15

Publikacja albumu w BitTorrent przyniosła sukces – historia zespołu Sick of Sarah

Podczas gdy wielkie koncerny walczą z rozprzestrzenianiem muzyki poprzez sieci typu p2p, artyści niezależni obierają inną ścieżkę i jak się okazuje, odnoszą dzięki temu sukcesy. Temat ten poruszałem już na AntyWebie, jednak teraz nie będę rzucał statystykami ogólnymi, a mam dla Was historię z życia wziętą. Zespół Sick of Sarah zamiast wysyłać losowo pozwy zrozumiał, że piractwo jest akceptowane społecznie i postanowił wykorzystać […]

Podczas gdy wielkie koncerny walczą z rozprzestrzenianiem muzyki poprzez sieci typu p2p, artyści niezależni obierają inną ścieżkę i jak się okazuje, odnoszą dzięki temu sukcesy. Temat ten poruszałem już na AntyWebie, jednak teraz nie będę rzucał statystykami ogólnymi, a mam dla Was historię z życia wziętą. Zespół Sick of Sarah zamiast wysyłać losowo pozwy zrozumiał, że piractwo jest akceptowane społecznie i postanowił wykorzystać zalety sieci p2p do zdobycia popularności, a w dalszej części – wiernych fanów, którzy bez rozgłosu nie mieliby pojęcia o istnieniu takiego zespołu.

Sick of Sarah, zespół założony w Minneapolis, istnieje od 2005 roku, a dorobił się już wpisu na Wikipedii. Bez wątpienia ma tu znaczenie fakt, iż zespół w ostatnich latach stawał się coraz bardziej popularny. Każdy wykonawca marzy o milionach sprzedanych płyt – zespół Sick of Sarah osiągnął zamiast tego miliony pobrań w BitTorrent po udostępnieniu albumu za darmo, zdobywając dużą popularność zerowym kosztem. Nie potrzebne były tutaj działania wielkich koncernów wykładających niebotyczne sumy na promocję i marketing. Dziewczyny grają naprawdę nieźle [1] [2] [3] [4] i jedyne, czego potrzebowały, to właśnie promocja. Osiągnęły to same i uważają to za sukces.

Zespół udostępnił za darmo swój najnowszy album „2205” przy pomocy partnera – firmy BitTorrent Inc., która pomogła zwiększyć zasięg nowego albumu poprzez jego promocję np. w programie uTorrent oraz oficjalnym – BitTorrent. Każda nowopobrana kopia aplikacji pobierała po zainstalowaniu ten album. Akcja była też promowana na FrostClick. Miesiąc po udostępnieniu albumu w BT został on pobrany przez 1,365,453 użytkowników. Pobity został też rekord największej liczby seedów dla pojedynczego pliku torrent – rejestrowane liczby sięgały ponad 80 000 seedów!

Jamie Holm, basistka, powiedziała na temat akcji:

Releasing an album on BitTorrent is an incredible opportunity. We wanted to reach our fans on the Internet, and our fans use BitTorrent. While album sales will remain a critical element of success, we also believe BitTorrent will help us drive new fans to live concerts and purchase our merchandise. Our success on the BitTorrent platform has been overwhelming. This technology and audience aren’t only the future, they’re here today. We welcome all the new fans and hope our experiments with online distribution and fan engagement open up new doors for other artists.

Wielu pesymistów powie, że dziewczyny nic nie zarobiły na publikacji tego albumu na torrencie. Ale czy zawsze musi chodzić o grubą kasę? Zespół jest zadowolony z osiągniętego efektu. Dziewczyny zyskały w ten sposób wielu nowych fanów, którzy z zakupionymi albumami przybywają na ich koncerty. Warto tutaj dodać, że koncertów grają naprawdę dużo, mają praktycznie cały lipiec zajęty koncertowaniem, a same występy cieszą się sporym zainteresowaniem.

Promocja albumu jest częścią projektu Artist Pilot, promującego w sieci BitTorrent artystów niezależnych. Myślę, że warto młodym, niszowym twórcom promować się w ten sposób, wszak uTorrent oraz BitTorrent mają ponad 100 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie – jest gdzie się promować!

  1. van napisał(a):

    Jak ja uwielbiam wpisy typu „zespół *zerowym* kosztem zyskał popularność wykorzystując zalety p2p”, a w rozwinięciu „(…) partnera – firmy BitTorrent Inc., która pomogła zwiększyć zasięg (…)”, „Każda nowopobrana kopia aplikacji pobierała po zainstalowaniu ten album”, „Akcja była też promowana na FrostClick”

    To jak? Wystarczyło wrzucić na p2p czy jednak ktoś „troszkę” pomógł i wziął koszty na siebie?

  2. Wojciech Małota napisał(a):

    Heh… skoro „Każda nowopobrana kopia aplikacji pobierała po zainstalowaniu ten album” to nic dziwnego, że „Miesiąc po udostępnieniu albumu w BT został on pobrany przez 1,365,453 użytkowników”.

  3. Dwimenor napisał(a):

    Model biznesowy dla muzyki na XXI wiek:
    1. Promujemy się rozdajac muzykę za darmo – można do tego wykorzystać te wszystkie media społecznościowe oraz sieci P2P. Wszystko aby z muzyką dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców, aby stać się sławnym.
    2. Zarabiamy na koncertach. Koncertu nikt nie spiraci, a przy cenie wejściówki jak za album cd to się opłaci.

    1. Ramon Rembelski napisał(a):

      A co z tymi, którzy nie grają koncertów (albo grają ich bardzo mało)? Nie każdy jest artystą estradowym. I co z tymi, którzy nie chodzą na koncerty, a słuchają muzyki (i chcieliby wynagrodzić artystę za jego pracę)?

      Rozwiązanie, które zastosował zespół Radiohead jest moim zdaniem lepsze. Ściągasz muzykę, słuchasz, decydujesz, czy jest coś dla ciebie warta oraz ile i płacisz. Tyle, ile uważasz za stosowne.

  4. marsjaninzmarsa napisał(a):

    A z koncertów artyści mają o wiele większe zyski, niż ze sprzedaży płyt. Co innego wytwórnie płytowe…

    Na podobną akcje jakiś czas temu zdecydowało się Radiohead, czyli zespół wcale nie nowy (grają już 25 lat). Na żadnym z wcześniejszych albumów nie zarobili tyle, co na nim. A z twórców niezależnych kojarzy mi się jeszcze zespół The Aurora Project, który również robi naprawdę dobrą muzykę…

    1. KZS napisał(a):

      Szkoda, że Radiohead sam poniekąd odszedł od rozwiązania. Za In Rainbows płaciło się „co łaska” (można było nawet nic nie płacić), a ostatni album, czyli The King of Limbs, już miał ustaloną z góry cenę.

  5. Marcin Nieweglowski napisał(a):

    Nie ma co ukrywać, że obecnie wydawanie płyt ma być tylko „pretekstem” do zorganizowania cyklu koncertów/ trasy koncertowej dla danego zespołu/ projektu/ artysty. Obecnie na albumach się nie zarabia największe pieniądze. Jest to tylko i wyłącznie takim kwiatkiem do kożucha. Zarabia się właśnie albo na koncertach, albo na gadżetach, albo np. na release’ach danego materiału w limitowanej wersji na winylu, który od kilku lat przeżywa renesans. Trudno, aby obecnie wszyscy ludzie kupowali muzykę z uwagi na bardzo łatwą dostępność brzmień w sieci. I nie jest to już problem stricte związany z piractwem tylko z pewnymi zmianami społecznymi związane z traktowaniem muzyki. Teraz jej dostępność i łatwość czegoś ściągnięcia jest tak oczywiste, jak szerokopasmowy dostęp do internetu w Finlandii ;)

  6. Grzegorz Marczak Grzegorz Marczak napisał(a):

    KZS: Szkoda, że Radiohead sam poniekąd odszedł od rozwiązania. Za In Rainbows płaciło się “co łaska” (można było nawet nic nie płacić), a ostatni album, czyli The King of Limbs, już miał ustaloną z góry cenę.

    No przecież nie będą robić takiej akcji co płytę – to było dobre raz a teraz wrócili do normalnego życia :)

  7. Ramon Rembelski napisał(a):

    KZS: Szkoda, że Radiohead sam poniekąd odszedł od rozwiązania.

    I to jest ciekawe. Albo oznacza, że model „co łaska” się nie sprawdził, albo zostali postawieni do pionu przez koncerny muzyczne, na których przychylności mogło im (z takiego, czy innego powodu) zależeć.

  8. SPL napisał(a):

    Dokładnie… zastanawiam się dlaczego w polszy jeszcze za bardzo się taki mechanizm nie przyjął. Tak jak piszecie powyżej – na płytach się nie zarabia i raczej sie nie będzie zarabiać, a próby ratowania rynku zaniżaniem limitów na złote i platynowe płyty w ciągu ostatnich lat nic nie zmienią… no może poza tym że niedługo platynę będzie się otrzymywało za sprzedanie stu płyt.
    Życie muzyka to koncertowanie i myślę że w tym momencie to trochę na siłę próba utrzymywania starego porządku świata i wcześniej czy później nawet wielkie koncerny będą musiały pomyśleć nad konkretnymi zmianami.

  9. niki napisał(a):

    wnioski z tego newsa są cokolwiek absurdalne, bo jeśli uznamy, że jest to sposób godny polecenie, to niedługo może się okazać, że jakiś program torrentowy na dzień dobry będzie użytkownikowi ściągał 50 niechcianych albumów. co to za sztuka wcisnąć coś komuś z programem? sztuka jest zachęcić słuchacza do dobrowolnego zainteresowania i ściągnięcia np. z bandcampa.

    także sorry, ale ten „sukces” nie robi na mnie wrażenia, tym bardziej, że sam nie używam torrentów i nie zamierzam

  10. tosiek napisał(a):

    Idealne wyjście to to nie jest, ale dobra zagrywka żeby utrzeć nosa wytwórniom i ich prowizjom. W końcu artyści to nie organizacje charytatywne i zarabiać muszą.

    Trzeba poczekać aż ktoś wpadnie na „genialny” i ułatwi artystom promocję i sprzedaż w internecie od nagrania utworów po wsparcie dla kupujących.

  11. Miłosz napisał(a):

    Nie ma czegoś takiego jak całkowicie darowa promocja, koszty zawsze są. Jak już to darmowa promocja może być dla zaspołu, bądź słuchacza i sądzę, że autor o tym wie, więc czepianie się słówek w niektórych komentarzach jest bezpodstawne.

    Licznik pobrań to może rzeczywiście nie obiektywna ocena sławy zespołu i zalet promocji w sieciach p2p. Ale na tym samym polega rozdawanie próbek w sklepach czy rozdawaie wersji demo programów, zwsze jakiś procent ludzi się złapie i będzie wiernymi klientami. Proste prawa rynku.

  12. joahim napisał(a):

    Tylko zwróć uwagę, że polski słuchacz został trochę przyzwyczajony do darmowych koncertów. „Inwazja mocy” itp. a z drugiej strony dni imprezy z okazji Dnia Gminy X i Święto Miasta Y sprawiły, że kasę wydajemy głównie na koncerty twórców zagranicznych.