0

Rusza przedsprzedaż kryptowaluty upadłego państwa. Zainteresowana jest… Polska?

Państwowe kryptowaluty to temat, który coraz częściej pojawia się w dyskusjach polityków, analityków i ekspertów rynku finansowego. Co ciekawe, zagadnienie jest omawiane w krajach leżących na różnych kontynentach, reprezentujących inne systemy rządzenia, niezbyt podobne modele gospodarcze. Powody i cele mogą być różne, nawet same kryptowaluty może sporo różnić, ale nie zmienia to faktu, że cyfrowy pieniądz jest poważnie odbierany przez decydentów. Przykładem Wenezuela, która rusza z projektem petro. Kraju to raczej nie uratuje, lecz lekcja może być ciekawa.

Petro trafia do przedsprzedaży. Wenezuelska kryptowaluta w teorii posiada zabezpieczenie w surowcach naturalnych południowoamerykańskiego kraju, a jej kurs ma być powiązany z ceną ropy naftowej. Patrząc na to, można się zastanowić, czy to faktycznie jest kryptowaluta? Przecież na dobrą sprawę osoba kupująca petro nabywa baryłki ropy. Od prawdziwego handlu czarnym złotem może się różnić tym, że to w Wenezueli jest prawdopodobnie niewydobyte. I nie ma pewności, że kiedyś pojawi się na powierzchni, bo jego produkcja dynamicznie spada. A jeśli już zostanie wydobyte, inwestor nie ma co liczyć na gwarancje, że państwo mu nie odbierze surowca…

O tym projekcie pisałem już pod koniec ubiegłego roku. Władze kraju wpadły na pomysł, by ratować gospodarkę kryptowalutą. Obecnie sytuacja państwa jest wręcz tragiczna, panuje hiperinflacja, dochodzi do zamieszek, ludzie masowo opuszczają Wenezuelę, rośnie zadłużenie na międzynarodowych rynkach. W sklepach pustki, na ulicach giną obywatele, prezydent Nicolas Maduro dokręca śrubę. I tłumaczy, że zła sytuacja to przede wszystkim efekt działania innych państw, sankcji nałożonych przez USA czy Unię Europejską. Petro ma pomóc obejść owe sankcje, pozwolić dokonywać transakcji w sposób, którego nie da się zablokować.

Nie brakuje oczywiście głosów, że to akt desperacji, że kraju nie uda się wyrwać z zapaści (o ile to jeszcze jest możliwe) cyfrowym pieniądzem. Inni przekonują, że to nie uratuje społeczeństwa i może chodzić jedynie o napełnienie kiesy władz (tej prywatnej). Dokonuje się przecież przedsprzedaży surowców naturalnych. Ale ciekawsze w tym wszystkim wydaje się pytanie, czy znajdą się inwestorzy, którzy zaufają Wenezueli i będą zainteresowani Petro (żeby było zabawniej, kryptowaluty nie da się kupić za walutę wenezuelską – ten pieniądz nie ma już wartości)? Przedstawiciele władz przekonują, że tak.

W gronie potencjalnych inwestorów wymienia się różne kraje czy instytucje, mamy i Amerykę Południową, i Bliski Wschód, i Europę Zachodnią. Jeden z wenezuelskich ministrów poważnie mówił już o grupie brazylijskich inwestorów i środkach na poziomie 300 mln dolarów. Nas najbardziej powinno zaintrygować to, że w gronie państw, które są ponoć zainteresowane eksportem dóbr (żywność i leki) do Wenezueli ów minister wymienił Polskę. Tak, znaleźliśmy się obok Danii, Wietnamu, Norwegii, Hondurasu. Dziwna grupa. Mo o eksporcie wartym blisko pół miliarda dolarów i płaceniu za te towary przy użyciu Petro.

Wenezuelski minister poszedł po bandzie i szybko wymyślił grupę krajów, które chcą z nim współpracować, czy rzeczywiście coś jest na rzeczy? Otwieranie się na inne rynki, zwłaszcza te „egzotyczne”, to przeważnie świetna inicjatywa. Przeważnie nie oznacza jednak zawsze. Pomijając już kwestie wspierania dyktatury, należy podkreślić, że to może być po prostu kiepski interes. Petro może nie przetrwać próby czasu…

Jest przynajmniej kilka powodów, by obserwować te działania. Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że dla nas to ciekawostka, a w Wenezueli dzieje się bardzo źle, ale świata nie zmienimy. Tymczasem będzie można porównać pomysł i wdrożenie po wenezuelsku z tym, co przygotowuje np. Estonia, która też chce rozwijać kryptowalutę. W tym przypadku cały proces może już być wzorem dla innych.