12

Niech sobie narzekają – ja tam się cieszę, że powstało coś takiego jak Pokemon Go

Dlaczego media piszą o Pokemon Go? Nie dlatego, że nam wszystkim odbiło, nagle zachciało się nam być Ashem Kechamem i mieć swojego osobistego Pikachu. Pokemon Go nie przewidział kompletnie nikt, tym bardziej temat jest chwytliwy, żywy i ciekawy na kilka sposobów. Bo jak tłumaczyć niby tłumy wbitych w smartfony łowców stworków? Epidemia? Zaraza? Masowe szaleństwo?

Gdzie AR spotyka się z marketingiem

Pokemony zawsze sprzedawały się całkiem nieźle. W czasach mojego wczesnego dzieciństwa, AR nie było. W roli rzeczywistości rozszerzonej objawiały się żetony, tzw. tazosy, którymi się grało, można było się nimi wymieniać, a znajdowało się je w chrupkach. Do tego, w telewizji dzieciak mógł oglądać przygody swoich ulubionych bohaterów. Machina napędzała się sama, aż dzieciakom się znudziła.

Nowa fala, nowy sposób na rozkręcenie biznesu. Kiedy smartfony na rynku osiadły już na dobre i wydawałoby się, że niczym nas już nie zaskoczą, Nintendo uruchomiło kolejną machinę. Łącząc w sobie AR z popularnym, animowanym uniwersum udało się stworzyć nie tylko rasowego ubijacza czasu, ale i również zjawisko, bo obecnie tak Pokemon Go należałoby rozpatrywać.

Tutaj skończy się bardziej poważna część wpisu. Pokemon Go to dla mnie głównie zjawisko, nie sposób na spędzanie wolnego czasu, którego od końca urlopu po prostu nie mam. A tegoż urlopu nie chciałem też marnować na notoryczne zaglądanie do smartfona, już wystarczy, że co chwila zerkałem na Fallout Shelter – grę, która niezmiennie u mnie króluje jako zabijacz czasu. Pokemony lubiłem, ale niekoniecznie tak, żebym się teraz zagrywał w najnowszy, mobilny tytuł.

Po pierwsze – ludzie wyszli na ulicę. Niestety nie po to, żeby zmienić porządek tego świata – szukają sobie stworków, nabijają kilometry. Na urlopie przyglądałem się sprawie, rozmawiałem z tymi, którzy grają. Padło pytanie również o to, czy udało im się nawiązać nowe znajomości. I tak i nie. Mogę jednak domniemywać, że gdyby nie Pokemon Go, tych nowych, niecodziennych znajomości po prostu by nie było. I nie miałyby one szansy na to, by ewentualnie rozkwitnąć poza grą. Synergia spędzania czasu na świeżym powietrzu i wlepionego w ekran smartfona człowieka udała się – ale mimo wszyscy niektórzy narzekają. Post Pawła Typiaka genialnie oddaje to, o czym myślę teraz.

Tak, jest zjawisko. Tak, jest ciekawe. Tak, może być niebezpieczne. Ale skupianie się tylko na negatywnych aspektach tegoż to mało profesjonalne podejście. Dajmy ludziom spędzać czas tak, jak chcą. Niektórzy łowią ryby w głuszy, w samotności i nikt nie mówi o tym, że to przecież szkodliwe i niepotrzebne. Inni oglądają przez minimum półtorej godziny, jak 23 facetów zasuwa za piłką na boisku. Przy tym również klną, piją alkohol, drą się, a nawet wyrzucają telewizory przez okno lub potem biją żony. O co chodzi z tym ostatnim? Żeby nie rozpatrywać Pokemon Go przez pryzmat kilku osób, które wpadają pod samochody grając w grę lub tych, co Pokemon Go wykorzystują m. in. do kradzieży.

A jako, że mamy do czynienia ze swego rodzaju fenomenem, czymś niespodziewanym, marki upatrują w Pokemon Go świetny pomysł na biznes. Rozrzucają wabiki w pobliżu swoich sklepów – bo przecież tak można świetnie napytać sobie klientów. Dać im zniżki na zimny napój lub jedzenie. Jasny gwint, to przecież działa lepiej niż najbardziej genialna reklama PR-owca, który akurat ma swój „złoty strzał”.

I dla jasności – to mój ostatni artykuł na temat Pokemon Go. Koledzy z redakcji grają, chwalą sobie i oni będą Was informować o nowościach z tego tytułu. Ja nie zamierzam i na sprawę patrzę z boku. Niekoniecznie tylko to daje mi możliwość ocenienia tego na chłodno – jestem zwyczajnie zmęczony pompowaniem baloników pełnych pogardy dla graczy i samego tytułu – bo gra głupia, niebezpieczna i ludzie głupi.