137

Poddaję się, jestem już „stary”. Przestaję to ogarniać

Nie, nie wynoszę się z Antyweba, zapewne ku niezadowoleniu pewnej części użytkowników. Jeszcze Was trochę pomęczę. Zanim jednak powiem sobie "dość", zajmę się czymś zupełnie innym (a może i nie?), będę musiał pogodzić się z tym, że zawaliłem jedną sprawę. Obiecałem sobie kiedyś, że do ostatniego oddechu będę "ogarniał" to, w jakim kierunku ten świat się rozwija. Że będę na bieżąco z trendami, technologiami, stylem życia nowoczesnego człowieka. Dałem ciała jak jasny gwint.

Kiedy jeszcze „na liczniku” nie miałem więcej, jak 10 lat, w domu pojawił się komputer. Swego rodzaju ołtarzyk nowoczesnej technologii. Monitor z kardashiańskim tyłem, pod biurkiem brzydka i po pewnym czasie żółknąca obudowa, przycisk „Turbo”, stary Windows, myszka na kulkę. W tych czasach standard. Drogi mi tatuś obiecał mi ten zakup przed tym, jak na pewien czas wyjechał za ocean i słowa dotrzymał. Wszyscy się cieszyliśmy, jak gdyby przed chwilą obalono komunę. Tak nawiasem, było to wydarzenie tak mocne w domu, że komunę obalano – w salonie, z sąsiadami. Komputer wtedy był czymś naprawdę „mega”.

Czas mijał, a ja instalowałem programy, grałem w gry, potem buszowałem po sieci. Siostra darła z lubością muzykę, tata czasami coś popisał w stareńkim Wordzie, poukładał klocki w jakiejś „biedagrze”, a mama codziennie przecierała myszkę szmatką. Niedługo po tym, to mnie pytano o to, jak zrobić to i to. Szybernaście razy tłumaczyłem, że aby zapisać obrazek z sieci, należy wybrać „zapisz jako”. Ratowałem świat osadzony w M2 przed dziwnie brzmiącymi komunikatami w instalatorach przeklikując się przez nie na zasadzie: „next, next, i accept, next, finish”.

Złożyłem sobie wtedy obietnicę. Będę lepszy, niż moi rodzice

W głowie takiego młodego człowieka czai się wtedy myśl: „dlaczego oni są tacy ograniczeni?”. Coś, co mi przychodziło z łatwością, bo dorastałem w innych czasach, dla osób ode mnie starszych było czarną magią. Niebieski ekran? Kaplica, dzwońmy po księdza, komputer się popsuł. Nic z tych rzeczy – przycisk reset nie jest elementem wystroju obudowy. Płyta nie działa? Wyrzućmy. Wróć! Przetrzyjmy szmatką i zobaczymy, czy da radę. Da.

życie, stary, technologie

Obiecałem sobie, że kiedy ja będę mieć około 40-ki, taki nie będę. Że moje dzieci będą ogarniać swoje sprawy, a do wszystkich rzeczy dojdę sam – nawet, jeżeli nie będę tego z początku potrafił. Że nigdy nie poproszę ich o pomoc, bo czegoś zwyczajnie „nie ogarniam”. W przekonaniu, że mi się to uda tkwiłem do… w sumie nie wiem, kiedy spostrzegłem się, że jest coś nie tak. W sumie, to niby dobrze mi idzie. Piszę w opiniotwórczym medium technologicznym, jakaś część czytelników ze mną się zgadza, inni wysłaliby mnie na Księżyc i zabrali dostęp do czegokolwiek, czym można pisać. Czy to już wyznacznik osobistego sukcesu w tej materii? Nie. Bo sam przed sobą zaczynam się przyznawać, że przestaję „ogarniać”.

Mając 1,5 roku wsuwałem błoto i napełniałem pieluchę za firanką. Co dzisiaj potrafi taki dzieciak?

Zainstaluje grę, zagra w nią, a nawet „wyszeruje” z niej treść, o ile telefon jest podłączony do sieci społecznościowej. Uruchomi telewizor, włączy sobie „bajki”, a jak jest to możliwe, to odpali nawet YouTube’a. Co ja robiłem w tym wieku? Wkładałem wykałaczki do magnetowidu Fishera, który potem w akompaniamencie „oznak ucieszenia” taty był naprawiany. Darłem egzemplarze TeleTygodnia bez litości i bez zastanowienia nad tym, że to jeszcze całkiem świeży numer.

Nieco starsza latorośl wie już, jak odpalić Facebooka. Zna wszystkich czołowych youtuberów. Zna również ich piosenki, kojarzy terminy eventów, a nawet jest w stanie przeorganizować swój „osobisty kalendarz” w taki sposób, żeby pojawić się na spotkaniu z nimi w galerii. Byłem niedawno świadkiem takiego wydarzenia. Nigdy nie myślałem o tym, że „przypadkowa osobowość” z internetu może mieć taką siłę. Dzieciaki gapiły się w gadającym „o życiu” człowieka z internetów jak w bożka. Nie oceniam. Ja w tym wieku potrafiłem wierzyć w to, że jak odpowiednio zacisnę zęby, skoncentruję energię w sobie i donośnie krzyknę: „kamehameha”, to usmażę w swoim pokoju miśka wypchanego trocinami.

Bo wiecie, swoich dzieciaczków jeszcze nie mam (choć bym chciał, ale wiecie – to nie tylko moja decyzja jest), ale mogę „trenować” na cudzych. W rodzinnym kręgu uchodzę za mocno wyluzowanego „wujka”, który nie pozwoli do siebie „wujek” powiedzieć. Z młodymi pruję w konsolowe odsłony LEGO, prowadzę dysputy o wyższości Łotra Jeden nad Przebudzeniem Mocy, uświadamiam, że „fejsik nie jest zabawką”, a płyty do konsoli trzeba szanować tak, jak książki. Do dzisiaj czerpię przyjemność z oglądania kreskówek z małymi ludźmi, nawet mam swoją ulubioną z kręgu tych nowych: „Niesamowity świat Gumballa”. Tak nawiasem, to całkiem inteligentna produkcja jest.

życie, stary, technologie

Ale dostrzegam, że pewne tematy mnie przerastają

Młodsi ode mnie organizują się w grupy wspierające youtuberów. Rozmawiają z nimi, czują się w tym jak ryba w wodzie. Potrafią uczestniczyć w konkursach, w których główną nagrodą jest możliwość spędzenia jednego dnia z taką osobistością i np. przelot helikopterem. Dla mnie zupełny kosmos. Gdy rozmowa schodzi na youtuberów, mówię, że: „znam tylko tego… tego… ale nie oglądam… yyyy, aha”.

I wiecie, Moi Drodzy, obawiam się, że przyjdzie taki dzień, kiedy albo moje dziecko, albo jakiekolwiek inne powie mi, że „jestem stary”. Bo czegoś z kręgu nowych trendów już nie potrafię ogarnąć. Wyśmieją mnie, że jeszcze rozglądam się za dotykowym telefonem, podczas gdy w modzie są już interfejsy sterowane np. myślami. Że wytkną mnie palcami za to, że zdjęcie robię telefonem, a nie inteligentnym botem, któremu mówię, co ma wypstrykać. Że muzyka, której słucham jest dla dinozaurów, a ubrania nie pasują do przyjętego w trakcie ewoluowania społeczeństwa kanonu. Wszystkie te refleksje przychodzą do mnie po ćwierć wieku od momentu, w którym dostałem pierwszą w życiu, słabą ocenę – w skali APGAR.

Czy to już maksimum, jakie mogę z siebie wykrzesać w kwestii rozumienia zmian na świecie?

Nagłówek niech stanowi pytanie retoryczne. Będę sobie je zadawał za każdym razem, gdy przyjdzie mi się mierzyć z czymś, czego nie rozumiem. Zastanawiam się, gdzie jest przyczyna tego stanu rzeczy. Czy jesteśmy skazani na „braki w ogarnięciu” względem dopiero zaczynających „grę w życie” ludzi? Biorę pod uwagę czynniki środowiskowe, zupełnie inne realia w trakcie dorastania oraz większą elastyczność umysłu młodszych ode mnie. Ale co ja mogę zrobić, by dzielącą nas przepaść zmniejszyć? Może jednak nie mogę zrobić nic? Wtedy wyjdzie na to, że jedyne, co mi zostało, to ów fakt zaakceptować.

Muszę?