Premiera „Blogersów”, czyli problem z mediami i blogosferą w pigułce

Po niemal 8 i pół godziny w PKP udało mi się wreszcie dotrzeć do swojej jaskini. To dosyć czasu, aby przetrawić tak film Jarka Rybusa i późniejszą dyskusję. Niestety, wnioski do najweselszych nie należą, choć „Blogersów” obejrzeć warto gdy za 2-3 tygodnie pojawią się w sieci.

Dla żyjących internetem i z internetu będzie kilka insiderskich żartów i to niekoniecznie zamierzonych, a niezorientowanym na pewno nie zanudzi. Podczas niektórych scen – osobliwie, gdy Kominek był prezentowany jako polski Dolph Lundgern – wręcz tłukła się zastawa, co skłania mnie do podejrzenia, że damski fanklub Kominka stanowił solidny procent widzów. ;)

Schody zaczynają się, gdy próbuję powiedzieć co wynika z samego filmu. Nie jest to dziwne, bo żyję siecią od paru lat i trudno mi już usłyszeć na ten temat coś owianego urokiem świeżości. Co gorsza, mogę być nieobiektywny, gdyż jakbym się nie tłumaczył i tak mało kto uwierzy, że nie ubodło mnie nieco, że z materiału jaki nakręciliśmy swego czasu z Jarkiem zostało jedno zdanie, okraszone dwukrotnie moim nieśmiertelnym „żetakiem” ( „że tak powiem” z dopalaczem), którego używam z częstotliwością wkurzającą nawet świętych. Dlatego, traktuję jako sympatyczny, ale niepotrzebny gest ze strony Jarka. Z innej beczki – z Korwina nie zostało nic. ;)

I tak oto dochodzimy do sedna. Cały film został zmontowany bardzo dynamicznie, na krótkich „setkach” z mocnymi zdaniami – bardziej niż wypowiedziami. Dzięki temu, skromnej długości (19 min.), mocno lansowanej kontrowersji i przedstawionych barwnie – trochę jak w Zoo – blogerów, jest szansa, że obejrzy go więcej osób niż tylko internetowe Geeki, paru blogerów i dziennikarzy.

Jednak z mojego punktu widzenia, nie wnosi treścią wiele w dyskurs o blogosferze i mediach, których konflikt – będący kręgosłupem „Blogersów” – został zgrabnie zbagatelizowany w późniejszej dyskusji Maćka Budzicha, Artura Kurasińskiego, Kominka i Kamila Durczoka, do której wasz uniżony sługa też wtrącił swoje trzy grosze. Dużo wnosi z kolei jego forma, obliczona na dotarcie z niszowym przekazem, do jak największej liczby osób, dla której blogerzy i blogosfera to abstrakcja – ponieważ czytają np. Grześka Marczaka, Segritte, czy Krzyśka Leskiego, a nie „blog” czy „blogosferę”. Forma uroczo medialna – przez co miejscami płytka.

Jednak lepiej sprecyzuję, co miałem wyżej na myśli, umieszczając to w kontekście późniejszej dyskusji, która była mniej zabawna, ale bardziej pouczająca od filmu. Wszystko obracało się jak zwykle wokoło nieśmiertelnych tematów związanych z blogosferą, których wtórność wywołuje już u mnie mdłości.


Anonimowość blogerów

Temat śmieciowy i z upodobaniem godnym lepszej sprawy drążony przez Jacka Żakowskiego – który w „Blogersach” spełniał rolę naczelnego wroga blogosfery. Niestety, całkiem przekonującego dla niezorientowanych w temacie. Krótka piłka. Anonimowość blogerów nie istnieje, bo topowi blogerzy albo sami się ujawniają, chcąc skorzystać na wyrobionej skrobaniną reputacji, albo budując przez lata markę zostawiają taką ilość śladów, że nie trzeba prokuratury, policji i nakazu, aby ustalić ich tożsamość. Przykładem Kataryna, która chroniła swoją prywatność, a i tak na koniec dostała SMSa od dziennikarki Dziennika w którym znajdowało się ponoć ultimatum – pisz dla nas, albo z twojej tożsamości robimy temat. Zrobili. Na anonimowość stać „blogerów” którzy napisali trzy teksty na krzyż i mają tyluż czytelników. Inaczej zdradzają się sami, bo ciekawe informacje prędzej czy później wskazują źródło pochodzenia. Tożsamość blogujących nieciekawie nikogo nie obchodzi. Tak – nie ma znaczących i anonimowych blogerów i jak to ktoś – Maciek? Artur? – wtrącił, chyba więcej jest dziennikarzy pod pseudonimami, niż topowych blogerów-anonimów.

Odpowiedzialność za słowo

Reputacja – jak wspomniałem wyżej, nie mogącego raczej liczyć na anonimowość blogera – jest powiązana z tak z merytoryczną, jak i etyczna stroną jego pisania. Reputacja powiązana bezpośrednio z imieniem i nazwiskiem, które będzie nosił do końca życia lub wartością marki budowanej przez lata. Blogerzy, tak jak media, płaca za wpadki. A kto pamięta sprawę Elizy Michalik i jej plagiatów, którą się swego czasu zajmowałem, wie też że bez solidnego kopa w d*** środowisko dziennikarskie jest wysoce niechętne wyciąganiu konsekwencji wobec „kolegów po fachu”. Nawet znajdujących się po przeciwnej stronie ideologicznej barykady, co było dla mnie sporym zaskoczeniem.

Co ważniejsze, internauci maja nosa do nieetycznych zachowań blogerów i uznają je za bardziej bulwersujące, niż zamiatane regularnie pod dywan wpadki mediów – do których po prostu się już przyzwyczaili. Tak – blogerzy też płacą, tak samo jak dziennikarze.

Dziennikarska staranność

Na ten temat wypowiadają się głównie dziennikarze z wyrobionym nazwiskiem i solidną pozycją – ludzie tacy jak Żakowski, Paradowska, czy też Kamil Durczok. Zapominają jednak o tym, że sami stanowią tylko wierzchołek góry lodowej. 95% „dziennikarskiej” treści jest tak naprawdę tworzona przez wyrobników, którzy mają normę newsów i tematów do wyrobienia – często z różnych działek. Kwalifikacje i doświadczenie posiadają jednak w jednej, dwóch branżach. Co jeszcze ważniejsze, merytoryczne dziennikarstwo, sprawdzanie faktów, research jest cholernie kosztowny. Prościej postawić postawić zawodowego newsowca – mającego z dziennikarzem mało wspólnego – lub nawet stażystę-studenta nad serwisem internetowym  i kazać mu przerabiać śmieciowe newsy: o pani co obcięła mężowi interes i wrzuciła go do miksera (z zagranicznych mediów), czy nudne depesze z PAPu pakować w atrakcyjne i mylące tytuły. To jest tanie. To jest większość treści generowanej przez współczesne media.

Kurasiński, Budzich, Marczak, Trystero, Leski i wielu innych blogerów, pisze o tym na czym się zna i co rozumie, pisze dla siebie i pod swoje nazwisko – więc dba o więcej niż „pejdźwiusy” i w swoich działkach w dziewięciu wypadkach na dziesięć bije na łeb zdecydowaną większość dziennikarzy. Komicznie się patrzy na dyskusję elity blogerów z elitą dziennikarzy, gdy pierwsi zdają sobie dokładnie sprawę z tego że większość blogosfery to śmieci, a drudzy starannie wypierają świadomość, że z mediami jest podobnie.

Prawdziwymi dziennikarzem, są ci co wykonują dziennikarską robotę, a nie ci którym dziennikarskie studia wpoiły automagicznie dziennikarski etos. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką usłyszała moja znajoma zaczynając prace we „Wprost” było: „Tych z dziennikarstwa odsyłaj z kwitkiem”. Tego jak naprawdę wygląda dziennikarstwo uczą teraz redakcje i praca, a nie studia. I podejrzewam, że tak naprawdę zawsze tak było. Tak istnieją staranni blogerzy – dziennikarze nie mają na tą staranność monopolu. Na niestaranność i niewiedzę również.

Internetowe bluzgi

 

Tu w sumie wywiązała się najbardziej interesująca mnie cześć dyskusji, bo rozmawiając z Kamilem Durczokiem i Arturem Kurasińskim, próbowałem im „sprzedać” koncepcję która prześladuje mnie od dłuższego czasu. Że tak naprawdę, zalewowi chamstwa w sieci otworzyły drzwi media, których dziennikarze najgłośniej teraz nań narzekają. Stało się to u samego początku ich obecności w sieci, gdy nie istniały – bo nikt nad nimi nie myślał – skuteczne mechanizmy moderacji. Wydawała się być po prostu nieopłacalna, kogo interesuje co tam sobie internauci skrobią pod tekstem topowego dziennikarza?

Stąd m. in. obowiązujące w połowie cywilizowanych krajów prawodawstwo mówiące, że do momentu uzyskania informacji o tym, że np. komentarz to czystej wody chamstwo godne pozwu sądowego medium nie odpowiada za niego. W Polsce ostatnio potwierdził to swoim wyrokiem Sąd Najwyższy.

W momencie na poważnym portalu, pod poważnym niusem po raz pierwszy padło słowo K**** i nie uderzył piorun, nie objawił się BOFH chamstwo automatycznie stało się to akceptowalną normą. Społeczności użytkowników największych portali po prostu nie były w żaden sposób moderowane i animowane. Dlatego, na specjalistycznych forach, gdzie koncentracja na merytorycznej wartości treści była królem, znajdują się merytoryczne wypowiedzi, a pod artykułami na dowolnie wybranym dużym portalu bluzgi. Nie udało się im związać ze sobą komentujących do tego stopnia, by sami tworzyli i egzekwowali najbardziej podstawowe normy współżycia i kultury dyskusji. Dlatego przyjemnie posiedzieć na Quorze – której społeczność, analogicznie jak w przypadku np. Wykopu – twardo egzekwuje swoje specyficzne normy. Sekcję komentarzy na wielu portalach mam wrzuconą pod AdBlocka.

Mleko się rozlało.

Problem polega na tym, aby uniknąć wypędzania diabła szatanem, ponieważ próba prawnego uregulowania takich kwestii jest skazana na niepowodzenie. Nasze prawodawstwo – zawsze – będzie gigantycznie opóźnione w stosunku do technologii i socjologii internetu, a co ważniejsze, tworzący je ludzie nie mają o sieci zielonego pojęcia. Dlatego, zamiast próbować ogarnąć przepisami internetowego węgorza, media które chcą coś zmienić, muszą zabrać się za moderację swoich społeczności, powiązać wypowiedzi z realnymi ludźmi – np. wzorem TechCrunch wykorzystując nasz Facebookowy social graph.

Zamiast prawnie walczyć z bluzgami i pewnym poziomem anonimowości w sieci, która tak naprawdę jest jedynie wynikiem tego, że mało komu chce się przedzierać przez procedury wymagane do ustalenia tożsamości „anonima”, mają wszystkie narzędzia by zmusić internautów do odpowiedzialności za słowo. Tak za pomocą „internetowych tożsamości” jakim są konta FB i G+, jak i animowania społeczności poprzez politykę „zero tolerancji dla chamówy”.

Reasumując

„Blogersi” jako przyczynek, do dyskusji o blogosferze po premierze sprawdzili się całkiem nieźle, ale nie jestem docelowym odbiorcą filmu. A cała dyskusja o blogach jako medium i ich konflikcie, współistnieniu z tradycyjnymi i nie tak tradycyjnymi mediami jest wtórna, nudna i bezsensowna. Pojęcia bloger i dziennikarz, media i blogosfera intensywnie się przenikają, rządzą podobnymi prawami, a jedyne co trzyma przy życiu dysputy starające się rozgraniczać kompetentnych dziennikarzy od niekompetentnych blogerów to korporacyjna mentalność środowiska dziennikarskiego.

Spodobał Ci się tekst? Poleć znajomym:

iStore

iStore

  • http://www.blog.mediafun.pl Maciej Budzich

    hmm, w sumie spostrzeżenia mamy podobne http://www.blog.mediafun.pl/index.php/2011/11/30/budyn-sie-rozlal-czyli-premiera-filmu-%E2%80%9Eblogersi%E2%80%9D-recenzoid-dokumentoidu/ ja żałuję, że dyskusja po filmie potoczyła się daleko od filmu…
    Jestem bardziej ciekaw opinii zwykłych widzów (nie blogowych wyjadaczy i szczekaczy) oraz dziennikarzy. Recenzje tego filmu na blogach przecież już dawno przeczytaliśmy :-)

    • https://www.facebook.com/gniewomir.swiechowski Gniewomir Świechowski

      Hy, wiesz jak jest. Postanowiłem z siebie wyrzucić kilka myśli które mi się cały czas pod kopułą gotowały, a Blogersi to niezły pretekst, bo merytorycznie nie było tam nic nowego – dla mnie.

      Niestety, nie potrafię się postawić w roli Kowalskiego, wiem tylko że forma przemówi do niego lepiej niż do mnie.

      A recenzji nie czytałem. :)

  • Maciej

    Juz kiedys o to pytalem ale odp. brak;-) Dlaczego, wnioskujac po osobach wystepujacych w filmie, blogers = osoba piszaca w klimach IT/media/technologie?

    • http://www.blog.mediafun.pl Maciej Budzich

      ale kogo pytałeś? bo to chyba pytanie do reżysera,
      poza tym nie masz racji, nie wiem skąd taki wniosek wyciągnąłeś że blogers to it/technologie?

    • https://www.facebook.com/gniewomir.swiechowski Gniewomir Świechowski

      Kominek może mieć na ten temat nieco inne zdanie. Jakby nie patrzyć, zaczynał od pisania o babach. :) A na poważnie, kto będzie się produkował na temat abstrakcji znanej jako blogosfera jak nie internetowe geeki? Dla reszty świata to trochę za bardzo oderwane od codzienności, nawet blogowej.

  • Maciej Szamowski

    @Gniewomir szacun stary za 8 godzin jazdy pociągiem. Ja mieszkam w Warszawie a na tę premierę nie chciało mi się iść.

    Myślę, że za bardzo się troszkę podekscytowałeś.

    • https://www.facebook.com/gniewomir.swiechowski Gniewomir Świechowski

      To nie ekscytacja. Po prostu taki mam styl szkolony m. in. w o2 i na s24. ;)

      A Wypad do warszawy służył załatwieniu jeszcze kilku innych sprawa. Przyznam szczerze – na samą premierę tez bym się raczej nie tłukł do Warszawy.

  • Marzena Laren

    Pytanie z innej beczki, które mnie nurtuje najbardziej: czy po „Blogersach” osoby zupełnie i kompletnie nie zainteresowane blogami (czyli jakieś 99% moich znajomych) będą jednak zaciekawieni? Da się to ocenić z punktu widzenia internetowego wyjadacza? :)

    • https://www.facebook.com/gniewomir.swiechowski Gniewomir Świechowski

      Chyba zależy, czy niezamierzony komizm pewnych scen jest widoczny również dla „normalsów”. ;)

  • meme

    Antyweb jest dobrym przykladem na to, ze mozna pisac o czyms czego sie nie rozumie.

  • Petrusz

    Gniewomirze, pozwól, że się z Tobą nie zgodzę. Napisałeś: „A na poważnie, kto będzie się produkował na temat abstrakcji znanej jako blogosfera jak nie internetowe geeki? Dla reszty świata to trochę za bardzo oderwane od codzienności, nawet blogowej.” Na poważnie powiem, że nie mam telewizora w domu, bo nie chcę płacić podatku od posiadania takowego urządzenia. Po prostu nie zgadzam się z takim podatkiem. Niebawem dojdzie do tego, że będziemy płacić podatek od posiadania lodówki, czy pralki. Niemniej jednak lubię wiedzieć, co się dzieje na świecie. Ponieważ nie mam telewizora, co nie znaczy, że nie mam tunera TV (USB) :-), to czytam internetowe wydania prasy, a także blogi i to nie tylko o tematyce IT. Tym bardziej mnie dziwi negatywne nastawienie dziennikarzy do blogów. Czyżby bali się konkurencji? Więc blogosfera wcale nie jest bytem abstrakcyjnym. Zresztą sam się często łapie na tym, trzymając papierowe wydanie dziennika lub tygodnika, że chciałbym skomentować artykuł, który właśnie przeczytałem… ;-)
    A w odniesieniu do komentowanego wpisu i chamstwa to proponuję wpisać w google fekal.pl. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliście. Dodam, że pisują tam dziennikarze.

    • https://www.facebook.com/gniewomir.swiechowski Gniewomir Świechowski

      Tam gdzie to ma prawdziwe znaczenie blogosfera przechodzi w świat mediów, a media również próbują konwergencji ze swojej strony, ale po prawdzie poza Agorą nikomu to nie wychodzi. PO prostu uważam rozróżnienie za bezsensowne, chyba że mówimy o fenomenie blogowania, a nie próbujemy nadawać mu jak wspomniałem w komentarzu do kominka mocy sprawczej.

    • Agata Górnicka

      bo to jest chyba trochę tak jak zauważył wczoraj któryś z dyskutujących (Maciek?) – część blogerów trochę chciałaby być dziennikarzami, część dziennikarzy trochę chciałaby być blogerami i mieć ich swobodę ;)

      co do wyboru takich, a nie innych blogerów – to jednak są główne postaci blogosfery, zwłaszcza w kontekście „wpływowości blogów”. Wydaje mi się też, że na moment tworzenia filmu segmenty blogosfery poświęcone innym kwestiom niż media/technologie/IT nie miały jeszcze tak wyraźnych liderów. Poza tym jak wspomniano wyżej Kominek zaczął się zajmować wspomnianą tematyką dopiero, gdy solidnie się wypromowal na zupelnie czym innym

  • Kominek

    Gniewomir Świechowski: Kominek może mieć na ten temat nieco inne zdanie. Jakby nie patrzyć, zaczynał od pisania o babach. :)

    Właściwie to wciąż pisuję o babach i głównie dla bab. Technologie i media to zaledwie dwie spośród kilkunastu kategorii na moich blogach, ale faktem jest, że większość występujących w filmie blogerów ma coś wspólnego z mediami.
    Co nie powinno dziwić, jeśli przeczyta się tytuł filmu. Trudno robić dzieło o piątej władzy opierając się na blogach modowych lub kulinarnych.

    • https://www.facebook.com/gniewomir.swiechowski Gniewomir Świechowski

      Hy! I wychodzi ci to. ;) Ale pojęcia piątej władzy bym nie nadużywał, blogi to medium i część social mediowego ekosystemu, jednak straciłem wiarę w ich moc sprawczą w naprawdę kluczowych kwestiach. Sam czarny PR dla Oetkera czy mBanku to jeszcze nie dowód realnej mocy.

    • Maciej

      Nie do konca – na blogi modowe ‘na zachodzie’ jest wiekszy boom niz u nas na wszystkie blogi wziete w kupe, duze marki odziezowe ganiaja za blogerami piszacymi o street-fashion itd. Blogi kulinarne takze maja swoje sile, choc brakuje tym blogerom jakiegos kolektywu. Do tego blogi piszace o spoleczenstwie i polityce (salon24 trzeba uznac za ciekawe zjawisko i ciezko pominac ten serwis wspominajac o blogach). Dlatego sprowadzanie bloga piszacego o nowinkach z dzialu tech albo mediow do bloga 5 wladzy to raczej nieporozumienie.

  • Petrusz

    Gniewomir Świechowski: Tam gdzie to ma prawdziwe znaczenie blogosfera przechodzi w świat mediów, a media również próbują konwergencji ze swojej strony, ale po prawdzie poza Agorą nikomu to nie wychodzi. PO prostu uważam rozróżnienie za bezsensowne, chyba że mówimy o fenomenie blogowania, a nie próbujemy nadawać mu jak wspomniałem w komentarzu do kominka mocy sprawczej.

    Nie ma czegoś takiego, jak fenomen blogowania. Blogi zawłaszczyły pewną część dziennikarstwa. Tą najłatwiejszą czyli „felietonizm”. Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli masz dobry temat to prędzej go sprzedasz w papierowym dzienniku niż opublikujesz na własnym blogu. Coś trzeba jeść, a i czasem napić się trzeba. ;-)

    • http://twitter.com/#!/gniewomirhttp://goldenline.pl/gniewomir-swiechowskihttp://amyniechcemy.salon24.pl/index.htmlhttp://gniewomir.pl Gniewomir Świechowski

      Po prawdzie, to jak mam dobry temat to piszę gdzie popadnie i nie myślę o kasie. Zanim bym coś sprzedał na papier, temat prawdopodobnie byłby już stary, co jest sprzeczne z określeniem „dobry”. ;)

      Abstrahując już że należę do pokolenia szybkiej nagrody, a z papierowymi idzie się czasem rozliczać 3 miesiące – od daty publikacji, a nie dostarczenia tekstu. To irytuje. :)

  • Petrusz

    Gniewomir Świechowski: Po prawdzie, to jak mam dobry temat to piszę gdzie popadnie i nie myślę o kasie. Zanim bym coś sprzedał na papier, temat prawdopodobnie byłby już stary, co jest sprzeczne z określeniem “dobry”. ;)
    Abstrahując już że należę do pokolenia szybkiej nagrody, a z papierowymi idzie się czasem rozliczać 3 miesiące – od daty publikacji, a nie dostarczenia tekstu. To irytuje. :)

    To Twój błąd. A dobry temat to taki, którego nikt inny nie ma i taki, który jest dobrze udokumentowany. I taki temat łatwo sprzedać za dobre pieniądze.
    Co do rozliczeń to nie płacz z powodu trzech miesięcy. Jest pewna redakcja, która od dziesięciu lat nie wypłaciła mi ani grosza za bardzo dobre zdjęcia. Tak, fotoreporterem też byłem. Poza tym jako freelancer mogę sobie pozwolić na drobne poślizgi w płatnościach tym bardziej, że nie są to drobne kwoty. A na blogu to ja sobie mogę hobbystycznie strzelać felietony, a przy okazji może sprzedam kilka reklam, co nie jest istotnym uzupełnieniem budżetu ale na piwo wystarczy.;-)
    Skracając, liczy się tu i teraz, a nie jakieś ewentualne mega zyski z bloga.

  • asdvsd

    sensacja sztuczka
    kominek

    dziekuje postoje
    szanujmy swoje mozgi

  • Pingback: „Blogersi” przegadani? | soszal.net