46

Bardzo chciałbym zobaczyć polskie auto elektryczne. Ale to staje się śmieszne

Nie słabną apetyty na polskiego elektryka. I bynajmniej nie jest to akcja w stylu eksportu polskich hydraulików, nie o specjalistów tu chodzi. Mowa o pojeździe zasilanym energią elektryczną. Pojeździe, o którym można będzie powiedzieć, że jest nasz. Samochód stworzony między Odrą a Bugiem w XXI wieku. Czytając doniesienia z placu boju, powinienem być coraz bardziej nakręcony na ten pomysł, ale... jest inaczej: im bliżej finału, tym ciemniejsze chmury nad tym dostrzegam.

Polskie auto elektryczne to hasło, które w ostatnich latach zyskało na znaczeniu, z zakamarków przeniosło się na salony. Trudno się temu dziwić: przedstawiciele władz butnie zapowiedzieli, że w połowie przyszłej dekady po polskich drogach będzie jeździć milion elektryków, zapewniono, że część z nich to będzie rodzima produkcja. Skoro wypowiedziano A, przyszedł czas na B.

Owym B miała być spółka ElectroMobility Poland, którą powołały do życia cztery polskie koncerny energetyczne (każdy objął 25% udziałów). Pisałem o tym podmiocie niejednokrotnie, jesienią ubiegłego roku przyglądałem się wynikom konkursu na koncepcję samochodu przyszłości. Czy chodziło o polskie auto elektryczne zaprojektowane od A do Z? Nie – najpierw skupiono się na wizualizacji nadwozia. Dziwny tryb, ale nie ma sensu krytykować już na wstępie. Zapowiedziano, że szybko podjęte zostaną kolejne kroki.

Na początku roku na stronie spółki pojawił się komunikat, z którego dowiedzieliśmy się m.in., że jeszcze w tym roku ma się rozpocząć budowa prototypów e-aut. Od wizualizacji do prototypów? Spokojnie, nie przeskoczono ważnego elementu układanki – wcześniej zaproszono do współpracy przedsiębiorców z rynku motoryzacyjnego, którzy mieli zaprezentować swoje projekty. Wpłynęło ich kilkanaście, stało za tym aż dwieście podmiotów:

Budujące jest to, że przedsiębiorcy, projektanci i konstruktorzy połączyli siły, by wystartować w naszym postępowaniu. Stworzyli konsorcja złożone łącznie z prawie dwustu podmiotów o różnych, uzupełniających się kompetencjach. Dzięki temu zmaksymalizowali swój potencjał, a do EMP trafiły wartościowe propozycje. Poziom zgłoszeń, jest – jak się spodziewaliśmy – zróżnicowany, ale wiemy już, że zawierają one ciekawe rozwiązania, które będą mogły zostać przez nas praktycznie wykorzystane w pracach nad e-autem.[źródło]

Tak sprawę komentował Piotr Zaremba, Dyrektor Zarządzający ElectroMobility Poland. Po kilku tygodniach spółka ogłosiła, że praca wre – komisja ekspertów sprawdza i ocenia zgłoszenia. Zbysław Szwaj, jeden z jej członków uchylił rąbka tajemnicy:

W tej chwili waży się, czy powinien on być duży, czy mały, tani, czy drogi. Dylematy wiążą się nie tylko z trudnościami technicznymi, ale też ze sprawami finansowymi. Podoba mi się młoda generacja konstruktorów, ludzi chętnych do stworzenia polskiego samochodu, oni podchodzą do tego z wielkim zapałem.[źródło]

Fascynujące jest to, że jesienią wybrano najlepsze projekty nadwozia, a teraz komisja zastanawia się „czy powinien on być duży, czy mały, tani, czy drogi”. Myślałem, że to jest już za EMP. A skoro nie, to pojawia się pytanie, czy ustalono przynajmniej, jakim paliwem będzie zasilane to auto…? Najbardziej spodobała mi się jednak wypowiedź Wojciecha Sierpowskiego, kolejnego członka komisji:

Oczekujemy od projektów przede wszystkim innowacyjności, ponieważ wchodzenie w bezpośrednią konkurencję z firmami samochodowymi, które od wielu lat zajmują się elektromobilnością, nie będzie proste. Musimy znaleźć sobie niszę, która odpowiada naszym użytkownikom i realnie ją zagospodarować.[źródło]

I teraz już nie wiem, czy to samochód dla mas, czy też wyspecjalizowana maszyna, która ma wypełnić jakąś niszę. Na szczęście ktoś zdał sobie sprawę z tego, że wypadałoby poszukać innowacji, a konkurowanie na rynku motoryzacyjnym nie będzie proste. Chyba wypadałoby jeszcze odwiedzić to zacne gremium z wynikami kwartalnymi korporacji Tesla, by pokazać, jakie są koszty funkcjonowania w tym biznesie. Ludzie z EMP nie tracą jednak nadziei i wierzą w to, że za kilkanaście miesięcy pojawią się jeżdżące prototypy. Kolejny raz czytam o powrocie Syreny, tym razem w wersji elektrycznej, więc moja frustracja rośnie. Do tej pory na AW pisałem pewnie o 10 pomysłach na polskie auto (nie tylko elektryczne) i chyba żaden nie zrobił kariery.

Załóżmy jednak, że powstanie prototyp, potem uda się go nawet wprowadzić do produkcji. Czy Polacy ruszą do salonów po polskie auto elektryczne? Wychodzi na to, że nie muszą:

Pierwszymi użytkownikami będą cztery spółki energetyczne. PGE Polska Grupa Energetyczna SA, Energa SA, Enea SA oraz Tauron Polska Energia SA podpisały już w tej sprawie list intencyjny z EMP.[źródło]

Dowiadujemy się, że owe listy intencyjne mówią o łącznym zainteresowaniu na poziomie dwóch tysięcy sztuk. A, zapomniałbym: przynajmniej 16 pojazdów ma kupić TVP. Do miliona daleko. Wszyscy jednak mogą być finalnie zadowoleni: koncerny energetyczne powołały spółkę, która krętymi ścieżkami, ale jednak doprowadziła do powstania e-auta, to zostanie wyprodukowane w liczbie kilku tysięcy sztuk, które trafią do owych koncernów. I może nawet pojadą, jeśli powstanie odpowiednia infrastruktura. Przeciętny Polak nie musi być zainteresowany. Bo wciąż nie wiadomo, czy to będzie pojazd „duży, czy mały, tani, czy drogi”.