56

Przedsprzedaż biletów na film/grę/telefon? Postoję – nie chcę kota w worku

Kino poinformowało mnie wczoraj mailowo, że 10 października rusza sprzedaż biletów na kolejną część Gwiezdnych Wojen. Film wchodzi do kin w połowie grudnia, ale już dzisiaj rano mogłem powalczyć o bilet. O sprawie pisały media polskie, temat podjęto też za granicą, Amerykanie zacierali ręce na myśl, że zapłacą za bilety dwa miesiące wcześniej. A ja przyznam, że nie rozumiem tej idei, nie wiem, dlaczego miałbym ustawiać się w kolejce teraz i cieszyć się z kupna biletu w październiku. Oczywiście nie dotyczy to jedynie filmowej sagi - przedsprzedaż w innych przypadkach też mnie nie przekonuje.

Przedsprzedaż biletów na Gwiezdne Wojny wywołała u mnie drwiący uśmiech, ale jeszcze bardziej rozbawiła mnie… zapowiedź trailera. Tak, robienie szumu wokół wydarzenia weszło na wyższy poziom, teraz czekamy już nie tylko na film, ale i na jego przedsmak. W kolejnej odsłonie będzie pewnie zapowiedź zapowiedzi trailera. Efektem dzisiejszego tweeta na ten temat może być nieprzespana noc zagorzałych fanów Star Wars – jak tu spać, gdy za kilka-kilkanaście godzin dostaniemy parę minut filmu? A co, jeśli przeoczę i zobaczę to dwie godziny po wrzuceniu do Sieci? Co, jeśli nie umieszczę tego jako pierwszy w social media? Pal już licho ten trailer – co będzie, gdy nie załapię się na pierwszy seans? Trzeba przygotować się na przedsprzedaż i pokazać innym, kto jest największym fanem…

Nie rozumiem. Albo inaczej: rozumiem producentów (nie tylko filmów), którzy w ten sposób robią szum wokół oferowanego towaru, podkręcają zainteresowanie i chcą nas przekonać, że powinniśmy się spieszyć, zapłacić już teraz, w ciemno. Nie rozumiem ludzi, którzy przystają na takie warunki. Na Star Wars pewnie i tak się wybiorę, nawet jeśli recenzje będą miażdżące. Nie muszę jednak bić się o miejsce w kinie w dniu premiery, poczekam aż przeleje się pierwsza fala zainteresowania. Ten film nadal tam będzie po 15, 16, i 17 grudnia. Będzie też pewnie w styczniu i w lutym.

Podobnie sprawa wygląda chociażby z telefonami – można się zdecydować na branie w ciemno flagowca Apple czy Samsunga, ale sam bym tego nie zrobił, poczekałbym nie tylko na pierwsze recenzje, ale też na opinie po dłuższym użytkowaniu. Dzięki temu mógłbym uniknąć losu klientów, którzy kupili Galaxy Note 7. Przypomnę, że to ten smartfon krótko po premierze był ściągany z rynku. Temat dobrze też znają gracze: płacą za niegotowe gry przed premierą, a potem dowiadują się, że tytuł jest niegotowy lecz to nie przeszkodziło twórcom wprowadzić go do sprzedaży. Wszak sama przedsprzedaż przyniosła już niezłą kasę. I nakręca się patologia. Płać i płacz.

Nie przesadzam pisząc o patologii, bo tak rozwinęła się przedsprzedaż oferowana w sklepie o nazwie Kickstarter. Darczyńcom, a coraz częściej po prostu klientom, obiecuje się wizję produktu, za którą mają zapłacić pełną kwotę. Przekonaliśmy się już, że czasem kończy się to aferą: nawet, jeśli startup nie rozpływa się z pieniędzmi, to dochodzi do wniosku, że obietnic jednak nie może spełnić. Albo rozkłada ręce i stwierdza, że to pomyłka albo dostarcza na rynek coś zupełnie innego, okrojonego. Dlaczego może to zrobić? Bo pozwoliła na to przedsprzedaż.

Jesteście wielkimi fanami filmu, firmy produkującej smartfony albo koncernu motoryzacyjnego i uznajecie przedsprzedaż za coś oczywistego i potrzebnego? Ok, nie moja kasa, życzę powodzenia w walce o te bilety. Trudno mi jednak uznać tę chęć wyprzedzenia innych w płaceniu za coś oczywistego i wskazanego wręcz. Klienci kolejny raz dają się wodzić za nos…