23

Mój pierwszy pecet – czyli „młody, a gierkę może chcesz?”

Wielu z Was w tym okresie już pewnie miało swojego pierwszego, a może już nawet drugiego peceta. Niewykluczone, że zaczynaliście z Atari, Amigą, czy Commodore'em (albo ich odpowiednikiem). Ze mną było troszeczkę inaczej, z racji swojego wieku (ćwiara na karku to wcale nie tak dużo) byłem w tej kwestii nieco "opóźniony". Ale... cholernie szybko nadrobiłem.

Pierwszego peceta pamiętam… jak dziś. Początek podstawówki, nazajutrz miała odbyć się jakaś wycieczka szkolna, która uwierzcie mi – wcale mnie nie interesowała. Wiedziałem bowiem o zbliżającym się terminie dostarczenia do domu obiecanej maszyny, która szybko wyparła mocno eksploatowanego Pegasusa, o którym pisałem w weekend. Cały boży dzień, gdy „panowie informatycy, hehe” mieli przywieźć komputer do domu odbierałem wszystkie domofony i co chwila wspinałem się na drewniany parapet w kuchni z intencją przeskanowania parkingu – aż dziw, że się z tego wszystkiego nie oberwał.

Na wieczór zacząłem już porzucać wszelkie nadzieje – domofon zadzwonił po raz ostatni… i strzał w dziesiątkę. „Panowie informatycy” po 5 minutach wgramolili się na czwarte piętro potworka z wielkiej płyty. Wskazano im biurko, które miało służyć za stanowisko pracy z komputerem i… rozpoczęli prace. Monitor „z zadem”, głośniki, „pudło”, klawiatura i mysz z kulką w środku. Pierwszy rozruch, Windows 98 i… jest. Działa. W trakcie tych czynności emocjonowałem się tak, jakbym co najmniej oglądał poród własnego dziecka (mniemam, że właśnie tak by to wyglądało).

Operacja się udała, pacjent żyje. Ale coś jest ten pacjent goły…

Duet „panów informatyków” był dobrany wręcz doskonale – jeden miał temperament smakosza metafety, drugi zaś wigorem przypominał opiatowca. Podczas gdy ten spokojniejszy spisywał coś w swoich papierach, drugi tłumaczył, że komputer trzeba wyłączać tak i tak. Że do stacji dysków nie wkłada się dwóch płyt, a kulkę w myszce trzeba czyścić. Powygłupiał się, pożartował, popodziwiał kolekcję plakatów wstydu mojej siostry i dał się nawet namówić „na jednego”, bo przecież komputer trzeba było odpowiednio ochrzcić. Nie wiem, czy to z powodu ziemniaczanej inspiracji, czy też z zawodowego wyrachowania zwrócił się do mnie:

unreal tournament

Młody, a gierkę może chcesz?

Panie złoty, myślałem, że nigdy nie zapytasz. Co może powiedzieć dzieciak, który właśnie dostał swojego pierwszego peceta? Pewnie, że chce. Najlepiej taką, w której ściany, podłoga, sufit są równo usłane flakami, a akcja jest tak szybka, że przy niej Rambo wygląda jak grzybobranie. Już nawet kij z piractwe, kto wtedy o tym myślał?

Był Blood 2: The Chosen i Unreal Tournament. Dwie gry za trzy dyszki to jak promocja przy ówczesnej cenie komputera. Rodzicom też się coś dostało, bo w przypływie dobrotliwości „Pan informatyk” dorzucił jeszcze pakiet rozrywkowy dla mamy i taty. Był tak dobry, że zainteresował i mnie: XIII Księga Pana Tadeusza w formie audio, masa „starej muzyki”, „Ale cyrk” DJ-a Łysego, „Trzy słowa do ojca prowadzącego” to tylko nieliczne z elementów wchodzących w skład gratisu. Po ekspozycji na tego typu „dobra” trzeba było mi wytłumaczyć, że „gej” to taki pan, który… po prostu ma swoje zdanie odnośnie preferencji towarzyskich, a ganianie kota z okrzykiem „Hutaaaaaaa 99!” to wcale nie jest dobra zabawa.

Panowie pojechali i życie toczyło się dalej, ale popularność pokoju z komputerem (siostra była starsza, więc to jej przypadł zaszczyt posiadania komputera w pokoju) zaczęła konkurować z salonem i telewizorem. Sąsiad z piętra niżej dalej kradł prąd w piwnicy, facet z klatki obok tak jak i zawsze, co sobotę mył swojego Wartburga pod blokiem, a przy sklepie osiedlowym dalej gromadzili się amatorzy smacznych napojów.

Bo komputer się popsuł

Bluescreen, który dzisiaj chyba na nikim nie robi większego wrażenia był wtedy swego rodzaju dramatem. Pierwsze razy były lepsze od horrorów Hitchcocka (włączy się, czy nie?), a potem było już z górki. Ostatecznie wszystko ratował „reset” i po chwili wszystko działało tak jak trzeba. Windows 98 SE miał jednak to do siebie, że po pewnym czasie robił się zmęczony i w najgorszym wypadku przestawał działać w ogóle. Przy okazji „twardości” na złe traktowanie dorównywał co najwyżej plastelinie.

Do komputera co jakiś czas przychodzili mniej lub bardziej weseli panowie, którzy robili „cuda” i doprowadzali bałagan do porządku. Zakupiona wraz z komputerem drukarka już po trzech miesiącach zaczęła wypluwać tylko dziwne szlaczki, po czym została wyniesiona do piwnicy. Raz na jakiś czas rozbierało się myszkę celem przeczyszczenia rolek i wygotowania kulki w garze solą. Po Bożym Narodzeniu był nawet ksiądz i pokropił komputer, żeby dobrze nam służył do nauki.

thinkpad

Nauka wyglądała w bardzo osobliwy sposób – siostra zajmowała biurko, odpalała playlistę ze swoją muzyką i wykuwała materiał na pamięć. Raz na jakiś czas zrobiła coś w Wordzie, ewentualnie w PowerPoincie i zrzucała to na dyskietkę. Jak już się nie uczyła, to grała w Simsy – czym oczywiście doprowadzała mnie do szału.

Jak mocno przegięła, to jej simy w niewyjaśnionych okolicznościach zaliczały dozgonną kąpiel w basenie, albo były zamurowywane w pokojach bez wyjścia. Potem już leciała sama klasyka – tłukłem boty w UT, męczyłem wrogów w Blood 2, a wraz z rozwijaniem się osobistej biblioteki: mordowałem w Hitmanie, przechodziłem Quake’i, Doomy, kombinowałem w Commandosie, wygrywałem sowietami w Red Alert 2 i generalnie świetnie się bawiłem. W szkole przymierałem głodem, bo zbierałem na CD-Action – a tam to dopiero były gry…

Internet to było ukoronowanie posiadanie peceta

Wkrótce po „dużej” domowej maszynie do domu zawędrował ThinkPad, który jak się szczęśliwie okazało, posiadał modem telefoniczny – a zatem można było go podłączyć do internetu, wpisać „magiczny numer tepsy” i po chwili cieszyć się szalenie szybkim dostępem do sieci. Co młody człowiek robił w takich warunkach? Jak raczkowało Gadu-Gadu, to tam rozmawiał. Potem jeszcze był Miniclip.com, było Newgrounds.com, gdzie człowiek mógł pograć w gry flash, które ładowały się niesamowicie długo na łączu telefonicznym. W sumie, z braku laku nawet wiadomości o rządzie Jerzego Buzka były całkiem… ciekawe.

Rozdział ten zamyka przyłączenie stałego dostępu do internetu. Nie jest to (mam nadzieję) ostatni wpis „sentymentalny” wychodzący spod mojej ręki. Mogę Wam jedynie zaspoilować, że musiałem sobie złamać rękę, aby w domu wreszcie pojawił się tak upragniony, stały dostęp do sieci. Opowiedzcie jak wyglądały pierwsze chwile z Waszym pecetem i co ogrywaliście jako pierwsze?