66

Po trzynastu latach na nowo odkrywam piękno grania na PC

Marnotrawny syn, wygnany z plemienia PC Master Race ponownie chwyta klawiaturę i myszkę próbując nadrobić stracony czas.

Mniej więcej 13 lat temu zrezygnowałem z grania na PC. Wcześniejsze 10 lat ślęczałem natomiast przed komputerem, inwestowałem kieszonkowe w nowe karty, więcej pamięci RAM. Przeżyłem podkręcanie całej płyty głównej (Pentium 166 MMX miał blokadę, trzeba było podnosić napięcie na całej płycie) i ostatecznie spaliłem Diamond Monstera 3D (3Dfx) – na szczęście uznano gwarancję. Pierwszym komputerem do gier było jednak 486 DX4 133 Mhz, ostatnim Pentium 4 i GeForce 4 MX. Później przerzuciłem się na laptopy – tu już niewiele można było zdziałać w temacie gier. Dlatego coś tam pogrywałem, ale powoli zacząłem przesiadać się na konsole. Najpierw na moje ukochane PlayStation Portable, później na Xboksa 360. I z konsolami zostałem już na stałe. Gdy przesiadłem się na MacBooki, nie grałem już na komputerze nawet sporadycznie. No chyba, że na testowych gamingowych laptopach, ale mimo tego ominęła mnie cała masa typowo PC-towych gier.

PC Master Race

Ostatecznie przy moim biurku nie stanął mocny stacjonarny PC. Odbiłem się od ceny kart graficznych, które poszybowały przez te cholerne kryptowaluty. Zawiedziony zarówno cenami, jaki i możliwościami nowych MacBooków Pro, zrezygnowałem z Final Cut Pro X, przesiadłem się na Adobe Premiere Pro CC – i… nie napiszę, który program jest lepszy. To nie ma znaczenia, APP nie jest wcale takie nieczytelne, dobrze się w nim czuję, nie żałuję przesiadki od której tak długo się wzbraniałem. A rezygnacja z Applowskiego programu do montażu oznaczała, że pora na przesiadkę na PC. Kilka tygodni temu Grzegorz postawił mi na biurku laptopa – ASUS ROG Strix GL502VS: Intel Core i7-7700HQ (4 rdzenie, od 2.80 GHz do 3.80 GHz, 6 MB cache), 16 GB (SO-DIMM DDR4, 2400MHz), NVIDIA GeForce GTX 1070 (8192 MB GDDR5). Sprzęt renderuje jak burza – nie należy może do najmniejszych, najcieńszych i najlżejszych laptopów z GeForcami, ale wrzucony do plecaka nadaje się na służbowe wyjazdy.

Albo na granie w domu

Zgodnie z oczekiwaniami nie wytrzymałem zbyt długi i pierwsze zakupy na Steamie stały się faktem. Zrobiłem sobie nawet listę produkcji, które ominęły mnie przez te wszystkie lata niegrania na PC i powoli (acz skutecznie) nadrabiam wieczorami zaległości. Oczywiście kosztem konsolowego grania, bo doba nie jest z gumy. I nie odkryję tu Ameryki, ale myślę że obserwacje osoby, która przez kilka ostatnich lat miała niewiele z PC-towym graniem wspólnego będą…ciekawe?

Część z Wam pewnie nie pamięta, część stara się zapomnieć. Lata temu granie na PC było prawdziwą walką. O każdy sterownik, o brak konfliktów sprzętu, o każdy FPS. Zaczynało się jeszcze wcześniej, przy instalacji gier. Steam w 2017 roku to coś, o czym ja kiedyś mogłem jedynie marzyć. Oczywiście raz na jakiś czas i jemu zdarzy się gorszy dzień, jednak łatwość zakupu oraz instalacji gier jest wręcz rozbrajająca. Podobnie jak promocje – wreszcie mogę w pełni świadomie śledzić chłopaków z Łowców Gier i portfel płacze trochę mniej. Oczywiście nie ogram wszystkiego, ale promocje na gry pozwalają wyrwać świetne tytuły za grosze. Jak na przykład ostatnio Grey Goo, w bundlu, za dolara. Zacząłem testując jakiś komputer, na użyczonym przez Tomka koncie, teraz spokojnie sobie tego świetnego RTS-a skończę.

Skończę też wreszcie StarCrafta II, którego kupiłem z rok temu. Na premierze przeszedłem prawie całą kampanię – nie wiem czy pamiętacie, ale po zakupie gry dostawało się kody dla znajomych, by ci przez kilka (chyba 10?) godzin mogli sprawdzić tę produkcję. Jestem na końcówce kampanii Terran, od razu po niej biorę się za dwie kolejne. Jeśli nie graliście w SC2, jest ku temu świetna okazja – pierwsza kampania od połowy listopada będzie darmowa.

Wkręciłem się w Player’s Unknown Battlegrounds. Kuleje w tej grze tak wiele rzeczy, a jednocześnie daje ona tyle specyficznej frajdy. To takie „guilty pleasure”, gdzie zamiast przyjemności jest frustracja, jednak kolejne godziny spędzone w tej produkcji stają się faktem. Co oczywiście nie znaczy, że jestem lepszy. Ale sami wiecie jak tam jest, raz na wozie, raz pod wozem.

Laptop zamiast Xboksa One

Sprawdzam Forza Motorsport 7, gram sobie ze znajomymi w hordę w Gears of War 4. Mam też tę świadomość, że nie potrzebuję w domu Xboksa One by grać w produkcje od Microsoftu. Ja się oczywiście cieszę, MS pewnie smuci, bo traci przez to klientów, którzy mogliby kupić konsolę. Ale najważniejsze, że gracz ma lepiej, dlatego bardzo kibicuję Xbox Play Anywhere i uważam, że to świetny pomysł. Gdyby jeszcze wprowadzono możliwość grania na PC w produkcje z pierwszego i drugiego Xboksa – byłoby świetnie.

Klawiatura i mysz nie gryzą

Zawsze uważałem, że przy odpowiedniej optymalizacji sterowania granie zarówno na padzie, jak i myszce jest w porządku. Tak, mówię tu również o FPS-ach. Wbrew pozorom tego się nie zapomina, jak jazdy na rowerze. Ale żeby nie było, na laptopie w formie laptopa gram naprawdę sporadycznie. Sprzęt podłączam do 27-calowego monitora, mam dobrą mechaniczną klawiaturę, mam myszkę – zupełnie zapominam więc, że to nie stacjonarka, bo laptop wydajnościowo daje radę ze wszystkim na ultra. I w sumie jedyne czego mi brakuje to odświeżania 120Hz matrycy laptopa, mój kupiony rok temu monitor Samsunga ma ich jedynie 60. Ale cóż, nie planowałem grania na PC.

PC czy konsola?

Gdybym miał decydować jedynie portfelem, kupiłbym PlayStation 4, najpewniej w wersji Slim bo najłatwiej ją kupić. Dziś Ceneo pokazuje około 1100 zł. Czyli za mniej więcej tysiaka można komfortowo grać we wszystkie nowości, w tym całą masę gier dostępnych również na PC. Oczywiście jeśli budżet jest większy, można zainwestować w PS4 Pro lub naprawdę mocnego Xboksa One X.

Pytanie „PC czy konsola” jest nie na miejscu – to zupełnie inne przedziały cenowe i zupełnie inne wrażenia z zabawy. PC to wciąż najdroższa opcja dla gracza, ale oferuje też najwięcej. Nie oferuje natomiast gier na wyłączność z PlayStation 4. Dlatego najlepszą opcją jest w miarę mocny komputer i konsola Sony, gry na wyłączność z Xboksa sprawdzicie na Windowsie 10. No i oczywiście na dokładkę Switch, zarwałem już kilka nocek przy Super Mario Odyssey i jestem tą produkcją oczarowany.

Oczarowany jestem jednak również tym, jak dziś gra się na PC. Steam, Origin, battle.net, Uplay. Kupowanie i uruchamianie gier w 2017 roku to łatwizna, podobnie jak instalacja sterowników przy użyciu GeForce Experience. Oczywiście w porównaniu z „kiedyś” – granie na PC przypomina dziś granie na konsoli. Po prostu uruchamiamy grę i niczym się nie przejmujemy. I tak właśnie powinno być.

I na koniec zapytam Was, co jeszcze Waszym zdaniem powinienem nadrobić? Jakie według Was gry dostępne tylko na PC trzeba skończyć korzystając z okazji posiadania w domu mocnego sprzętu?