31

Smród palonego zasilacza i żółte kartridże. Tak się kiedyś grało

W czasach, gdy rytm tygodnia wyznaczał "Disco Relax", a Polacy wręcz zachłystywali się niedawno odzyskaną wolnością nastąpił rozkwit zapotrzebowania na nieco bardziej luksusowe formy rozrywki. Beneficjentami szerzej nieznanej formy spędzania wolnego czasu były przede wszystkim dzieci, które kusiła moda na "gry telewizyjne" - znane nad Wisłą jako "Pegasusy".

Ofiarą tej mody byłem również ja. Działo się to w czasach, gdy koncertowo rozwalałem sobie kolana o chodniki goniąc ciężarówkę „Family Frost”, gdzie sprzedawano skądinąd średniej jakości, cholernie drogie lody i mrożonki. Wtedy jeszcze niewielkie postkomunistyczne blokowisko w miejscowości, której do szczęścia zabrakło dosłownie kilku lat komuny było dla mnie całym światem – guzik mnie obchodziły rachunki i zepsuty „Maluch”, największą tragedią natomiast było to, że piłka wpadła pod nadjeżdżający samochód i zrobiła „bum”.

Tata, bo tu coś śmierdzi

Miałem to cholerne szczęście, że urodziłem się mając o siedem lat starszą siostrę. Na komunię dostała coś, co albo było japońskim Famicomem, albo bardzo go przypominało. Doskonale pamiętam dżojstiki, które są moim jedynym tropem odnośnie modelu „gry telewizyjnej”, znając jednak możliwości twórców podróbek, mógł to być produkt niezwykle podobny, ale z Famikomem mający wspólnego niewiele. Konsola po pewnym czasie się zepsuła, a w domu zaczęły gościć kolejne, włącznie z legendarnym Pegasusem IQ-502. Z tego wszystkiego, zacząłem lubić cosobotnie zakupy na „ruskim targu” razem z ojcem. Ten kupował przeróżne rzeczy: od części do „Malucha”, aż po elementy potrzebne do własnej „instalacji tworzącej płyn rozrywkowy”, a ja błagałem go o kolejną dyskietkę z grami, właściwie nie bardzo wiedząc co tak naprawdę kupuję (tak naprawdę to była loteria).

Cosobotnie zakupy były wręcz obowiązkowe w kontekście Pegasusa, bo ten był trochę jak skarbonka bez dna. Mnie w ciągu tygodnia potrafiły znudzić się wszystkie posiadane gry (a w najlepszych czasach miałem około 100 dyskietek… które opchnąłem później na Allegro razem z oryginalnym „pegazem”), dżojstik potrafił wyzionąć ducha (czasami sam, a czasami z moją pomocą), a zasilacz zaczynał podejrzanie śmierdzieć. Sobota kończyła się z reguły tak samo – do domu zlatywali się sąsiedzi, a dzieciaków nikt nie pilnował, dzięki czemu mogły łamać na czole pady i palić zasilacze tłukąc w kultowe dla tego okresu tytuły.

Contra Nes Pegasus Famicom

Grała niemal cała rodzina

Tata (którego pozdrawiam, bo zdarza mu się czytać Antyweba) wydawał mi się zwyczajnie nudny, bo grał tylko w Tetrisa i Pinballa. Po latach dowiedziałem się, że w młodości wystawał w Szczecinie długie godziny, żeby zgarnąć winyla Jethro Tull albo Queen, a potem ze szczęścia raczył się pospolitą prytą przy internacie. Siostra jako wielbicielka Sunset Beach i Palomy potrafiła grać jedynie w Mario. Mama do Pegasusa podchodziła jedynie ze ściereczką do kurzu, a ja darłem się wniebogłosy przy Contrze i konstruowałem pierwsze „wiązanki” przy Metroidzie. Szybko wyrosłem na domowego maniaka telewizyjnych gier i głównie ja byłem beneficjentem trwającej wtedy w Polsce mody.

Dzięki Pegasusowi poznałem pierwsze prawa ekonomii: bardzo chętnie wymieniałem się kartridżami, a koronnym osiągnięciem było pozyskanie legendarnego „168 in 1”, niebieskiego nośnika, na którym można było modyfikować startowy poziom oraz liczbę żyć. W ten oto sposób po raz pierwszy rozwaliłem „flaka” w Contrze i cieszyłem się napisami końcowymi, w których zawarty był kultowy cytat: „Consider yourself a hero”.

Metroid NES Famicom Pegasus

Zapoznałem się także z nowymi metodami perswazji: kiedy trzeba było naprawić coś w dojechanym Pegazusie, leciałem z płaczem do taty, który wtedy wydawał mi się złotą rączką. Po latach prawda okazała się zupełnie inna (ale i tak w dalszym ciągu zdarza mi się z nim konsultować pewne naprawy). Podobnie było, gdy „sytuacja wymagała” pozyskania kolejnych dyskietek do grania, albo gdy pad przestał działać tak jak trzeba. Piękne to były czasy, naprawdę.

Przyszedł pecet i całą sielankę rozwalił

Odwiedziny rodziców u znajomych zapoznały mnie z nowym urządzeniem „do grania” – znacznie bardziej zaawansowanym, atrakcyjniejszym i ciekawszym. Pecet – z ogromnym pudłem pod biurkiem oczarował mnie niezwykle realistycznymi wtedy grami i… możliwością zapisania gry. W tym samym czasie siostra zapragnęła mieć taką maszynę „do nauki”, a ojciec kupował do domu „Easy PC”, które pewnie znalazłbym w domu, gdybym dobrze poszukał.

W międzyczasie tata postanowił wyjechać za granicę na pół roku, gdzie razem z furą dolarów przywiózł tonę słodyczy i nieznanych w Polsce zabawek oraz elektroniki. Część tych pieniędzy została przeznaczona na pierwszego peceta – z Nvidią RIVA TNT2 (po czym toczyłem boje z posiadaczami Voodoo 3), niespełna gigahercowym procesorem AMD oraz 64 MB pamięci RAM. Jak na owe czasy, maszyna była całkiem żwawa, ale po pewnym czasie zaczęło jej brakować „pary”. Ograłem wtedy wszystko, co się tylko dało: zapoznałem się z widzianymi u znajomych „Doomami”, Wolfensteinem, przeszedłem pierwszego i drugiego Quake’a, dorwałem Unreala, a także jego multiplayerowy wariant Tournament. Siostra szybko przywlokła do domu „Simsy”, a tata… pisał w Wordzie i grał w prostsze gry logiczne.

Zamiast żółtych dyskietek, w domu zaczęły walać się tony czasopism z dodatkami w formie płyt z pełnymi wersjami, demówkami i przeróżnymi programami. Było i CD-Action, i Click, kilka różnych pisemek, włącznie z Komputer Światem (na którym po wielu latach miałem swój epizod) i PC Formatem. Zamiast problemów z zasilaczem pojawiały się dziwne wypadki Windowsa, pękające płyty w napędzie CD-ROM, a nawet spalony procesor.

Wolfenstein PC

Wkrótce w mieszkaniu pojawił się stały dostęp do internetu, z którego mogłem korzystać pełniej – wcześniej podłączało się do gniazdka telefonicznego ThinkPada z modemem i dzięki niemu sprawdzało się „co w sieci piszczy”. Po tych czasach zostały mi tylko kilka egzemplarzy starych czasopism, niektóre płyty i… ThinkPad, który do dzisiaj działa i ma się całkiem nieźle, jak na prawie 20 lat.

Po sprzedaniu swojego Pegasusa próbowałem powrócić do starych gier z tej konsoli dzięki emulatorom. Contrę potrafię przejść z palcem… w nosie nie tracąc jednego życia. Metroid to dalej kawał trudnego skurczybyka, a 168 in 1 już nie daje takiej frajdy jak kiedyś. Powspominać można – ale to wszystko. Nie pokusiłbym się o stwierdzenie: „kiedyś było lepiej”.

Grafika wprowadzająca: By Batorry [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], from Wikimedia Commons