie prosty system, który po prostu trzeba umieć dobrze wykorzystać. I tak, próg wejścia jest naprawdę niski, nie ma więc mowy o zniechęceniu się po pierwszej godzinie. Mimo porażek cały czas zotaje w głowie myśl, że któregoś dnia uda się zaliczyć wszystkie misje z wszystkich czterech wysp – i o to warto walczyć.Into the Breach

Podobnie jak w FTL nie pokuszono się o przekombinowaną grafikę – mamy tu ponownie bardzo przyjemny dla oka pixel art, który…nie razi nawet w pierwszych minutach zabawy. Z tego typu oprawą mam często problem i uważam, że wiele produkcji forsuje ją na siłę, nie mogąc potem tak dopracować samej gry, by skromna grafika nie przeszkadzała. W Into the Breach ten problem nie występuje, całość wydaje się być świetnie przemyślanym konceptem, a prosta grafika jego nieodłącznym elementem. No i ścieżka dźwiękowa, którą lubię sobie włączyć również bez powodu – do pracy, czy jako tło do codziennych obowiązków. Z muzyką mam tak, że jeśli motyw przewodni wejdzie do głowy przy kilku pierwszych przesłuchaniach, gra dostaje ode mnie dodatkowe punkty. Tak bez wątpienia jest w tym przypadku.

Technicznie nie mam się do czego przyczepić. Gra będzie działać płynnie nawet na słabych ultrabookach, co na pewno zachęci wiele osób do zakupu i zabrania tej produkcji w podróż. Ja akurat ogrywałem wersję z GOGa.

Werdykt

Into the Breach wciąga jak bagno i na dobrą sprawę na tym mógłbym zakończyć podsumowanie. Ogrywając kiedyś Faster than Light czułem się podobnie, a to oznacza że twórcy mają jakiś niesamowity dar przyciągania graczy do ekranów na dziesiątki, a nawet setki godzin. Into the Breach jest w założeniu proste, okazuje się być jednak skomplikowaną, wielopoziomową strategią, której trzeba się uczyć godzinami – a nawet to nie oznacza wcale, że później będzie łatwiej. Bo jest trudniej, co zachęca do dalszej nauki. Dawno żadna „mała” gra nie wciągnęła mnie tak mocno i mogę ten tytuł polecić nawet osobom, które nie skupiają się wyłącznie na taktycznych produkcjach.