43

Petro to kryptowaluta, która ma… uratować kraj. Gwarancją są ropa i diamenty

Gdy prezydent kraju ogłasza stworzenie kryptowaluty, wiedz, że coś się dzieje. Owym prezydentem jest Nicolas Maduro, który z pomocą cyfrowego pieniądza chce wyciągnąć z kryzysu Wenezuelę. Kryzysu, w który najpierw pchnął swój kraj. Petro, bo tak ma się nazywać nowa waluta, będzie miała oparcie w surowcach, których latynoskiemu państwu nie brakuje. Ale czy to wystarczy, by ten pomysł mógł wypalić?

Petro będzie bardzo ciekawym eksperymentem – pierwszy raz spotykamy się z sytuacją, gdy za tworzenie kryptoaluty bierze się kraj. Do tej pory cyfrowe pieniądze pozostawały poza sferą publiczną, w niektórych państwach patrzy się na nie przychylniejszym okiem, ale to wciąż ciekawostka. Tymczasem Wenezuela zamierza (chyba) bardzo poważnie podejść do tematu.

Sytuacja tego kraju jest nie do pozazdroszczenia: oficjalna waluta szybko traci na wartości, pożyczkodawcy domagają się zwrotu pieniędzy, w sklepach brakuje podstawowych towarów, ludzie wpadają w coraz głębszą biedę. I dzieje się to w państwie, które posiada jedne z największych na świecie złóż ropy naftowej. W teorii petrodolary powinny uczynić społeczeństwo bardzo majętnym, ale… to teoria. Nieodpowiedzialne rządy i zakusy dyktatorskie zrobiły swoje. Stany Zjednoczone za pogwałcenie zasad demokracji przez ekipę rządzącą nałożyły na kraj sankcje, które okazują się bolesne. Najwyraźniej ekipa Maduro nie jest w stanie ich obejść, mówi wprost o blokadzie finansowej kraju. Ową blokadę miałaby przełamać kryptowaluta.

Prezydent nie podał szczegółów dotyczących projektu. Nie wiadomo zatem kiedy petro ma się pojawić w obiegu, na jaką skalę i co właściwie oznacza, że pieniądz będzie posiadał pokrycie w złocie, ropie naftowej, gazie i diamentach. Nie jest też jasne, czy ten ruch może jakoś pomóc Wenezueli – pojawiają się stwierdzenia, że to raczej pudrowanie bardzo niebezpiecznych ran. Jeżeli kraj jest zadłużony na 150 mld dolarów poza swoimi granicami, agencje ratingowe uznają go za częściowo niewypłacalny, a na ulicach podczas protestów giną obywatele, wydaje się mało prawdopodobne, by sytuację uratował cyfrowy pieniądz. Warto przy tym dodać, że obeznani z nowymi rozwiązaniami Wenezuelczycy korzystają z krytpowalut – to ich sposób na walkę z kryzysem, w ten sposób próbują minimalizować straty. Albo nawet przeżyć…

Może się okazać, że to jedynie zasłona dymna i przeciąganie w czasie nieuchronnego, ale nie jest wykluczone, że prezydent Maduro naprawdę wierzy w zbawienną moc kryptowaluty. Swoje musiała zrobić magia bitcoina, który bije kolejne rekordy kapitalizacji i jest już wart więcej, niż wspomniany dług Wenezueli. Skoro urósł bitcoin (mamy już nawet doniesienia o bitcoinowych miliarderach), skoro rośnie jego konkurencja, dlaczego tego sukcesu nie miałoby powtórzyć petro? Gorączka cyfrowego złota udziela się już nie tylko inwestorom, także tym „niedzielnym”, ale też politykom. Na Maduro pewnie się nie skończy, z podobnymi pomysłami mogą wyjść przywódcy w innych krajach Ameryki Łacińskiej, w Afryce czy w Azji. I chociaż wydaje się mało prawdopodobne, by ich problemy rozwiązał cyfrowy pieniądz, intryguje to, jak owe eksperymenty wpłyną na postrzeganie kryptowalut w globalnej skali?