207

Ile trwa doprowadzenie nowego komputera do stanu używalności? Stanowczo za długo

Laptop, którego sprawa dotyczy nie jest mój - i całe szczęście. Taty poprzedni sprzęt produkcyjny odszedł do krainy wiecznego liczenia, a mógłby działać jeszcze trochę (a teraz podziękujmy HP za koszmarnie wykonane luty w BGA). Nie było sensu bawić się w reballing, więc od razu zwrócono się ku elektromarketowi. Laptop? Niezbyt drogi, ale solidny i w miarę wydajny, choć bez szaleństw. Tata nie będzie grać w Wiedźmina i najbardziej obciążającym programem, jaki otworzy będzie Excel lub PowerPoint.

Niech zacznie się zabawa. Jej preludium miałem już w elektromarkecie

Panowie z elektromarketu byli w porządku – nawet udało mi się chwilę pogawędzić i przy okazji, nie silili się na plecenie głupot. Kiedy jednak powiedziałem: „chcę to i to”, sprzedawcy chcieli naciągnąć mnie na program antywirusowy i rozszerzoną gwarancję, która podniosłaby cenę sprzętu o jakieś 400 złotych. Ok, rozumiem, nie chcę. Wszyscy chcą coś sprzedać i nic do tego nie mam. Nawet cieszyłem się, że nikt nie wchodził ze mną w zbędne dyskusje i nie próbował mi wytłumaczyć, że przecież to mi się przyda, bo dzisiaj wirusy hulają. Owszem, hulają jak się nie uważa. A tata do mało technologicznych nie należy i na szczęście wie co wolno, a czego raczej nie.

Przyjazd do domu, rozpakowanie sprzętu, podłączenie go i wstępna konfiguracja. Tutaj Windows 10 sprawił się bez zarzutu i po 10 minutach po wprowadzeniu danych logowania mogłem zacząć zabawę. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął narzekać. Na pasku zadań, w Menu Start, a także w autostarcie pojawiły się (a jakże!) kompletne śmieci, których w systemie nie chciałbym mieć ja i nie potrzebuje ich też ojciec. Panel Sterowania i zabrałem się za usuwanie zbędnych programów, które według HP powinny się spodobać użytkownikowi laptopa. Głupawa aplikacja do kamery internetowej, jakiś śmieszny Media Player, osłona Avasta i krótkoterminowa licencja na McAfee. I co ciekawe, wszystkie te zainstalowane i aktywne podczas pracy komputera programy wsuwały zasoby aż miło. Uznałem, że są niepotrzebne i postanowiłem je wywalić. Ile mi to zajęło? Dobre 2 godziny. Nawet programy przeznaczone do odinstalowania aplikacji – śmieci bywały czasami niezwykle przebiegłe i próbowały wprowadzić mnie w błąd – czy na pewno chcę odinstalować, a może zostawić dane aplikacji, a może lepiej tego nie robić? Tak, chcę to odinstalować, nie traktujcie mnie jak idioty. Nie potrzebuję tych aplikacji.

programy

Po tym okazało się, że Windows nie jest tak aktualny jakbym chciał i pobranie wszystkich potrzebnych poprawek, najnowszej wersji Windows 10 + jej instalacja trwało kolejne 1,5 godziny. Po prawie czterech godzinach komputer był gotowy, a nie doliczam do tego migracji co ważniejszych danych lokalnych z poprzedniego komputera, ogarnięcie tego, co jest w chmurze i pokazania tacie co i jak działa – tak, żebym nie musiał tłumaczyć po raz drugi. Wychodzi na to, że kupno laptopa i jego konfiguracja może być zajęciem na cały dzień, a chyba nie tego oczekuję.

Wyciągam z pudełka i ma… działać. Na co mi jakieś słabe programy?

Ja naprawdę nie oczekuję wiele. Wiem o co chodzi z programami pojawiającymi się podczas pierwszej instalacji systemu. Komputer to taka mini – przestrzeń reklamowa – a nuż użytkownik się skusi na ten i na ten program i będzie go używał. HP, Asus, Lenovo, ktokolwiek uważają, że innowacyjne programy do tego i owego są koniecznie potrzebne każdemu. Nie są i zazwyczaj stanowią zbędny dodatek do komputera, a aktywne – wsuwają zasoby. Przygotowanie komputera tak, aby był w miarę „czysty” i co jakiś czas nie wyskakiwały powiadomienia z niechcianych programów trwa dłuższą chwilę. A ja tego po prostu nie chcę.

Grafika: 1, 2