23

Wraca profesja golibrody, w cenie są krawiec i cukiernik – wielkie bezrobocie zapowiedziano przedwcześnie?

Spieszcie się kochać pracę, tak szybko odchodzi - parafrazując Mistrza w ten sposób, można streścić prognozy dotyczące przemian technologicznych, szybkiego rozwoju i będącego ich skutkiem spustoszenia na rynku pracy. Jestem skłonny uwierzyć w taki rozwój wypadków, maszyny mogą w szybkim tempie zastępować ludzi w wielu zawodach. Jednocześnie jednak dostrzec można odwrotny trend: powracają profesje, które jeszcze kilka lat temu uznawaliśmy za martwe lub skazane na wymarcie. Krótkotrwała moda czy dowód na to, że ludzkie umiejętności długo będą w cenie?

Praca zniknie, większość z nas stanie się niepotrzebna – od kilku lat czytam i słyszę takie wypowiedzi. Podawane są listy zawodów, które jako pierwsze „pójdą pod nóż”, pojawiają się wyliczenia dotyczace tempa zmian i wzrostu bezrobocia. Księgowi, kierowcy, sprzedawcy i recepcjoniści ponoć nie mogą spać spokojnie. Podchodzę do tematu poważnie, bo może on mieć kolosalne znaczenie dla całej ludzkości: jeżeli nagle pojawi się kilkaset milionów bezrobotnych, a docelowo nie będzie pracy dla miliardów ludzi, to staniemy przed wielkim wyzwaniem. Automatyzacja stanie się potwierdzeniem potęgi umysłu człowieka i jednocześnie przekleństwem. Jest jedno „ale”.

Coraz częściej trafiam na mężczyzn, którzy korzystają z usług golibrody/barbera. I to bez względu na stan posiadanego zarostu – jedni mają brody niczym bojarzy, drudzy ledwo widocznego wąsa. Ale regularnie udają się do specjalisty, który ma zadbać o to owłosienie. Mogłoby się wydawać, że to dziwne rozwiązanie w czasach, gdy na rynku są dostepne solidne narzędzia do pielęgnacji zarostu. Każdy mógłby to robić sam, pewnie wystarczyłby jakiś instruktaż na YT. Ale z rozmów dowiaduję się, że nie chodzi tylko o precyzję, brak wiary w samodzielne golenie/strzyżenie brody czy niechęć do kupowanie urządzenia za kilkaset złotych – ponoć ważny jest sam proces, człowiekowi robi się milej, gdy ktoś o niego zadba. Gdy zrobi to inny człowiek. W efekcie odradza się zawód, który młodsze pokolenie mogłoby uznać za skansen, powstają nowe zakłady świadczące tylko takie usługi dla panów.

W tym samym czasie słyszę, że ludzie wracają do krawców. Każdy z nas pewnie trafił kiedyś do krawcowej: tu jakieś poprawki, tam naprawa, tu skracanie, tam poszerzanie. Zazwyczaj chodziło o drobne zmiany. Ludzie zaczynają jednak zamawiać kolejne segmenty garderoby u tych rzemieślników (czasem artystów). Dlaczego? Spotkałem się z opinią, że żadna maszyna nie wykona tego tak, jak solidny krawiec, który weźmie z człowieka miarę, że produkcja masowa to… przeżytek. Podobnie jest zresztą z szewcami. A mogłoby się wydawać, że obie profesje czeka zagłada.

Historie tego typu odnoszą się także do żywienia. Rozrosły się sieci fastfoodów, praca w nich ma się stać domeną komputerów i robotów, a na znaczeniu zyskują startupy, które łączą głodnych z… ludźmi gotującymi np. w domu. Przybywa osób, które mają dość zestawów w papierowej torebce i wolałyby obiad przygotowany starannie przez innego człowieka. Wedle babcinego przepisu. Sklepowe półki uginają się od ciastek i innych słodyczy wytwarzanych przez coraz nowocześniejsze maszyny, ale jednocześnie powstają niewielkie cukiernie serwujące pachnące drożdżówki wytwarzane ręcznie. Podobnie jest z piwem, obserwujemy wysyp browarów rzemieślniczych.

Takich przykładów można wymienić znacznie więcej. Pewnie niebawem zaczną się pojawiać automaty do strzyżenia czy zrobotyzowane salony kosmetyczne, lecz nie oznacza to, że klienci zagłosują na nie portfelem. Będą chcieli, by masaż zrobił człowiek, by biżuterię wykonał żywy jubiler, o tatuaż poproszą speca z salonu. Wszystko to wydarzy się nawet wtedy, gdy będą już działać sprawne roboty wykonujące te zadania. Wierzę w rozwój takiego scenariusza, pisałem już kiedyś, że nie zniknie całkowicie np. zawód kierowcy – w czasach, gdy ulice zostaną opanowane przez autonomiczne samochody, szofer może być symbolem luksusu. Jego obecność w samochodzie to znak: właściciel auta ma kasę, może sobie pozwolić na pracę człowieka. I tak będzie w każdej dziedzinie naszego życia.

Zastanawia przy tym, jak duża grupa ludzi najdzie zatrudnienie, dzięki tym powrotom, stawianiu na żywych specjalistów? I czy przypadkiem nie jest to moda, która szybko przeminie? Nie wierzę w to, że pojawi się praca dla wszystkich, że każdy się przebranżowi i stanie rzemieślnikiem czy artystą – to może być nisza. Dlatego nadal trzeba szukać innych rozwiązań, sprawdzać np. dochód gwarantowany, by za kilka dekad nie doszło do katastrofy. Ale pociesza fakt, że praca ludzkich rąk wciąż może być w cenie. Ba, będzie wysoko wyceniana…